jesienny szlif

Wczoraj wracając z Księżyca zaliczyłem mini szlif. Od dawna nie było rzetelnego deszczu więc na jezdni zebrał się brud. Zaczęło coś tam mżyć i nawierzchnia stała się cholernie śliska. Jechałem ulicą Sokratesa, która ma po 2 pasy w każdą stronę, ale co kilkaset metrów poprzedzielana jest progami zwalniającymi. Taki warszawski absurd, bo tu z rok temu gość walił grubo ponad setkę (mocno tiuningowanym pomarańczowym BMW), a inny idąc z rodziną na pasach chciał mu udowodnić, że tak nie wolno. Żona i dziecko w wózku ocaleli (wg świadków w ostatnim ułamku sekundy pchnął silnie wózek), a udowadniacz zapłacił za dowód własnym życiem. Tiuningowiec miał iść do pudła, a Sokratesa ukarali progami.

Jechałem lewym pasem, a na prawym nieco przede mną posuwało małe autko. Gdy zbliżaliśmy się do progu autko musiało mocno zwolnić, ja oczywiście nie. Kątem oka zobaczyłem jego stopy (myślę o światłach), co było naturalne przed progiem. Nagle bez kierunku autko nadal hamując wpakowało się przede mnie, bo umyśliło sobie, że skręci w lewo. W pierwszej chwili nacisnąłem na klamkę hamulca, a w drugiej chwili od kilku chwil leżałem już na jezdni. Na szczęście auto jadące za mną wyhamowało. Zanim podniosłem motocykl, kilkoma silnymi kopnięciami wyprostowałem podnóżek blokujący dźwignię zmiany biegów i odpaliłem maszynę figlarz zdążył już zniknąć w bocznej uliczce. Szkoda, bo miałem ochotę urwać mu lustro, ale obszedłem się smakiem.

Uważajcie na śliskie jesienne drogi!!!