majowe Morawy
Jadąc przez wiosenne Morawy w drodze do Maroka w roku 2019 obiecaliśmy sobie, że przyjedziemy tu kiedyś o takiej samej porze na kilka dni, żeby poznać i nacieszyć się piekną okolicą. Szaleństwo covidowe (tfu, na psa urok), które ogarnęło świat, nie pozwoliło spełnić tej obietnicy przez dwa lata!!! Co się odwlecze, to nie uciecze. Na początku maja Olek wystąpił z inicjatywą. Zakomunikował, że prośbą i groźbą wymusił na swoim dyrektorze zgodę na urlop, i to całkiem długi, bo od piątku do niedzieli. A może załatwił to z kierownikiem? Tak, czy tak, nieźle się musiał starać, bo w tych trudnych negocjacjach występował w roli obu stron, jak to w przypadku osoby samodzielnie prowadzącej działalność.
Propozycja była nęcąca. Natychmiast przystąpiłem do negocjacji z moim dyrektorem. A może załatwiałem to z kierownikiem? Też nieźle się musiałem postarać, bo i ja w tych trudnych negocjacjach występowałem w roli obu stron. Bałem się, że dyrektor sztywno podejdzie do mojej prośby. Chodził ostatnio jakby kij połknął, odkąd na początku kwietnia złamał kręgosłup szalejąc na nartach. Na szczęście miał dobry humor. Co do kręgosłupa, to po pierwsze mówi, że połamał nie cały tylko jeden krąg, po drugie krąg tylko pękł, po trzecie bez przemieszczeń i znacznych ucisków na nerwy, i w końcu po czwarte, że za przyjemności trzeba płacić, a ta przyjemność była warta swojej ceny :-)
Na liście chętnych był jeszcze Krzych, ale rodzinka, którą stawia nia pierwszym miejscu, coś mu przygotowała na weekend i musiał się wycofać.
Plan na piątek zakładał kontrolną wizytę u ortopedy, skok do Końskich gdzie umówilismy się z Olkiem i dolot do Czech.
W przychodni zameldowałem się na kwadrans przed umówioną wizytą, ale spory tłumek pacjentów, plus słaba obsada recepcji, nie sprzyjały sprawnej obsłudze. Koniec końców po półgodzinnym oczekiwaniu i załatwieniu formalności stanąłem przed groźnym obliczem pana doktora. Buty i spodnie motocyklowe plus kask w ręce, nie budziły wątpliwości co do mojego środka transportu. "Jazda motocyklem jest absolutnie niedopuszczalna!!!" rzucił przez zaciśnięte zęby. "To wszystko przez korki. Gdybym jechał samochodem spóźniłbym się na wizytę." Po wstępnej wymianie uprzejmości zaordynował zrobienie zdjęć, które obejrzał i zawyrokował, że pęknięcie zrasta się prawidłowo. Pomrukując pod nosem klepał coś w komuterze, a na koniec zalecił noszenie gorsetu jeszcze przez miesiąc, unikanie wysiłku, kontrolę za miesiąc i pełną abstynencję od motocykla.... Oj naiwny, naiwny, naiwny, choć w intencjach to w zasadzie pozytywny, jak śpiewał Jak Kaczmarek.
Kontrola odbyta, graty w sakwach, można ruszać. Energicznie naciskam na starter, a tu niespodzianka. Obraca się bez oporu i nie kręci wałem. To pachnie rozkręconym sprzęgłem. Po kilku próbach sukces. Siadam, jedynka, ogień na tłoki i dzida. Żeby nadrobić stracony czas rezygnuję z mojej ulubionej drogi 728 na rzecz S8. Drogą szybkiego ruchu pomykam do Rawy Mazowieckiej. Słowo "pomykam" nie oddaje tego co dzieje się z moim napędem. Sprzęgło ślizga się coraz bardziej utrudniając wyprzedzanie ciężarówek. Coś trzeba z tym zrobić. Od Rawy przepiękna droga przez Inowłódz i dalej na Końskie.
Z Olkiem umówiliśmy się w Końskich na stacji benzynowej przy rondzie. Czeka. Serdeczne uściski. Nie widzieliśmy się od jesieni, kiedy to śmigaliśmy razem z Hirkiem do wód koło Balatonu.
Przy rondzie oprócz stacji benzynowej jest też stacja obsługi samochodów. Przemiły mechanik zaprasza na parking i udostępnia narzędzia, których brakuje mi do naprawy sprzęgła. Młotek i klucz 24 załatwiają sprawę. Najpierw bak precz, bo trzeba położyć motocykl na lewym boku. Czas na wydech, dźwignię hamulca, potem prawa kapa, tarcza oporowa sprzęgła i ukazuje się sprawczyni kłopotów - nakrętka napinająca sprężynę sprzęgła. Trzymała się na ostatnim zwoju gwintu. Dokręcam, montuję kapę, wydech, dźwignię hamulca nożnego, podnóżek i na końcu bak. Teraz można lecieć.
Po drodze odwiedzamy moje ulubione drzewo, tym razem w wiosennej szacie. Piękności!!!

