Zimny Chów
Upały zdecydowanie zelżały, dzień krótki, jesienne mgły zasnuwają horyzont, liści na drzewach coraz mniej... znak, że sezon 2022 powoli się kończy. Kończy się, ale jeszcze coś tam być może się wydarzy. Pożyjemy zobaczymy. Nie ma co poddawać się jesiennej depresji. Po pierwsze koniec jednego sezonu oznacza automatycznie początek kolejnego. Poza tym taka pora jest świetną okazją do dorocznego spotkania pod hasłem "Zimny Chów". Od kilku lat na przełomie października i listopada spotykamy się w Bieżanach nad Wkrą. Sprawdzamy czy jeszcze jesteśmy tacy twardzi, za jakich chcielibyśmy uchodzić ;-)
Księżycowa ekipa odpaliła w piątkowe przedpołudnie. Tatuś, Canaletto i Quba, odprowadzani przez Muzyka, wystartowali w kierunku Nieporętu. Tam na cepeenie dołączyli do peletonu Loczek, Kylo, Mieszko, Czosnek, GgrzegoW i Grześ. Jak przebiegała ta część wyprawy wiemy tylko z mętnych opowieści Tatusia. Trasę z Księżyca do Bieżan z międzylądowaniem w Nieporęcie (130km) pokonali w 3,5 godziny!!! Musiało się w międzyczasie sporo dziać.
Ponoć Canaletto i Quba odłączyli się i pognali przodem, a zasadniczy peleton poprowadził Tatuś. Kto Go zna wie, że nie ma w głowie na miejscu wszystkich klepek, i za to Go lubimy. Uparty jak kozioł nawigując posługuje się powyrywanymi ze starego atlasu samochodowego fragmentami mapy, albo jakimś GPS'em, który wyszperał gdzieś na kupce elektronicznego złomu. Tym razem wybrał GPS, a ten wybrał trasę. Krzychowe przygody z krnąbrnym urządzonkiem to temat na osobną opowieść. Dość powiedzieć, że pogubiło się ono, a wraz z nim Krzych i wspólnie prowadzony przez nich peleton. Loczek dał więc przewodnikowi telefon, który miał wskazać drogę do celu. Tyle, że w aplikacji wybrana była opcja "jazda rowerem". No i pooooojechali. Musieli pokonać kilka trudności terenowych oraz technicznych. Ścieżka rowerowa, szuterek, skrobanie platynek przerywacza i kapeć dodały smaku wycieczce. Wszyscy szczęśliwie dotarli do celu.
Umówiony byłem z Jackiem i jego dziewczynami o czternastej na wylocie z Warszawy w kierunku Płońska. Honda Shadow z Jackiem na grzbiecie i auto z kobitkami już czekały gdy dotarłem na miejsce zbiórki. Pierwsze kilometry to dłuuugaśne Łomianki i kilka miejscowości z dużą liczba świateł. Chciałoby się śmignąć poboczem lub po linii pomiędzy autami, ale nie możemy zgubić cennego ładunku, więc potulnie wachlujemy biegami i posuwamy się wraz z autami.
Z tego wachlowania mieliśmy jednak niezłą frajdę. Po kłopotach z wyskakującą czwórką wymieniłem praktycznie wszystkie kółka w skrzyni biegów na zestaw produkcji Jacka w opcji MK2 z przesuniętymi w kierunku czwórki biegami 1-2-3. Zmieniając kolejne biegi pokazywałem Jackowi na palcach co aktualnie siedzi. 45km/h jeden palec w górze, 70km/h dwa palce, 100km/h trzy palce. To dobre dwadzieścia procent więcej w porównaniu z tradycyjną skrzynią. Oczywiście czwórka, jako bieg bezpośredni, nie zmieniła się. Po przekroczeniu Wisły skończyły się korki więc pomykamy szparko 95-100km/h. Za nami dzielnie walczy Wanda. Do Płońska mijamy kilkanaście remontowanych skrzyżowań, gdzie zwężenia i zmiany kierunku mocno utrudniają jazdę z wybraną przez nas prędkością. Może gdybyśmy stosowali się do znaków (60) byłoby łatwiej, ale takie znaki są dla dziewczynek :-) Jeszcze gorąca czekolada na Orlenie, zakup kolejnego pluszaka, siku i ostatnich kilkanaście kilometrów malowniczymi bocznymi drogami w górę Wkry. Do celu docieramy w półtorej godziny i jeszcze w blasku dnia Państwo T z potomstwem mają rozbity namiot.
Serdeczne powitania. Na spotkanie dotarł mój "brat" Franek z Bełchatowa. Jesteśmy do siebie tak podobni, że wiele osób myli nas, lub uważa, że jesteśmy braćmi. Dla mnie to bardzo miłe. Ze Szczecina dotarł długodystansowy Dzik nad dziki Arek!!! Są też Lemisy. To obowiązkowy punkt w ich kalendarzu. Po zmroku dołączył PawełZ. Ostatnio więcej siedział w łódce niż na Junaku, ale Zimnego Chowu nie odpuścił.
Szybko robi się ciemno. Ognisko pali się wesoło, wesołe trunki palą gardła, gorące dźwięki gitarrry podgrzewają atmosferę, wrażenia świeżo upieczonego ojca (Quba ma Jasia) podgrzewają serca słuchaczy, opowieści o wyprawach i technice, swojskie wędliny z rusztu... niech żałują ci, którym nie dane było poznać atmosfery Zimnego Chowu.
W tym roku Benelli dotarł na "plastikowym" motocyklu zastępczym. Ma (i my mamy) nadzieję, że to po raz ostatni. Na Księżycowej Rampie powstaje już jego prawdziwy Junak.
Tuż po zmierzchu charakterystyczne dumdumczenie oznajmiło przybycie kolejnego długodystansowca. Mirasio z Wałbrzycha!!!

