wtorek 30.04.2024
Pobudka chwilę po szóstej. Dopakowujemy resztę bagażu, troczymy wory i o siódmej meldujemy się na śniadaniu. Z resztek snu wyrwała nas czarna kawa i czarna... no dobrze, niech to już pozostanie naszą tajemnicą.
Pojedli? Popili? To dać psu mordy oblizać i w drogę. Odpalamy Junaki pod domkiem. Może dałoby się odjechać nie budząc większej sensacji, ale Jacenty postanowił sprawdzić jak spisuje się gaźnik. Co tam gaźnik. Znakomicie spisał się cały układ - od filtra powietrza, poprzez gaźnik, układ tłok-cylinder, po wydech. Zwłaszcza wydech zrobił wrażenie na sąsiadach, gdy silnik wszedł parę razy na wysokie obroty. Po sąsiedzku mieszkało dwóch młodych chłopaków. Jeden z nich wypadł na tarasik w samych gaciach, wyraźnie wyrwany z głębokiego snu jak na głos trąb jerychońskich. Czy ten drugi przeżył tego nie wiemy.
Roman melduje o 6:04, że pompa nie działa, ale podejmuje walkę. O godzinie 9:20 mają jeszcze 50 kilometrów do celu. My osiągamy Monte Cassino o 10:35. Jak dotąd realizujemy plan. Ostatecznie Roman i Antonina meldują się na mecie chwilę przed jedenastą. Twardzi zawodnicy!!!
Jeszcze na parkingu przedstawiam krótki rys historyczny kampanii włoskiej rozpoczętej lądowaniem na Sycylii i zakończonej opanowaniem całych Włoch. Batalia o przełamanie linii Gustawa, blokującej drogę na Rzym, której jednym z filarów był masyw wzgórz wokół klasztoru Benedyktynów na Monte Cassino, rozegrała się od stycznia do maja 1944 roku i składała się z czterech bitew. Pierwsze trzy (styczeń, luty, marzec) prowadzone były siłami 5 Armii pod dowództwem Marka Clarka. Czwarta, udana, to działania 8 Armii dowodzonej przez generała Oliviera Leese w skład której wchodził 2 Korpus Polski pod dowództwem generała Władysława Andersa.
Generał Clark miał wielkie marzenie. Chciał wkroczyć na czele zwycięskich wojsk do Rzymu. Lord Farquaad z filmu o Shreku powiedział "Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów". Clark tak nie przemówił do żołnierzy, ale chyba tak myślał. 22 stycznia zaczął od frontalnego ataku doliną, usiłując sforsować rzekę Rapido. Gotów był poświęcić 36 Teksańską Dywizję Piechoty. Brak jakiegokolwiek rozpoznania i oceny realnych możliwości kosztował w pierwszych godzinach życie ponad 1500 ludzi. Nie osiągnęli nic. Na prawym skrzydle walczyli Marokańczycy z Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego generała Alphonse’a Juin. 4 Pułk stracił 1,5 tys. żołnierzy (w tym 150 Francuzów – oficerów i podoficerów), a w konsekwencji praktycznie przestał istnieć. 11 lutego do natarcia mijającego Monte Cassino od północnego wschodu wysłano amerykańską 34 Dywizję Piechoty. I tym razem straty były ogromne. Np. w 1 i 3 batalionie 141 pułku pozostało zaledwie 9% początkowych stanów. Łączne straty sił alianckich podczas walk o rejon Monte Cassino wyniosły 55 tysięcy rannych i zabitych. O tym zacząłem opowiadać zanim ruszyliśmy w teren.
Wspólna fotka kierowców na parkingu przy klasztorze. Antonina niewidoczna, gdyż to ona trzymała aparat.
