wyzwania chodzą parami
W sobotę poleciałem do Osiecka. Zaplanowaliśmy z Jackiem nagranie filmu o skrzyni biegów ze zmienionymi przełożeniami jaką mam w moim motorze. Śnieg od kilku dni zalegający cienką warstwą pobocza i mało uczęszczane drogi ustąpił. Temperatura, która od tygodnia znikła pojawiła się. Co prawda nieśmiało, ale jednak słupek termometru wychynął ponad zero. Temperatura wróciła :-)
Z rana po wyprowadzeniu psa, odwiedzinach na bazarze i szybkim śniadaniu wciągnąłem na grzbiet tyle ciuchów ile dałem radę udźwignąć i byłem gotów do drogi. Lekka mżawka osadzała się na szybie kasku. Poprawiłem się w siodle, zamknąłem szczękę kasku i omijając chodnikiem osiedlowy szlaban ruszyłem. Buty Sidi, portki z goretexową membraną, kurtka dla budowlańców od Błażusiaka i łapawice naciągnięte na rękawice dawały gwarancję nieprzemakalności. Mimo sobotniej pustki na drogach udały mi się małe zawody, co zawsze daje miły dreszczyk emocji. Kierowniczka napompowanego BMW nie chciała pozwolić żeby kłapciaty motor wysunął się na prowadzenie. Niewiele jednak mogła zdziałać, bo skrzynia MK2 pozwala na rozpędzanie się do ponad 90 km/h na trzecim biegu, a dwa rondka z niskimi wysepkami pozwalają motocyklom na jazdę na wprost, w czasie gdy kierowca (w tym przypadku kierowniczka) samochodu nieprzygotowany na takie sztuczki musi zwalniać i kręcić się w kółko.
U Jacka, jak to u niego, zanim przystąpiliśmy do zaplanowanego nagrania zapoznał mnie z ostatnimi ciekawostkami warsztatowymi, planami na przyszłość, problemami z ekonomią w ujęciu mikro jak i makro, oraz bieżącą sytuacją polityczną. To nasz rytuał i tradycja. Wanda zameldowała, że gaz się skończył i nie może dokończyć obiadu. Przed nagraniem wpadł jeszcze Ropsonn po jakieś graty. Dwóch słuchaczy jest lepszych niż jeden, więc Jacek skorzystał z okazji i przez drobne pół godziny zapoznawał nas z tematami, które zaprzątają mu aktualnie głowę. Tak mu zaprzątają, że ledwie przypomniał sobie o gazie. Wanda musi mieć świętą cierpliwość. I nie tylko musi, ale na szczęście ją ma. Gdy Ropsonn ruszył w drogę powrotną sprawa gazu przebiła się z podświadomości do świadomości i w ciągu kilku minut kryzys gazowy został zażegnany.
Po kilku próbach nakręciliśmy wstęp do filmu i udaliśmy się na obiad. Przy okazji zostaliśmy ukarani za powadzenie pojazdów bez aktualnego ubezpieczenia OC, z niezapiętymi pasami i bez wymaganego przeglądu technicznego. Wszystkie te przewiny i wyroki zostały zapisane na skomplikowanych formularzach, które musieliśmy podpisać w wielu miejscach i w różnych egzotycznych językach. To Zosia i Basia wciągnęły nas w wir zabawy.
Dalej było już z góry. Jeszcze telefon do Wulkana i Starego z pytaniami o początki projektu zmodyfikowanej skrzyni MK1 i MK2, ich zgoda na publikację tych informacji i poszło. Co się nagrało będzie można niebawem zobaczyć na YB.
W drogę powrotną ruszyłem już po zmierzchu. Z Osiecka poleciałem na Tabor. Malownicza droga przez las. Kilka ostrych zakrętów. Naraz doszło do mnie, że brak widoczności drogi to nie tylko wina mgiełki, mżawki, mroku i mocnych świateł aut z naprzeciwka, ale coś się stało z moimi światłami. Coś? Po prostu światło nikło w oczach. W jego resztkach dojechałem do jakiejś wioski. Moja instalacja elektryczna nie należy do wzorcowych. Ot kilka kabli połączonych na szybko wtyczkami, które lata świetności mają za sobą. Trochę pogmerałem w tej plątaninie. We wtyczce kończącej kable z dynama jeden konektor wysunął się. Próba poprawy z góry była skazana na niepowodzenie, bo zaczep konektorka ułamał się. Niemniej na chwilę ładowanie powróciło. Zawróciłem kombinując, że lepiej będzie dokonać doraźnych poprawek w warsztacie Jacka. Przypomniałem sobie jednak jego minę gdy jakiś czas temu zobaczył tę moją techniczną popelinę. Nie, wolę jechać po ciemku niż wysłuchiwać słusznych skądinąd połajanek. Na razie światła są. Na wlocie do Osiecka odbiłem w prawo i dzida do domu.