Basia zapatrzona w ogień, Jacek zapatrzony w Basię

Gorące opowieści
Temperatura powietrza przyzwoita. Myślę że po zachodzie było +8 st.C, to znaczy jest już akceptowalnie chłodno. Może nie jest to mrozek (i na to przyjdzie pora w niedzielę z rana), ale w dobie globalnego ocieplenia jak się nie ma co się lubi... atrakcji dodaje lekko siąpiący jesienny dżdż. Dżdż? Dż? Trudne słowo. Gdy jest słońce mamy pogodę słoneczną, gdy mróz mroźną, a gdy jest dżdżysto to co mamy? Dżdż? Dż? Tak czy tak mamy czego chcieliśmy, pogodę dla "twardzieli" i zimny chów.
Część ekipy zaszywa się przed północą w śpiworach. Przy ognisku pozostało kilku największych twardzieli. Tuż przed północą przybyło ze wsparciem dwóch nocnych jeźdźców - Ropsonn i Brzoza. Po drodze szukali świateł, ale szczęśliwie znaleźli i dotarli.

Gdzieś tu było światło

Poranne Polaków rozmowy

Smaczny sen i suszenie śpiwora przy ogniu

W łagodnym blasku rozproszonego przez chmury światła łagodny uśmiech Grzesia. Po ciepłej herbatce musi wziąć się za zrobienie koła.

Moto prawdziwego twardziela

Napój prawdziwych twardzieli

Nocleg prawdziwych twardzieli

Rodzinka prawdziwych twardzieli

Krzych ze szkrabami. Dla nas Tatuś, a dla dziewczynek Dziadek

Quba powrócił z niebytu i odgrzewa bretona
Lokalna atrakcja - mikro spływ. Popłynęliśmy na godzinkę. Osada mieszana - ja z Basią. Płynąc pokazywałem załogantce nory (najprawdopodobniej wydry), gniazda jakółek brzegówek i łabędzi. Pokazał się też zimorodek. Osada żeńska (Wanda z Zosią) dzielnie dotrzymywała kroku płynąc w górę rzeki, a w drodze powrotnej wysunęły się na czoło.