Najpierw rzut oka na dziedziniec klasztorny i kościół. Większość tego co można zobaczyć, to replika, na dodatek jest ona młodsza niż nasze warszawskie Stare Miasto. Przed drugą bitwą nowozelandzki generał Bernard Freyberg, dowódca korpusu składającego się z Dywizji Nowozelandzkiej, Hinduskiej i Brytyjskiej oświadczył, że nie pośle swych żołnierzy do ataku, dopóki klasztor będzie stał nienaruszony. Generał Clark dowodzący 5 Armią, w skład której wchodził korpus przychylił się do tej prośby. 15 lutego 576 ton bomb zamieniło większą część budynków w kupę gruzu. Podczas bombardowania nie zostały naruszone podziemia i mury przyziemia (podstawa całej budowli), które miały grubość dochodzącą do 16 metrów. Tego nie mogły naruszyć największe ówczesne bomby. Ruiny stały się dodatkowym punktem oporu Niemców, którzy przed bombardowaniem respektowali neutralność klasztoru.
Widok z balkonu (za naszymi plecami) daje wgląd w ukształtowanie terenu i niemiecką linię obrony. Pozwala to zrozumieć na czym polegała trudność całej operacji. Tu dalsza część opowieści.
Wędrujemy na cmentarz polskich żołnierzy. Cóż tu można powiedzieć żeby nie zabrzmiało banalnie? Zamiast opowieści modlitwa za zmarłych. Głos mi się lekko łamał. Na szczęście pozostali stanęli na wysokości zadania.
Większość odwiedzających to miejsce poprzestaje na klasztorze i cmentarzu, a szkoda. Jeszcze kilkanaście lat temu pewnym problemem było przejście na teren bitwy. Drogę zagradzał płot. Od 2014 roku płot znikł. Warto poświęcić trochę czasu i odwiedzić pomniki ustawione na cześć naszych - obelisk upamiętniający 3 Dywizję Strzelców Karpackich na wzgórzu 593, krzyż ku pamięci 5 Kresowej Dywizji Piechoty na wzgórzu 575 i pomnik 4 Pułku Pancernego "Skorpion" w Gardzieli pod Widmem.
Wspinamy się na wzgórze 593 (liczbowe symbole wzgórz oznaczają ich wysokość). Po drodze rzut oka na cmentarz i klasztor.
Pomnik 3 Dywizji Strzelców Karpackich. 
Spod pomnika 3 DSK rozległy widok na większą część terenu działań naszych żołnierzy. Pokazuję moim towarzyszom główne przeszkody terenowe wokół których zbudowana była niemiecka linia obrony. Spotykamy tu grupę amerykańskich wojskowych. Pułkownicy i majorzy wysłuchują opisu bitwy i analizują jej przebieg odnosząc to do współczesnych realiów prowadzenia wojny. Opowiedział nam o tym pan będący profesorem amerykańskiej uczelni wojskowej, organizującej od kilku lat takie "zielone szkoły". Pan profesor ma żonę Polkę i dzięki niej poznał znakomicie język polski. Ciekawe spotkanie pokazuje jaką wagę przywiązuje US Army do szkolenia dowódców. Może pozwala to na unikanie błędów z przeszłości np. takich, które popełnił generał Clark? 
Chwila zadumy.
Schodzimy z 593. U jego podnórza stoi Domek Doktora. Tu mieścił się punkt opatrunkowy i tu trafiali ranni z pododdziałów 3 DSK. Z oddalonej o 80 metrów bramki nasi wychodzili do ataku, a przed nimi Amerykanie, Hindusi, Marokańczycy... Tu każdy krok wydaje się być jak stąpanie po otwartym grobie.
Minęło kilkadziesiąt lat i życie toczy się dalej. Domek jest zamieszkały. Francesco zaprasza nas do środka i częstuje kawą. 
Schodzimy ku Gardzieli. Pomnik upamiętniający 4 Pułk Pancerny "Skorpion". Kiedyś ozdabiały go odlane w brązie skorpiony, jednak lata zapomnienia i braku zainteresowania kogokolwiek (na szczęście począwszy od 70'tej rocznicy to się zmieniło) ośmieliły tutejszych poszukiwaczy i rąbnęli je. Dalsza część opowieści o przebiegu działań 2 Korpusu - forsowanie Gardzieli, walki o Widmo i Mass Albanetę.

