Grecja

Środa/Czwartek (15/16 kwietnia)

Gdy w zeszłym roku wracaliśmy z ziemi włoskiej do Polski zastanawialiśmy się nad kolejnym kierunkiem. Padł pomysł odwiedzenia Grecji. Mamy wstępny plan. Nad realizacją pomyśli się w jakiejś wolnej chwili. Najlepszy plan to brak planu, wtedy jest minimalne ryzyko niepowodzenia. I tak plan tkwił w sferze planów przez kilka miesięcy. Pod koniec roku uznałem, że nie ma co udawać Greka tylko trzeba coś zaplanować. Meteory, Lefkada, Peloponez i Elafonisos. Jacenty do planu podrzucił sugestie kulinarne obejmujące grecką sałatkę i rybę po grecku, jednak bez duszonej marchewki. Skąd te pomysły? Jeżeli chodzi o kulinaria Jacek ma dość schabowych w panierce i frytek, więc zaproponował coś lekkiego. Jeżeli chodzi o geografię pomysły podrzuciła moja córka Ania wraz z Marcinem. Mieszkali w tych okolicach przez kilka miesięcy podczas rocznej podróży kamperem.

Grecja
Biwaczek na Elafonisos (fot. Marcin)

Grecja
Jedna z najlepszych ryb (fot. Marcin)

Grecja
Jedna z najpiękniejszych córek na jednej z najpiękniejszych plaż  (fot. Marcin)

Słuchając opowieści Ani i oglądając fotki na @te4_kola miałem gotowy plan. Czy rzeczywistość sprosta wyobrażeniom? O tym w dalszej części. Ile mamy czasu? Tyle ile chcemy? Tyle ile możemy? Jak to w życiu bywa musieliśmy wybrać rozwiązanie kompromisowe. Tydzień plus kilka dni. Start we środę po robocie. Powrót w następną sobotę, zostawiając w zapasie jeden dzień na nieprzewidziane wypadki. Jeżeli wszystko pójdzie gładko niedziela będzie dniem odpoczynku po odpoczynku. Licząc na palcach wyszło okrągłe 10 dni i mniej więcej tyle nocy.

Do Meteorów mamy około 2000 kilometrów. Gdybyśmy polecieli motorami zajęłoby to 3 dni. Do tego 3 dni na powrót. Na samo gęste mielibyśmy raptem 4 dni. Mało! Jacek ma firmowego busa. Bus ten po kilku miesiącach mniej lub bardziej intensywnych prac remontowych wrócił od mechanika w życiowej formie. Powinien dać radę dowieźć nas do Grecji i z powrotem. Gdyby nie dał będziemy mieli ze sobą szalupy ratunkowe w postaci motorów, również w życiowej formie. Prowadzić będziemy na zmianę. Jeden może spać, a drugi drzemać za kierownicą, potem zmiana ról. 2000 kilometrów to doba z małym haczykiem. W ten sposób na Grecję pozostałoby 6-7 dni. Mało, ale to już coś. Jak poszło? Nie wyprzedzajmy toku opowieści.

W międzyczasie pojawił się dodatkowy element planu. Nasz kliento-kolega pracuje w Bośni. Chciałby tam mieć swój motor by pośmigać w wolnych chwilach po malowniczych Bałkanach. Gdy usłyszał o naszej wycieczce zaproponował nocleg i dorzucenie się do paliwa w zamian za przewiezienie Harleya. To wydłużyło trasę o około 300 kilometrów, ale perspektywa spędzenia wieczoru w urokliwym Trebinje zrekompensowała wydłużenie podróży. Przed wyjazdem chciałem zorientować się w historii tego miejsca, które mieści się w Republice Serbskiej stanowiącej jedną z dwóch części składowych Bośni i Hercegowiny. Drugą jest Federacja Bośni i Hercegowiny. Cytując Wikipedię w Trebinje odnotowuje się ślady osadnictwa rzymskiego. Nazwa osady pojawia się pierwszy raz w dziele De Administrando Imperio (O zarządzaniu państwem) Konstantyna VII Porfirogenety (905-959) w opisie geografii Serbów. W X w. miejscowość była siedzibą administracji Trawunii (Trebinii), państwa plemiennego Trawunian (Trebinian). Miasto do połowy XIV wieku należało do Serbii. Funkcjonowało pod nazwami: Travunia i Tribunia. W 1377 roku zostało włączone do Królestwa Bośni. W latach 1466–1878 znajdowało się pod panowaniem osmańskim. Nie można zapomnieć o niedawnej wojnie toczącej się w latach 1992–1995. Proste? Tam nic nie jest proste.