G(r)odzinna wycieczka po Wkrze
W czasie gdy wiosłowaliśmy część ekipy spakowała się i pomknęła do Warszawy na koncert Kazika. Niezwykle sympatyczna pani leśniczyna upiekła dla nas szarlotkę, którą pożarliśmy na gorąco. Około czwartej pożegalismy się z najtwardszymi z twardych i wspólnie z ekipą T pomknąłem do domu. Jeszcze przed Glinojeckiem wjechaliśmy w strefę opadów, więc choć nie zaznaliśmy prawdziwego chłodu uznaliśmy Zimny Chów za udany pod względem aury. Udany był też pod wszystkimi innymi względami.
Już po naszym odjeździe dojechali kolejni długodystansowcy - Adaho, John i Piotrek z Kaszub. Ci co zostali do niedzieli mieli premię w postaci porannego szronu na namiotach. Jak minął sobotni wieczór i niedziela tego dowiemy sie gdy zdadzą relację.
Zimny Chów, który w pierwszych edycjach był imprezą lokalną Dzików z Mazowsza przekształcił się w spotkanie ogólnopolskie. Wstępnie umówiliśmy się, że w przyszłym roku spotkamy się w Wałbrzychu.
Po raz kolejny potwierdziło się, że wystarczy krótki wypad w plener, a wrażeń wywozi się mnóstwo. Zapraszamy gorąco wszystkich chętnych na Zimny Chów 2023.
Księżycowa ekipa odpaliła w piątkowe przedpołudnie. Tatuś, Canaletto i Quba, odprowadzani przez Muzyka, wystartowali w kierunku Nieporętu. Tam na cepeenie dołączyli do peletonu Loczek, Kylo, Mieszko, Czosnek, GgrzegoW i Grześ. Jak przebiegała ta część wyprawy wiemy tylko z mętnych opowieści Tatusia. Trasę z Księżyca do Bieżan z międzylądowaniem w Nieporęcie (130km) pokonali w 3,5 godziny!!! Musiało się w międzyczasie sporo dziać.
Ponoć Canaletto i Quba odłączyli się i pognali przodem, a zasadniczy peleton poprowadził Tatuś. Kto Go zna wie, że nie ma w głowie na miejscu wszystkich klepek, i za to Go lubimy. Uparty jak kozioł nawigując posługuje się powyrywanymi ze starego atlasu samochodowego fragmentami mapy, albo jakimś GPS'em, który wyszperał gdzieś na kupce elektronicznego złomu. Tym razem wybrał GPS, a ten wybrał trasę. Krzychowe przygody z krnąbrnym urządzonkiem to temat na osobną opowieść. Dość powiedzieć, że pogubiło się ono, a wraz z nim Krzych i wspólnie prowadzony przez nich peleton. Loczek dał więc przewodnikowi telefon, który miał wskazać drogę do celu. Tyle, że w aplikacji wybrana była opcja "jazda rowerem". No i pooooojechali. Musieli pokonać kilka trudności terenowych oraz technicznych. Ścieżka rowerowa, szuterek, skrobanie platynek przerywacza i kapeć dodały smaku wycieczce. Wszyscy szczęśliwie dotarli do celu.
Umówiony byłem z Jackiem i jego dziewczynami o czternastej na wylocie z Warszawy w kierunku Płońska. Honda Shadow z Jackiem na grzbiecie i auto z kobitkami już czekały gdy dotarłem na miejsce zbiórki. Pierwsze kilometry to dłuuugaśne Łomianki i kilka miejscowości z dużą liczba świateł. Chciałoby się śmignąć poboczem lub po linii pomiędzy autami, ale nie możemy zgubić cennego ładunku, więc potulnie wachlujemy biegami i posuwamy się wraz z autami.
Z tego wachlowania mieliśmy jednak niezłą frajdę. Po kłopotach z wyskakującą czwórką wymieniłem praktycznie wszystkie kółka w skrzyni biegów na zestaw produkcji Jacka w opcji MK2 z przesuniętymi w kierunku czwórki biegami 1-2-3. Zmieniając kolejne biegi pokazywałem Jackowi na palcach co aktualnie siedzi. 45km/h jeden palec w górze, 70km/h dwa palce, 100km/h trzy palce. To dobre dwadzieścia procent więcej w porównaniu z tradycyjną skrzynią. Oczywiście czwórka, jako bieg bezpośredni, nie zmieniła się. Po przekroczeniu Wisły skończyły się korki więc pomykamy szparko 95-100km/h. Za nami dzielnie walczy Wanda. Do Płońska mijamy kilkanaście remontowanych skrzyżowań, gdzie zwężenia i zmiany kierunku mocno utrudniają jazdę z wybraną przez nas prędkością. Może gdybyśmy stosowali się do znaków (60) byłoby łatwiej, ale takie znaki są dla dziewczynek :-) Jeszcze gorąca czekolada na Orlenie, zakup kolejnego pluszaka, siku i ostatnich kilkanaście kilometrów malowniczymi bocznymi drogami w górę Wkry. Do celu docieramy w półtorej godziny i jeszcze w blasku dnia Państwo T z potomstwem mają rozbity namiot.
Serdeczne powitania. Na spotkanie dotarł mój "brat" Franek z Bełchatowa. Jesteśmy do siebie tak podobni, że wiele osób myli nas, lub uważa, że jesteśmy braćmi. Dla mnie to bardzo miłe. Ze Szczecina dotarł długodystansowy Dzik nad dziki Arek!!! Są też Lemisy. To obowiązkowy punkt w ich kalendarzu. Po zmroku dołączył PawełZ. Ostatnio więcej siedział w łódce niż na Junaku, ale Zimnego Chowu nie odpuścił.
Szybko robi się ciemno. Ognisko pali się wesoło, wesołe trunki palą gardła, gorące dźwięki gitarrry podgrzewają atmosferę, wrażenia świeżo upieczonego ojca (Quba ma Jasia) podgrzewają serca słuchaczy, opowieści o wyprawach i technice, swojskie wędliny z rusztu... niech żałują ci, którym nie dane było poznać atmosfery Zimnego Chowu.
W tym roku Benelli dotarł na "plastikowym" motocyklu zastępczym. Ma (i my mamy) nadzieję, że to po raz ostatni. Na Księżycowej Rampie powstaje już jego prawdziwy Junak.
Tuż po zmierzchu charakterystyczne dumdumczenie oznajmiło przybycie kolejnego długodystansowca. Mirasio z Wałbrzycha!!!