Przed Zawierciem wpadamy na smażoną rybę. Teraz syci wrażeń z bocznych dróg i syci po obiadku wpadamy na drogę szybkiego ruchu, a po niedługim czasie na autostradę, która prowadzi nas do granicy z Czechami. Parę kilometrów przed granicą spadamy na drogę wojewódzką. Szybkie zakupy prowiantu i wody. Na parkingu rozmowa z "lokalesami" wspominającymi jak to w czasach minionych "Junakiem Panie to pole orali". Na ostatniej stacji przed Czechami tankujemy. Kolejka auto z czeskimi rejestracjami jasno wskazuje gdzie paliwo jest tańsze. Na stacyjnym parkingu sympatyczna rozmowa z kilkoma kolarzami udającymi się na zawody na Słowenię. Pytają o Junaka, o naklejki na błotniku, o trasy. Sami opowiadają o tym ile kilometrów rocznie pokonują siłą mięśni na dwóch kółkach. Dystans 25.000 kilometrów budzi podziw. Niejeden tyle nie nakręci autem lub motocyklem.
Czechy. Cel naszej podróży. Jedziemy i gapimy się. Jest na co. Niskie góry, lasy, pola, łąki, schludne wioski... Tego oczekiwaliśmy i tym się cieszymy. Potencjalnych miejsc biwakowych moc. Odbijamy w lokalna drogę. Na ekranie GPS widać, że wiedzie przez spore kompleksy leśne. Odbijam w szutrową drogę wiodącą przez rozległe łąki ku ścianie lasu. Głos naszych silników płoszy stadko saren. Wdzięcznie uskakują nieco z drogi, ale po kilkudziesięciu metrach stają i gapią się na rzadkich gości.
W ostatnich promieniach słońca zakładamy biwak. Tym razem postawiłem na minimalizm i nie zabrałem nawet norki. Śpiwór i mata wystarczą. Na wszelki wypadek mam też kawałek plandeki, którą można okryć się w razie deszczu. Olek z niedowierzaniem patrzy na swój bagaż. Gdzieś po drodze zgubił namiot. Cofa się kilometr do asfaltu licząc, że niesforny pakunek wymknął się na gruntowych wertepach. Wraca z zawiedzioną miną. Nie nastawiał się na nocleg pod goły niebem. W tej sytuacji rozstawiam prowizoryczny dach z dwóch patyków i plandeki. Olo początkowo protestuje, ale w końcu lokuje się pod dachem. Ja moszczę sobie posłanie przy motocyklu, wpełzam do śpiwora i podziwiam gwiazdy. Z rozmachem ktoś (wiem kto) urządził dla nas ten świat!!!
Daleko na północy widać rozbłyski odległej burzy. Tylko obraz bez dźwięku. Już prawie zasypiam gdy pojawia się Olo i melduje, że zaczyna padać i trzeba podjąć jakieś kroki, bo niechybnie nas zmoczy. Ubawił się, gdy zamiast rozglądać się po nocnym niebie wyciągnąłem telefon i zacząłem sprawdzać czy rzeczywiście pada na radarowej mapie opadów jakbym nie wierzył kroplom spadającym na głowę :-) Chciałem jednak sprawdzić jak rozległy jest opad i ile czasu potrwa. Oszacowałem, że skończy się za dwie godziny. Przekonałem Olka, że damy radę przeczekać deszcz w naszym prowizorycznym schronieniu. Szybkie przerzucenie maty i śpiwora pod dach, zasłonięcie jednego ze szczytów folią, na której miałem rozłożoną matę. Daszek ma niecałe dwa metry długości więc trzeba nieco podkurczać nogi. Olek wpadł na pomysł i na nogi naciągnął foliowy worek. Miarowy szum kropel uśpił nas w ciągu kilku minut.