Motory zostały zapakowane na busa już w poniedziałek. Jacek zaplanował start z Osiecka we środę około 14, ale przekazanie obowiązków Żwirowi, pełniącemu obowiązki dyrektora zarządzającego, nieco się przeciągnęło. Jacenty przyznaje, że jeszcze cztery lata temu nie wyobrażał sobie, że może porzucić warsztat na kilka dni. Najtrudniej jest zacząć. Trzy lata temu pojechaliśmy do Normandii. Załoga nie spaliła budy, graty nie poginęły, nikt sobie nie uciął palca, a nasza pierwsza dłuższa trasa udała się znakomicie. Potem przyszedł czas na Monte Cassino, Elbę i San Marino. W tym roku też powinno się udać. Nasz prom kosmiczny pojawił się na Księżycu około 18. Właśnie domywałem ręce po robocie i grzałem wodę na herbatę. Jeszcze pożegnania z Księżycową ekipą, dopakowanie torby i stroju motocyklowego na pakę i o 18:30 startujemy. Za fajerą jako pierwszy siada Jacenty.

Mój półbrat Olo dopingując do sprawnego zbierania się na postoju mawia "pogadamy w trasie". Oczywiście z braku interkomów z takich pogaduszek nic nie wychodzi. Tym razem nie musimy się ograniczać. Możemy sobie pogadywać do woli. Pierwszy zaczyna Jacek. Pomysły na nowe produkty, omówienie osiągnięć i porażek, dawna, bieżąca i przyszła sytuacja polityczna, dawna, bieżąca i przyszła sytuacja... my ciągle rozmawiamy o kawie? I tak niepostrzeżenie przelecieliśmy przez Polskę. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do granicy. Wstępujemy na pomidorówkę i żurek. Tankowanie do pełna paliwem "sponsorowanym" przez rząd. Tę kwestię, poszerzoną o blokadę cieśniny Ormuz i perspektywy rozwiązania konfliktu na Bliskim Wschodzie, też omówiliśmy w trasie.

Zapadła noc. To pora gdy mój towarzysz podróży zapada w sen. Zmiana za fajerą. Tak dobrze spał (mimo niewygodnej pozycji), że żal było go budzić. Czechy i Austria przemknęły niemal niezauważenie w mroku nocy. Tuż po wschodzie Słowenia. Ponieważ dobrze mi się drzemało za kierownicą nie pamiętam czy kolejna zmiana nastąpiła w Słowenii czy może już w Chorwacji? Granica, kawałek dobrej drogi, malownicza droga przez góry w Bośni i Hercegowinie i meta w Trebinje o 16. Dobry czas.

Grecja
Po drodze takie widoczki

Na miejscu przyjmują nas dwaj drągale, koledzy Łukasza. Frontex dobrze dobiera personel. Ci dwaj razem mają ze cztery metry wzrostu. Mając taką pomoc sprawnie ściągamy Harleya z wozu i przetaczamy do garażu. Instalujemy się w udostępnionym mieszkaniu. Szybki prysznic zmywa znużenie po 24 godzinnej podróży non stop. Wędrujemy na śniadanio-obiado-kolację przewidzianą w pakiecie AI*.

*All Inclusive to formuła wakacyjna oznaczająca "wszystko w cenie", zapewniająca pełne wyżywienie (śniadania, obiady, kolacje), przekąski oraz napoje bezalkoholowe i lokalne alkoholowe. Zazwyczaj obejmuje również dostęp do hotelowych udogodnień, takich jak baseny, siłownie, animacje dla dzieci i dorosłych.

