poniedziałek 29.04.2024
Typowa wyprawa motocyklowa w moim ulubionym stylu, to pobudka, coś na ząb, graty na bagażnik i dzida. Wieczorem rozłożenie biwaczku, coś na ząb i tak dzień za dniem. Przewodnim hasłem zazwyczaj jest "Jedziemy, nie zwiedzamy." Tym razem dopuściłem niewielką modyfikację. Będąc we Włoszech grzechem byłoby ominąć Rzym. Grzechem też byłoby nazwać, to co mamy zaplanowane zwiedzaniem, ale lepszy rzut oka na Panteon, Forum Romanum, Koloseum, niż nic. Do tego muzea Watykańskie w wersji "sprint" i dla oddechu knajpka na Zatybrzu. Żeby uniknąć stania w kilkusetmetrowej kolejce kupiłem bilety do muzeów Watykańskich z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Zupełnie siebie nie poznaję. Taki przemyślny gość, to nie mogę być ja. A jednak. Na dodatek wygląda na to, że plan uda się zrealizować. To naprawdę ja?
Tym razem motory mają wolne. Dzień zaczniemy od Watykanu, dokąd dostaniemy się autobusem startującym sprzed bramy kempingu. W muzeum musimy być najpóźniej o 11:15. Czas przejazdu 45 minut. Dla pewności ruszamy o 10:00.
Tak, dobrze szanowny czytelniku widzisz. To To okno. Pomyśleć, że zaczynali(śmy) od stajenki.
Żeby urządzić muzeum w Rzymie wystarczy mieć łopatę i kilof, tyle dobra nagromadziło się tu przez wieki. Imponujące. 
Sprawnie pokonaliśmy kontrolę przed bramą i kolejny punkt w środku. Chwilę czekaliśmy na zebranie się oddziału zwiedzających pod dowództwem niezwykle miłej pani przewodniczki. Swoją drogą zastanawiające jest czemu nie ma oprowadzania z opowieścią po polsku? W naszej grupie jest Turek, czwórka Chińczyków z Hongkongu, para niemiecka i 15 Polaków. Samo zwiedzanie przypomina jazdę roller coasterem. Do góry, szybki skręt w lewo, ostro w dół, w prawo, lewo, lewo, prawo, góra, dół... i tak przez półtorej godziny. Na koniec lądowanie w kaplicy Sykstyńskiej i wysiadka. W głowach wir obrazów i natłok wrażeń. Nawet takim ignorantom kulturalnym jak my, wydaje się, że niektóre z tu pokazywanych fantów już kiedyś musieliśmy widzieć.
Kolejny roller coaster po mieście. Patrząc na ruiny Koloseum możemy poczuć się jak jeden z amerykańskich żołnierzy generała Marka Clarka (o nim samym będzie wzmianka jutro), który powiedział "Dobrze spisało się nasze lotnictwo" :-) 


Koloseum, Panteon, Forum Romanum, grafika 3D w kościele Sant'Ignazio di Loyola, grób Nieznanego Żołnierza, ponte Emiliio... Uff, nogi odmawiają posłuszeństwa. Czas na przerwę i posiłek. Uciekamy od tłumu kierując się na Zatybrze. W tramwaju dwie dziewczyny toczą nierówny bój z automatem biletowym. Kupiły bilety czterodniowe i nijak nie mogą ich skasować. Jacuś wykazał się refleksem i już po chwili konwersuje z pannami namawiając je na wspólny spacer po Zatybrzu. Starsza, ale nie taka stara, bo wyglądająca na 20 lat, wyraźnie ma opory i nie podejmuje tematu. Młodsza, ale nie taka młoda, bo wyglądająca na 18 lat, słucha się tej staruchy. Obie nie wyglądały na skłonne do zawarcia wakacyjnej znajomości, ale za to jak wyglądały... Zdecydowanie przebijały wszystkie obrazy i rzeźby, które widzieliśmy dziś w Rzymie :-)
Trudno, nie chciały wspólnie powłóczyć się po Zatybrzu, pójdziemy sami. Po krótkich poszukiwaniach siadamy w restauracyjnym ogródku. Chwila odpoczynku po intensywnym dniu należy się jak psu miska. Jak wakacje, to wakacje. Po obiedzie idziemy na lody. Lody jak lody, ale obsługa... palce lizać. Byłem twardy, ale Jacenty dał się namówić na... posypkę i wafelek :-)
Syci wrażeń wieczorem wracamy na bazę. Jutro Monte Cassino. Jesteśmy tam umówieni z Romanem i jego córką Antoniną. Ciekawe jak im idzie. Sprawdzam korespondencję, a tu takie wieści !!!
Do klasztoru na Monte Cassino mamy 160 kilometrów. Pojedziemy autostradą. Biorąc pod uwagę, że musimy po drodze wziąć paliwo oceniam czas dojazdu na dwie i pół godziny. Jacek proponuje żebyśmy zjedli śniadanie w kempingowej restauracji. To dobry pomysł. Otwierają o siódmej, realnie o ósmej start i o dziesiątej trzydzieści meta na MC. Taki komunikat wysyłam Romanowi z pytaniem co wymyślił z pompą. Do końca dnia brak odzewu. Będzie co ma być. Jutro się wyjaśni. Intuicja podpowiada mi, że sobie poradzą.
Żeby rano nie tracić czasu pakujemy większość gratów do sakw i worów. Podczas tej pracy przedstawiam Jacentemu skąd, jak i dlaczego nasi znaleźli się wiosną 1944 roku pod Monte Cassino, jakie siły stały po obu stronach frontu, co się wydarzyło potem i jaki to miało związek z poznaną w zeszłym roku historią lądowania w Normandii. Ani żeśmy się obejrzeli, a zrobiła się północ. Intensywny dzień za nami. Czas spać.
<< niedziela wtorek >>