na jednym włosku
Z rana, jak co dzień, ruszam na Księżyc. Na pierwszym rondzie wybór drogi - w prawo zwykła codzienna trasa z dość intensywnym przepychaniem się między autami, w lewo do trasy szybkiego ruchu prowokującej do testowania prędkości maksymalnej i prosto przez centrum miasta. Tę ostatnią wybieram od czasu do czasu dla urozmaicenia. Pojechałem prosto. Na którymś z kolejnych skrzyżowań podczas wysprzęglania poczułem w lewej klamce charakterystyczne tępe "chrupnięcie" i sterowanie sprzęgłem stało się "miękkie". To niechybny znak, że pękła część drutów w lince. Leciutko nacisnąłem klamkę żeby zobaczyć jaki fragment linki pozostał. Nie było tego wiele. Właściwie nie powinienem się pchać w gęsty poranny ruch, ale może się uda? Teraz czas na rozstrzygnięcie dylematu, jechać aż pęknie ostatni drut, co zazwyczaj dzieje się w najmniej odpowiednim momencie, czy zmienić linkę od razu. Jadę :-)
Od tego momentu przechodzę w tryb maksymalnego oszczędzania linki. Sprzęgło tylko do startu, dalsze zmiany w górę i w dół bez dotykania klamki. Pomaga w tym skrzynia MK2, której długie przełożenia pozwalają na rzadsze zmiany biegów. Oczywiście o dynamicznej jeździe nie ma mowy - trzeba precyzyjnie dobierać obroty i momenty zmiany biegów. Pyrkając docieram do celu.

Przez cały dzień nie było czasu żeby wymienić linkę. Wieczorem przypomniałem sobie o niej gdy założyłem na grzbiet wszystkie ciuchy, kask i rękawice. W pierwszej chwili chciałem udać, że o niczym nie pamiętam, ale ze względu na padający deszcz opcja wymiany pod dachem wydała się na tyle atrakcyjna w porównaniu z działaniami w plenerze, że zrzuciłem kask i rękawice i wciągnąłem motor do środka. Jak można zobaczyć na poniższym obrazku nie było to zadanie łatwe :-) Na środku warsztatu króluje Krzychowe B20, do tego Tatowy i Braciszek. Jakoś udało się. Zmiana linki to maksymalnie 10 minut. Dobrze, że dałem się namówić, linka wisiała dosłownie na ostatnim włosku.

Powrót do domu bez większych przygód, o ile nie liczyć braku hamulców. Deszcz i spore kałuże spowodowały, że woda dostała się do bębnów. Ostatnio było sucho i w bębnach hamulcowych nagromadziło się sporo pyłu. Do tego pewnie doszła sól podnoszona z jezdni i wnikająca wszędzie. Dawno nie padało na tyle intensywnie żeby bębny zostały wypłukane. Teraz pył w połączeniu z wodą powodował poślizg i redukował możliwość hamowania. Rano musiałem brać poprawkę na pękniętą linkę, wieczorem musiałem kalkulować odstęp od poprzedzającego auta i układ świateł, tak żeby w nic nie puknąć i stanąć na czas. Jeszcze raz się udało. Do hamulców trzeba będzie zajrzeć w najbliższym czasie. Nie ma co kusić losu.
Od tego momentu przechodzę w tryb maksymalnego oszczędzania linki. Sprzęgło tylko do startu, dalsze zmiany w górę i w dół bez dotykania klamki. Pomaga w tym skrzynia MK2, której długie przełożenia pozwalają na rzadsze zmiany biegów. Oczywiście o dynamicznej jeździe nie ma mowy - trzeba precyzyjnie dobierać obroty i momenty zmiany biegów. Pyrkając docieram do celu.

Przez cały dzień nie było czasu żeby wymienić linkę. Wieczorem przypomniałem sobie o niej gdy założyłem na grzbiet wszystkie ciuchy, kask i rękawice. W pierwszej chwili chciałem udać, że o niczym nie pamiętam, ale ze względu na padający deszcz opcja wymiany pod dachem wydała się na tyle atrakcyjna w porównaniu z działaniami w plenerze, że zrzuciłem kask i rękawice i wciągnąłem motor do środka. Jak można zobaczyć na poniższym obrazku nie było to zadanie łatwe :-) Na środku warsztatu króluje Krzychowe B20, do tego Tatowy i Braciszek. Jakoś udało się. Zmiana linki to maksymalnie 10 minut. Dobrze, że dałem się namówić, linka wisiała dosłownie na ostatnim włosku.

Powrót do domu bez większych przygód, o ile nie liczyć braku hamulców. Deszcz i spore kałuże spowodowały, że woda dostała się do bębnów. Ostatnio było sucho i w bębnach hamulcowych nagromadziło się sporo pyłu. Do tego pewnie doszła sól podnoszona z jezdni i wnikająca wszędzie. Dawno nie padało na tyle intensywnie żeby bębny zostały wypłukane. Teraz pył w połączeniu z wodą powodował poślizg i redukował możliwość hamowania. Rano musiałem brać poprawkę na pękniętą linkę, wieczorem musiałem kalkulować odstęp od poprzedzającego auta i układ świateł, tak żeby w nic nie puknąć i stanąć na czas. Jeszcze raz się udało. Do hamulców trzeba będzie zajrzeć w najbliższym czasie. Nie ma co kusić losu.