Przez parę kilometrów dobrze szło, ale po chwili woltomierz zaczął pokazywać 11,5 10,8 10,5 9,4... Przed skrętem na Górę Kalwarię kolejny postój na dobrze oświetlonym placu przy myjni. Znowu kanapa na bok, pokrywa akumulatora precz, wyciągnięcie baterii, gmeranie przy wtyczce. Próba. Na woltomierzu uczciwe 12,5V. Lecimy. Tuż za mostem na Wiśle bajka się powtórzyła. Kompletna ciemność. Do Góry Kalwarii kilometr. Łuna nad miejscowością odbita od niskich chmur i wilgotnego asfaltu pozwoliła dojrzeć drogę. Na rynku postój techniczny. Trzeba zapewnić sobie wsparcie. Telefon do syna. Stachu czy jesteś w domu? U kumpla? Dwa piwka? No to nie nadajesz się. Żonka nie odbiera. Wachlowanie kabelkami. Próba... 12,3V. Dobrze szło do Konstancina. Tam majtanie kablami na cepeenie. Starczyło do domu :-)
Dziś wymieniłem wtyczkę, dokonałem kilku innych poprawek i uznałem, że motor jest znowu w życiowej formie. W drodze powrotnej do domu tankowanie. Po starcie z cepeenu poczułem charakterystyczną miękkość z tyłu. Zjazd na chodnik. Koło tylne stoi na feldze. Próba podpompowania kończy się porażką. Kolejne wyzwanie. Trzeba zdjąć koło i wymienić dętkę. Byle tylko nie przyszczypać przy montażu, bo na zapasie mam tylko jedną. Ostatni krytyczny ruch łyżką, pyk i opona jest na miejscu. Kompresorek wesoło pomrukuje. Po wczorajszych przygodach w baterii nie ma za wiele prądu. Napięcie (baterii) siada, kompresor gaworzy coraz niższym basem, napięcie (moje) rośnie. Na szczęście rośnie też ciśnienie. Uf starczyło prądu. Zbieram graty. Można jechać.
Dwa dni, dwa wyzwania, wiele frajdy. Ile jeszcze wyzwań, ile frajdy, przygód... czas pokaże. Połowa lutego, a sezon już dobrze napoczęty. Byle do wiosny :-)


Z rana po wyprowadzeniu psa, odwiedzinach na bazarze i szybkim śniadaniu wciągnąłem na grzbiet tyle ciuchów ile dałem radę udźwignąć i byłem gotów do drogi. Lekka mżawka osadzała się na szybie kasku. Poprawiłem się w siodle, zamknąłem szczękę kasku i omijając chodnikiem osiedlowy szlaban ruszyłem. Buty Sidi, portki z goretexową membraną, kurtka dla budowlańców od Błażusiaka i łapawice naciągnięte na rękawice dawały gwarancję nieprzemakalności. Mimo sobotniej pustki na drogach udały mi się małe zawody, co zawsze daje miły dreszczyk emocji. Kierowniczka napompowanego BMW nie chciała pozwolić żeby kłapciaty motor wysunął się na prowadzenie. Niewiele jednak mogła zdziałać, bo skrzynia MK2 pozwala na rozpędzanie się do ponad 90 km/h na trzecim biegu, a dwa rondka z niskimi wysepkami pozwalają motocyklom na jazdę na wprost, w czasie gdy kierowca (w tym przypadku kierowniczka) samochodu nieprzygotowany na takie sztuczki musi zwalniać i kręcić się w kółko.
U Jacka, jak to u niego, zanim przystąpiliśmy do zaplanowanego nagrania zapoznał mnie z ostatnimi ciekawostkami warsztatowymi, planami na przyszłość, problemami z ekonomią w ujęciu mikro jak i makro, oraz bieżącą sytuacją polityczną. To nasz rytuał i tradycja. Wanda zameldowała, że gaz się skończył i nie może dokończyć obiadu. Przed nagraniem wpadł jeszcze Ropsonn po jakieś graty. Dwóch słuchaczy jest lepszych niż jeden, więc Jacek skorzystał z okazji i przez drobne pół godziny zapoznawał nas z tematami, które zaprzątają mu aktualnie głowę. Tak mu zaprzątają, że ledwie przypomniał sobie o gazie. Wanda musi mieć świętą cierpliwość. I nie tylko musi, ale na szczęście ją ma. Gdy Ropsonn ruszył w drogę powrotną sprawa gazu przebiła się z podświadomości do świadomości i w ciągu kilku minut kryzys gazowy został zażegnany.