Basia zapatrzona w ogień, Jacek zapatrzony w Basię

Gorące opowieści
Temperatura powietrza przyzwoita. Myślę że po zachodzie było +8 st.C, to znaczy jest już akceptowalnie chłodno. Może nie jest to mrozek (i na to przyjdzie pora w niedzielę z rana), ale w dobie globalnego ocieplenia jak się nie ma co się lubi... atrakcji dodaje lekko siąpiący jesienny dżdż. Dżdż? Dż? Trudne słowo. Gdy jest słońce mamy pogodę słoneczną, gdy mróz mroźną, a gdy jest dżdżysto to co mamy? Dżdż? Dż? Tak czy tak mamy czego chcieliśmy, pogodę dla "twardzieli" i zimny chów.
Część ekipy zaszywa się przed północą w śpiworach. Przy ognisku pozostało kilku największych twardzieli. Tuż przed północą przybyło ze wsparciem dwóch nocnych jeźdźców - Ropsonn i Brzoza. Po drodze szukali świateł, ale szczęśliwie znaleźli i dotarli.

Gdzieś tu było światło

Poranne Polaków rozmowy

Smaczny sen i suszenie śpiwora przy ogniu

W łagodnym blasku rozproszonego przez chmury światła łagodny uśmiech Grzesia. Po ciepłej herbatce musi wziąć się za zrobienie koła.

Moto prawdziwego twardziela

Napój prawdziwych twardzieli

Nocleg prawdziwych twardzieli

Rodzinka prawdziwych twardzieli

Krzych ze szkrabami. Dla nas Tatuś, a dla dziewczynek Dziadek

Quba powrócił z niebytu i odgrzewa bretona
Lokalna atrakcja - mikro spływ. Popłynęliśmy na godzinkę. Osada mieszana - ja z Basią. Płynąc pokazywałem załogantce nory (najprawdopodobniej wydry), gniazda jakółek brzegówek i łabędzi. Pokazał się też zimorodek. Osada żeńska (Wanda z Zosią) dzielnie dotrzymywała kroku płynąc w górę rzeki, a w drodze powrotnej wysunęły się na czoło.

G(r)odzinna wycieczka po Wkrze
W czasie gdy wiosłowaliśmy część ekipy spakowała się i pomknęła do Warszawy na koncert Kazika. Niezwykle sympatyczna pani leśniczyna upiekła dla nas szarlotkę, którą pożarliśmy na gorąco. Około czwartej pożegalismy się z najtwardszymi z twardych i wspólnie z ekipą T pomknąłem do domu. Jeszcze przed Glinojeckiem wjechaliśmy w strefę opadów, więc choć nie zaznaliśmy prawdziwego chłodu uznaliśmy Zimny Chów za udany pod względem aury. Udany był też pod wszystkimi innymi względami.
Już po naszym odjeździe dojechali kolejni długodystansowcy - Adaho, John i Piotrek z Kaszub. Ci co zostali do niedzieli mieli premię w postaci porannego szronu na namiotach. Jak minął sobotni wieczór i niedziela tego dowiemy sie gdy zdadzą relację.
Zimny Chów, który w pierwszych edycjach był imprezą lokalną Dzików z Mazowsza przekształcił się w spotkanie ogólnopolskie. Wstępnie umówiliśmy się, że w przyszłym roku spotkamy się w Wałbrzychu.
Po raz kolejny potwierdziło się, że wystarczy krótki wypad w plener, a wrażeń wywozi się mnóstwo. Zapraszamy gorąco wszystkich chętnych na Zimny Chów 2023.