Kazimierz, Jacek i ja

„Pomyśl nad planem”. Tak zazwyczaj zaczynają się moje wycieczki z Jackiem. Zaczynam myśleć.

„Masz już jakiś pomysł?” – pytanie pada na kilka dni przed planowanym terminem. Przyspieszam myślenie.

„Napisz kilka punktów, żebym mógł się z góry cieszyć trasą”. Taka wiadomość oznacza, że termin wyjazdu jest tuż-tuż. Czasami piszę.

„O której będziesz?” – to już wieczór poprzedzający wyjazd. Tak było i tym razem.

W planach Podlasie: Krynki z rondem o 12 zjazdach (jak paryski plac Charles’a de Gaulle’a), szutrowe drogi, Puszcza Knyszyńska, żubry, drewniany meczet tatarski w Kruszynianach…

Rano za oknem mgła i małe kilka stopni na termometrze. Czuć jednak, że niebawem słońce powinno... warto pamiętać, że „niebawem” nie określa dokładnego terminu — może oznaczać zarówno za kilka minut, jak i za kilka godzin. Pożyjemy zobaczymy. Dziś jestem słomianym wdowcem. Kasia z córkami pojechały na babski weekend w Tatry, mi pozostały domowe obowiązki - spacer z psem i zakupy na bazarku.

Pies oblazł i obwąchał całą okolicę, zeżarł pół puszki i zwinął się w swoim posłaniu. Potem, w ciągu dnia, przeniesie się na kanapę lub łóżko, ale teraz udaje, że te sprzęty go nie interesują. Ja oblazłem bazarek, pogadałem z panią sprzedającą chleb. Wiem, gdzie i co studiował jej syn, co robią mąż i brat. Ona zna historię moich wyjazdów motocyklowych, odkłada mi „kopytko” z Radzymina. Teraz jabłka i śliwki. Dobre te ligole? Niedobre, ale ludzie biorą. Chwila rozmowy o majowych przymrozkach i ich wpływie na śliwki. Wędliny. Sprzeda mi Pan kaszankę? A zapisywał się Pan? Uwielbiam te klimaty. Wystarczy trochę zaangażowania i z połowy straganów rozbrzmiewa: „Dzień dobry!”.

Za oknem mgła, czuć jednak, że niebawem słońce powinno… Skoro powinno, to wystarczy zwykły strój motocyklowy. Ruszam. Na szybie kasku z obu stron osiada wilgoć. Z zewnątrz większe, wewnątrz mniejsze kropelki. Uchylenie wizjera nie pomaga. Kropelki znajdują kolejną powierzchnię do osiadania – okulary. Ci, którzy zaczynali czytanie gazet od „Świata Młodych”, pamiętają być może, jak Tytus z Romkiem i A’Tomkiem lecieli wannolotem. „Z tego, że nic nie widać, widać, że jesteśmy nad Tamizą”. Z tego, że nic nie widać, widać, że jestem nad Wisłą. Most w Górze Kalwarii. Na termometrze +4,6°C. Niebawem słońce powinno…

Mgła jest tak gęsta, że w Warszawicach nie zauważam ostrego zakrętu. Znam drogę na pamięć, a tu taka niespodzianka. Bez paniki, wiem, że na wprost też jest asfalt. Zawracam i zwiększam czujność. Dzięki zwiększonej czujności poczułem też, że mgła znalazła sobie drogę przez kilka warstw odzieży. Trzeba było włożyć przeciwdeszczówkę. Może warto stanąć? Czuć jednak, że niebawem słońce powinno… więc jadę dalej.

Przed domem stoi Junak gotowy do drogi. Obok, na krzesełku, siedzi Jacek. Znam większość jego min. Dzisiejsza mówi, że zrobił coś głupiego albo że to, co zrobił, można uznać za głupie.

Co robimy? To pytanie potwierdza, że musiało się coś wydarzyć. Drobne małżeńskie nieporozumienie? Jacek w kapciach, kask i buty w domu, drzwi zamknięte, przez szybkę widać kota, brak reakcji na dzwonek. Cisza po burzy? Kilka zdań i wiem, co było bezpośrednią przyczyną „nieporozumienia”. Głębszych przyczyn się domyślam, ale nie czas na pogłębioną psychoanalizę. Na dodatek nie mam na takie działania odpowiednich kwitów, a gdybym miał, powinienem zamiast porad wdrożyć w życie maksymę: „Lekarzu, lecz się sam”.

Dość marudzenia. O co poszło? O dzisiejszym wypadzie Wanda dowiedziała się już po śniadaniu. To po pierwsze, a po drugie — znacznie istotniejsze — wypady ze mną zdarzają się znacznie częściej niż ich wspólne, co wypada dość słabo. Co robimy? Może ja zadzwonię do Wandy? Odbiera. Kilka zdań.

— Zabierz go, pamiętajcie, że o 19 ma odebrać Zosię. Mi do poniedziałku przejdzie…

Skąd ja to znam? A Wy? Czuć jednak, że niebawem słońce powinno…

Zmiana planów. Podlasie i Krynki zamieniamy na bliższy Kazimierz. To gwarancja — o ile przy jeździe Junakami można dawać gwarancję — że Jacenty zdąży o 19 odebrać Zosię. Czuć, że niebawem słońce powinno… i w końcu JEST. Jaskrawa żółć liści na drzewach na tle mglistego krajobrazu. Bajka.

Krótka piesza runda po rynku, tradycyjna fotka z psem i siadamy w knajpie. Byli tu przed nami słynni filmowcy, o czym świadczą fotografie na ścianach, ale nam to nie przeszkadza. Jeżeli nawet narozrabiali, to dziś wszystko jest już uprzątnięte. Czuć słońce w uśmiechu pani kelnerki. Tatar, wątróbka z cebulą i jabłkiem, barszcz z krokietami, a na koniec szaleństwo w postaci kawy i deseru. Czym żeśmy sobie zasłużyli na takie luksusy? Myślę, że to trochę na kredyt. W domu trzeba będzie go spłacić. A właściwie — warto.

Kazimierz


Kazimierz

Powrót to istna feeria barw. Słońce tuż nad horyzontem podświetla od spodu na czerwono chmury, żółte drzewa i mgły nad Pilicą… Sam smak motocyklizmu. Nie ma lepiej! :)