Moi słuchacze są już wyraźnie zmęczeni kilkugodzinnym wędrowaniem i moimi opowieściami. Poprzez ruiny Mass Albanety wracamy do parkingu. Umawiamy się na wspólną kolację w Cassino. Roman jadący na okulałym motorze prowadzi. Po półgodzinie siedzimy w pizzerii Don Antonio, dzieląc się wrażeniami z długiego dnia.
Roman z Antoniną jadą dziś do Neapolu. Nazajutrz mają w planach Pompeje. My kierujemy się ku San Marino. Jutro wieczorem chcemy wsiąść w Ankonie na prom do Splitu.
Serdeczne pożegnanie i ruszamy w drogę.
Gdy lecieliśmy "pełnym ogniem" i przepustnice gaźników były w położeniu 3/4 w górze Junak Jacka szedł dobrze. Teraz jadąc pod górę coś mu dolega. Gaźnik był przygotowany do pracy z silnikiem o powiększonej pojemności. Podejrzewamy, że dla standardowej 350'tki podaje za dużo paliwa przy pełnym otwarciu przepustnicy. Stajemy na poboczu i kontrolujemy poziom paliwa. Nie jest zły. Na wszelki wypadek nieco go obniżamy. Ogień na tłoki i dzida. Ciągle coś jest nie tak. Wolne i średnie obroty są w porządku, przy wyższych wyraźna dziura. Choć zrobiło się już ciemno Jacek zarządza wymianę iskrownika. Trzeba szukać przyczyny niedomagania. Kolejne trzy kwadranse w plecy i brak efektu. Teraz mamy już pewność. To główna dysza o zbyt dużym wydatku. Gdzieś w sakwie lub puszce narzędziowej powinna być jakaś zapasowa. Poszukamy jutro.
Przełączam TomToma na obraz mapy, dobieram powiększenie i wypatruję potencjalnego miejsca na biwak. To wszystko oczywiście w trakcie jazdy :-) Po lewej w odległości kilometra płynie rzeka, za kilkaset metrów będzie droga wiodąca ku niej. Daję znać Jacentemu, że za chwilę spadamy w bok. Jest dobrze. Szutrowa dróżka, pole po obu stronach, łączka i rzeczka wśród drzew. Cisza, spokój i dogodne miejsce na biwak. To jest coś, co tygrysy lubią najbardziej.
Jacek rozkłada namiot. Ja analizuję prognozy pogody oraz satelitarny obraz chmur i oceniam, że deszczu w nocy nie należy się spodziewać. Wystarczy zatem mata i śpiwór. Wstawiam wodę na herbatę. Jacek ma piwo. Kolację odpuszczamy, popołudniowa pizza wystarczy w zupełności. Po dniu pełnym wrażeń i kilkugodzinnym spacerze w pełnym słońcu z przyjemnością wsuwamy się do śpiworów. Dobranoc Jacku! Cisza... już zasnął.
Relacja Romana: No tak, Jacek pod klasztorem mówił że chyba go zalewa. Myśmy dotarli do Pompei sprawnie, bo to raptem 120 km. Natomiast hotel wybrałem w centrum, blisko wykopalisk żeby piechotą móc pójść. Sądziłem, że o tej porze (20-21) to ruch będzie mały i się wbiję szybko... I tu mnie życie znów zaskoczyło. Ścisłe centrum totalnie zakorkowane, bo dziś wolne i mieli swoje festyny. Ostatnie 600 m do hotelu, to się wypociłem bardziej niż przez cały dzień na Monte Cassino. Zacząłem jechać po prostu przeciwnym pasem, między samochodami, gdzie się dało. Jeszcze telefon na kostce brukowej wypadł z uchwytu. Szybkie szukanie na zatłoczonej drodze. Szczęśliwe to było pomiędzy samochodami, nikt go nie rozjechał i nie podniósł, uffff.... Tak więc cały dzień był intensywny i dzięki Bogu się dobrze zakończył.
<< poniedziałek środa >>