Poranek powitał słońcem. Taki widok z posłania, to coś co tygrysy lubią najbardziej!

Tysiącgwiazdkowy hotel w pełnej krasie.

Humory dopisują. Olek za chwilę poda śniadanie. Chleb z dżemem ze świni, herbata, sok jabłkowy... samo zdrowie.

Może nieco z pozoru sztywny, ale w głębi duszy wyluzowany.

Boczne drogi, wioseczki, klimatyczne miasteczka. Góry, doliny, lasy, łąki, pola kwitnącego rzepaku, drogi wijące się jakby byk siusiu robił. Raj dla motocyklistów.

Jak tu ładnie.



W połowie dnia obiad na rynku jakiegoś miasteczka. Po drodze drobne zakupy w niewielkim sklepiku z azjatycką obsługą. Moją uwagę przykuła kolorowa ściana sztucznych kwiatów służąca za reklamę tego lokalu. Olek początkowo podszedł z rezerwą do mojego wyboru miejsca na zakupy, ale po chwili dał się urzec urokowi tego dziwnego miejsca.
Pod wieczór krótkie poszukiwanie biwaku. W tej okolicy to bułka z masłem. Kolejny tysiącgwiazdkowy hotel pojawia się jak na zawołanie. I tu płoszymy sarny, ale chyba na czuły do nas urazy, bo podbiegły tylko kawałek i pasły się dalej w spokoju. Deszczu nie spodziewaliśmy się, ale dla komfortu psychicznego Olka rozstawiłem prowizoryczny namiot. Sam ułożyłem się koło motocykla.