Po kilku próbach nakręciliśmy wstęp do filmu i udaliśmy się na obiad. Przy okazji zostaliśmy ukarani za powadzenie pojazdów bez aktualnego ubezpieczenia OC, z niezapiętymi pasami i bez wymaganego przeglądu technicznego. Wszystkie te przewiny i wyroki zostały zapisane na skomplikowanych formularzach, które musieliśmy podpisać w wielu miejscach i w różnych egzotycznych językach. To Zosia i Basia wciągnęły nas w wir zabawy.
Dalej było już z góry. Jeszcze telefon do Wulkana i Starego z pytaniami o początki projektu zmodyfikowanej skrzyni MK1 i MK2, ich zgoda na publikację tych informacji i poszło. Co się nagrało będzie można niebawem zobaczyć na YB.
W drogę powrotną ruszyłem już po zmierzchu. Z Osiecka poleciałem na Tabor. Malownicza droga przez las. Kilka ostrych zakrętów. Naraz doszło do mnie, że brak widoczności drogi to nie tylko wina mgiełki, mżawki, mroku i mocnych świateł aut z naprzeciwka, ale coś się stało z moimi światłami. Coś? Po prostu światło nikło w oczach. W jego resztkach dojechałem do jakiejś wioski. Moja instalacja elektryczna nie należy do wzorcowych. Ot kilka kabli połączonych na szybko wtyczkami, które lata świetności mają za sobą. Trochę pogmerałem w tej plątaninie. We wtyczce kończącej kable z dynama jeden konektor wysunął się. Próba poprawy z góry była skazana na niepowodzenie, bo zaczep konektorka ułamał się. Niemniej na chwilę ładowanie powróciło. Zawróciłem kombinując, że lepiej będzie dokonać doraźnych poprawek w warsztacie Jacka. Przypomniałem sobie jednak jego minę gdy jakiś czas temu zobaczył tę moją techniczną popelinę. Nie, wolę jechać po ciemku niż wysłuchiwać słusznych skądinąd połajanek. Na razie światła są. Na wlocie do Osiecka odbiłem w prawo i dzida do domu.
Przez parę kilometrów dobrze szło, ale po chwili woltomierz zaczął pokazywać 11,5 10,8 10,5 9,4... Przed skrętem na Górę Kalwarię kolejny postój na dobrze oświetlonym placu przy myjni. Znowu kanapa na bok, pokrywa akumulatora precz, wyciągnięcie baterii, gmeranie przy wtyczce. Próba. Na woltomierzu uczciwe 12,5V. Lecimy. Tuż za mostem na Wiśle bajka się powtórzyła. Kompletna ciemność. Do Góry Kalwarii kilometr. Łuna nad miejscowością odbita od niskich chmur i wilgotnego asfaltu pozwoliła dojrzeć drogę. Na rynku postój techniczny. Trzeba zapewnić sobie wsparcie. Telefon do syna. Stachu czy jesteś w domu? U kumpla? Dwa piwka? No to nie nadajesz się. Żonka nie odbiera. Wachlowanie kabelkami. Próba... 12,3V. Dobrze szło do Konstancina. Tam majtanie kablami na cepeenie. Starczyło do domu :-)
Dziś wymieniłem wtyczkę, dokonałem kilku innych poprawek i uznałem, że motor jest znowu w życiowej formie. W drodze powrotnej do domu tankowanie. Po starcie z cepeenu poczułem charakterystyczną miękkość z tyłu. Zjazd na chodnik. Koło tylne stoi na feldze. Próba podpompowania kończy się porażką. Kolejne wyzwanie. Trzeba zdjąć koło i wymienić dętkę. Byle tylko nie przyszczypać przy montażu, bo na zapasie mam tylko jedną. Ostatni krytyczny ruch łyżką, pyk i opona jest na miejscu. Kompresorek wesoło pomrukuje. Po wczorajszych przygodach w baterii nie ma za wiele prądu. Napięcie (baterii) siada, kompresor gaworzy coraz niższym basem, napięcie (moje) rośnie. Na szczęście rośnie też ciśnienie. Uf starczyło prądu. Zbieram graty. Można jechać.
Dwa dni, dwa wyzwania, wiele frajdy. Ile jeszcze wyzwań, ile frajdy, przygód... czas pokaże. Połowa lutego, a sezon już dobrze napoczęty. Byle do wiosny :-)