Nasz pakiet kształtujemy elastycznie. Większość noclegów planujemy pod gołym niebem, posiłki we własnym zakresie, kilka ryb w tawernach, siłownia to codzienna porcja pompek i brzuszków, zamiast basenów kąpiel w morzu, w ramach animacji dla dorosłych jazda na motorach... nie ma lepiej :-)

Wędrując w kierunku starego miasta mijamy auta bez tablic ustawione lata temu na na trawniku, który po przebudowie uliczki "zapadł" się o dobre pół metra, co skutecznie uniemożliwi ich powrót na drogę, do tego dwa skutery wrośnięte w krzaki przy posterunku policji. Posterunek policmajstrów zda się pilnować tego dobra. Łukasz objaśnił, że te pojazdy zostały zatrzymane za jakieś przestępstwa i spokojnie czekają na prawne rozstrzygnięcia spraw, co może trwać przez lata. Pierwsze zdziwienie zamieniło się w pełne zrozumienie. U nas też sprawiedliwość bywa nierychliwa.

Odnajdujemy knajpkę poleconą przez Łukasza. Po chwili na stół wjeżdża pierwsza podczas tej wyprawy ryba. Palce lizać. Stadko kotów kręcących się pomiędzy stolikami może liczyć tylko na ogony i łby. Leniwy wieczór. Przed nami leniwie przepływają rodzinki z dziećmi, dzieci bez rodziców, osoby bez dzieci i przyciągająca nasz leniwy wzrok żeńska grupka w sportowych strojach. Ech wakacje :-)



Piątek (17 kwietnia) 

Czarnogóra, Albania, góry, doliny, widoki tak wspaniałe, że nie ma sensu ich opisywanie. Granica z Grecją. Pani strażnicze nie spodobało się, że mamy (obaj!) nieaktualne polisy na motory. Moja propozycja złożenia zapewnienia, że nie będziemy na nich jeździć nie spotkała się z przychylnym przyjęciem. Jacenty jako wytrawny kombinator zdalnie wykombinował dwie polisy i udało się wjechać. Jak sobie kiedyś radzili podróżnicy gdy nie było smartfonów, łączności i dostępu do internetu? Mieli trudniej, choć z drugiej strony nie było też wymogu posiadania OC na konia i wóz.

Zbliża się wieczór. Do Kalambaki, gdzie zamierzamy pozostawić busa, zostało 170 kilometrów. Chcąc rozbijać biwak przed zmrokiem decydujemy się na poszukiwanie miejscówki w okolicy mijanego właśnie jeziora otoczonego górami. Nad brzegiem ciąg domów, knajpek i turystycznych atrakcji. My wbijamy w szutrową drogę wiodącą w góry. Jutro zobaczymy słynne Meteory, a dziś meteory i gwiazdy. Szumią sosny i kuchenka. Nie ma lepiej :-) Na biwaku w środku niczego udajemy Greków.

Grecja

Grecja
Nocna lampka - butelka podświetlona latarką



Sobota (18 kwietnia)

Grecja
Poranek na pierwszym biwaku

Biwak o poranku. Jacek jeszcze śpi. Zwinąłem śpiwór i korzystając z chwili spokoju idę na krótki spacer po okolicy. Gdy wróciłem mój towarzysz już był w pełni sił i gotów do podjęcia kolejnych wyzwań. Żeby rozruszać nieco zdrętwiałe ciało (z materaca zeszło mu powietrze) wykonał dwie serie po pięćdziesiąt pompek, wysłał rodzinie relację z podróży, dołożył jeszcze kilka pompek i był w życiowej formie. Nocleg na świeżym powietrzu, tlenu tyle ile płuca zdołają pochłonąć, szum sosen - tego żaden hotel nie jest w stanie przebić.

Kawa i herbata, coś na ząb, zwijamy graty i dzida. Do celu rzut beretem. Koło południa meldujemy się w miasteczku Kalambaka u stóp słynnych klasztorów. Decydujemy się na pozostawienie busa na bezpłatnym parkingu przy dworcu kolejowym. Stoi tu kilka ciężarówek, kamperów, kręcą się ludzie. Miejsce wygląda na spokojne i na widoku więc nie powinno przyciągać złych ludzi. Czy przyciąga tego nie wiemy, ale bus pozostawiony na tydzień doczekał bez problemu do naszego powrotu.

Ściągamy motory, montujemy kufry, które musieliśmy zdemontować żeby zmieścić Harleya, troczymy torby, przebieramy się za motocyklistów. Po półtorej godzinie jesteśmy gotowi do drogi. Dziś w planach objazd okolicy, odwiedzenie spotu gdzie Ania z Marcinem biwakowali dwa lata temu, zwiedzenie klasztoru zawieszonego na skałach w Meteorach. Czy warto tam pojechać? Zdecydowanie tak. Obłędne widoki, ciekawe zabytki i na zakończenie dnia... ryba i grecka sałatka. Jacek może być usatysfakcjonowany.

Grecja

Grecja

Grecja

Grecja

Pod wieczór przyszło kilka chmur i postraszyło deszczem. Jacek zaproponował żebyśmy poszukali noclegu pod dachem. Szybkie przeszukanie ofert w booking.com i jedziemy do 
Guesthouse Arsenis. To świetne miejsce nie tylko dla motocyklistów. Kilkanaście pokoi z widokiem na dolinę, dom poza miejscowością, 50 EUR za dwuosobowy pokój, dla karawaniarzy możliwość podłączenia się do prądu, cisza, spokój i ciekawy typ za kontuarem. Skąd jesteście? Z Polski? Boniek, Smolarek, Tomaszewski... wiesz kto to Szarmach? Najlepszy klub to Barcelona. Lewandowski, Szczęsny... Najlepszy piłkarz? NIE, NIE, NIE, nie Messi, NAJLEPSZY MARADONA!!! 

Niedziela (19 kwietnia)

Poranny rzut oka z okna Guesthouse Arsenis. Za chwilę ruszamy pa południe. Ciepło! Słonecznie! Cisza i spokój! Chwilo trwaj!

Grecja

Początek trasy wiedzie doliną pomiędzy górami. Omijamy autostradę i kręcimy się między wioskami. "Podziwiamy" tutejsze budownictwo. Fragment słowa "budo" odpowiada dobrze temu do widzimy. Budynki techniczne to budy z zardzewiałej blachy, pogiętych słupów, połupanych płyt... Koło nich wrosnięty w ziemię sprzęt rolniczy i wraki samochodów. Budynki mieszkalne wyglądają na niedokończone. Wystają z nich fragmenty z gołymi drutami zbrojeniowymi, wiele z nich to porzucone inwestycje, albo kiedyś zamieszkane, a teraz opuszczone. Taki mają styl. Pewnie łatwo byłoby się do tego przyzwyczaić gdybyśmy dłużej tu posiedzieli. Na razie budzi to zdziwienie. A może pod te budy, odpowiednio dobrze wycenione, pobrane są kredyty? Coś mi majaczy, że Grecy pociągnęli sporo środków w europejskich banków i dopiero Niemcy musieli tupnąć nogą. Tupali tu w czasie II WŚ i tupią teraz. Ot historia zmieszana z polityką i gospodarką. Takiego węzła łatwo się nie rozwikła.

Kończy się dolina. Zaczynają się góry. Góry, góry, góry... coś obłędnego. Jeden z najpiękniejszych krajobrazowo dni. 170 kilometrów trasy przez góry. Ciągną się w każdą stronę aż po horyzont. Ruch minimalny. Jedziemy w kierunku wyspy Lefkada. Tam też biwakowali Ania z Marcinem. Ich doświadczenia są dla nas najlepszą rekomendacją.

Grecja

Grecja

Grecja

Wjeżdżamy na Lefkadę. Można się tam dostać nowoczesnym mostem (płatny) lub tradycyjnymi promami. W przypadku motocykli różnica cenowa jest nieistotna. Za busa na promie płaci się kilka euro, a na moście kilkanaście.

Grecja

Docieramy do portu. Gość w markecie zapytany o dobre ryby polecił knajpkę κύμα (czyt. kima), co w tutejszym języku oznacza falę. W tawernie spotkaliśmy parę z Polski - Kasia i Stratos. On urodzony w Grecji, wyemigrował z rodzicami do Polski, teraz jako architekt nadzoruje na Lefkadzie budowy domów dla swoich klientów. Ona biegle po grecku zamówiła dla nas super rybę. Na pytanie skąd zna grecki odparła, że to jej obowiązek skoro od 20 lat jest żoną Greka :-)

Grecja

Grecja

Syci wrażeń i nakarmieni już po zmierzchu szukamy noclegu. Mapa googlowa pokazuje, że boczna szutrowa droga zaprowadzi nas wprost nad brzeg morza u stóp wysokiego klifu. O tej porze roku panuje tu kompletna pustka i bez problemu można znaleźć miejsce na biwak. Księżyc, gwiazdy, szumi morze, nocleg na plaży...



Poniedziałek (20 kwietnia)

Grecja

Jacek smacznie śpi. Podziwiam poranne widoki na morze i bawię się  budując kamienną wieżę.

Grecja

Kręte dróżki na Lefkadzie, wymarła amerykańska stacja radarowa, jajecznica z widokiem na mooooorze i góóóóóóóry, kąpiel, droga tylko dla nas, gość w kaloszach (podobieństwo mentalne Greków i Polaków), nocleg na kamieniach na plaży, wróżba jajeczna



Wtorek (21 kwietnia)

Przez Peloponez, mijamy Spartę, nocleg w górach, Wielki Wóz. Nocleg w górach. Mamy szczyt dla siebie. Widok na 20km. Do Sparty 30km. Jest nas dwóch, czekamy na kolejnych 298 do kompletu. Ognisko powoli dogasa. Jutro skok na wyspę Elafonisos.



Środa (22 kwietnia)

Najładniejsza plaża, taniec Zorby, najlepsza ryba i ostatni prom. Nocleg w górach (wymagający podjazd, rechot żab, ognisko)



Czwartek (23 kwietnia)

Dziś dla odmiany deszczyk. Upały zdecydowanie zależały. Jest też wiatr, a w lecie jak wieje wiatr to jest chłodno :-) Jadąc przez góry wjechaliśmy w takie chmury, że na szczęście nie było widać, że zakręty są bardzo ostre, a na asfalcie leży troszeczkę kamyczków i płynie strumyk. Troszeczkę za późno zatrzymaliśmy się żeby włożyć przeciwdeszczówki i mamy nieco mokre ciuchy, ale to dobrze, bo nie będzie nam się chciało zatrzymywać i podziwiać widoków, tylko ogień na tłoki. Jeżeli damy radę, to dziś ostatni dzień podróży motocyklowej. Czy to się uda? Na dwoje babka wróżyła. Pożyjemy zobaczymy.
Biały koń, pomarańcze, pani rozmawiającą przez telefon na ścianie, chmura, posiłek u krówki, autostrada, znowu u fana Maradony, kolacja u Orłów



Piątek (24 kwietnia)

Pakowanie motorów na busa i start o 9:30. Grecja, Macedonia, problemik na przejściu granicznym z Serbią, cała Serbia autostradą, eleganckie dziewczyny i delikatni chłopcy, problemik na przejściu przy wyjeździe z Serbii, Jacenty poliglota i skuteczny negocjator, Węgry autostradą do Budapesztu (politycznych emigrantów nie widzieliśmy, bo objechaliśmy miasto obwodnicą), nocna trasa krajówką w kierunku Słowacji i przejazd krajówkami (mam nadzieję, bo nie kupiłem winiety) przez Słowację.



Sobota (25 kwietnia)

Piękna jest ta nasza Polska - drogi, miejscowości, ludzie, kible na stacjach benzynowych, jajecznica w przydrożnej restauracji o 8 rano, muzycy o szlachetnych, choć zmęczonych twarzach, ekspresówka Kraków-Warszawa do pokonania w nieco ponad 2 godziny... powrót "na strzał " 1930km