W niedzielę powrót. Jeszcze puste czeskie dróżki. Mamy czas nacieszyć się widokami. Potem zatłoczonymi drogami przez Szklarską Porębę i Jelenią Górę docieramy do autostrady na Wrocław, i dalej S8 w kierunku domu. Kolejna sympatyczna trasa za nami. Sam smak motocyklizmu :-)
Propozycja była nęcąca. Natychmiast przystąpiłem do negocjacji z moim dyrektorem. A może załatwiałem to z kierownikiem? Też nieźle się musiałem postarać, bo i ja w tych trudnych negocjacjach występowałem w roli obu stron. Bałem się, że dyrektor sztywno podejdzie do mojej prośby. Chodził ostatnio jakby kij połknął, odkąd na początku kwietnia złamał kręgosłup szalejąc na nartach. Na szczęście miał dobry humor. Co do kręgosłupa, to po pierwsze mówi, że połamał nie cały tylko jeden krąg, po drugie krąg tylko pękł, po trzecie bez przemieszczeń i znacznych ucisków na nerwy, i w końcu po czwarte, że za przyjemności trzeba płacić, a ta przyjemność była warta swojej ceny :-)
Na liście chętnych był jeszcze Krzych, ale rodzinka, którą stawia nia pierwszym miejscu, coś mu przygotowała na weekend i musiał się wycofać.
Plan na piątek zakładał kontrolną wizytę u ortopedy, skok do Końskich gdzie umówilismy się z Olkiem i dolot do Czech.
W przychodni zameldowałem się na kwadrans przed umówioną wizytą, ale spory tłumek pacjentów, plus słaba obsada recepcji, nie sprzyjały sprawnej obsłudze. Koniec końców po półgodzinnym oczekiwaniu i załatwieniu formalności stanąłem przed groźnym obliczem pana doktora. Buty i spodnie motocyklowe plus kask w ręce, nie budziły wątpliwości co do mojego środka transportu. "Jazda motocyklem jest absolutnie niedopuszczalna!!!" rzucił przez zaciśnięte zęby. "To wszystko przez korki. Gdybym jechał samochodem spóźniłbym się na wizytę." Po wstępnej wymianie uprzejmości zaordynował zrobienie zdjęć, które obejrzał i zawyrokował, że pęknięcie zrasta się prawidłowo. Pomrukując pod nosem klepał coś w komuterze, a na koniec zalecił noszenie gorsetu jeszcze przez miesiąc, unikanie wysiłku, kontrolę za miesiąc i pełną abstynencję od motocykla.... Oj naiwny, naiwny, naiwny, choć w intencjach to w zasadzie pozytywny, jak śpiewał Jak Kaczmarek.
Kontrola odbyta, graty w sakwach, można ruszać. Energicznie naciskam na starter, a tu niespodzianka. Obraca się bez oporu i nie kręci wałem. To pachnie rozkręconym sprzęgłem. Po kilku próbach sukces. Siadam, jedynka, ogień na tłoki i dzida. Żeby nadrobić stracony czas rezygnuję z mojej ulubionej drogi 728 na rzecz S8. Drogą szybkiego ruchu pomykam do Rawy Mazowieckiej. Słowo "pomykam" nie oddaje tego co dzieje się z moim napędem. Sprzęgło ślizga się coraz bardziej utrudniając wyprzedzanie ciężarówek. Coś trzeba z tym zrobić. Od Rawy przepiękna droga przez Inowłódz i dalej na Końskie.
Z Olkiem umówiliśmy się w Końskich na stacji benzynowej przy rondzie. Czeka. Serdeczne uściski. Nie widzieliśmy się od jesieni, kiedy to śmigaliśmy razem z Hirkiem do wód koło Balatonu.
Przy rondzie oprócz stacji benzynowej jest też stacja obsługi samochodów. Przemiły mechanik zaprasza na parking i udostępnia narzędzia, których brakuje mi do naprawy sprzęgła. Młotek i klucz 24 załatwiają sprawę. Najpierw bak precz, bo trzeba położyć motocykl na lewym boku. Czas na wydech, dźwignię hamulca, potem prawa kapa, tarcza oporowa sprzęgła i ukazuje się sprawczyni kłopotów - nakrętka napinająca sprężynę sprzęgła. Trzymała się na ostatnim zwoju gwintu. Dokręcam, montuję kapę, wydech, dźwignię hamulca nożnego, podnóżek i na końcu bak. Teraz można lecieć.
Po drodze odwiedzamy moje ulubione drzewo, tym razem w wiosennej szacie. Piękności!!!

Przed Zawierciem wpadamy na smażoną rybę. Teraz syci wrażeń z bocznych dróg i syci po obiadku wpadamy na drogę szybkiego ruchu, a po niedługim czasie na autostradę, która prowadzi nas do granicy z Czechami. Parę kilometrów przed granicą spadamy na drogę wojewódzką. Szybkie zakupy prowiantu i wody. Na parkingu rozmowa z "lokalesami" wspominającymi jak to w czasach minionych "Junakiem Panie to pole orali". Na ostatniej stacji przed Czechami tankujemy. Kolejka auto z czeskimi rejestracjami jasno wskazuje gdzie paliwo jest tańsze. Na stacyjnym parkingu sympatyczna rozmowa z kilkoma kolarzami udającymi się na zawody na Słowenię. Pytają o Junaka, o naklejki na błotniku, o trasy. Sami opowiadają o tym ile kilometrów rocznie pokonują siłą mięśni na dwóch kółkach. Dystans 25.000 kilometrów budzi podziw. Niejeden tyle nie nakręci autem lub motocyklem.
Czechy. Cel naszej podróży. Jedziemy i gapimy się. Jest na co. Niskie góry, lasy, pola, łąki, schludne wioski... Tego oczekiwaliśmy i tym się cieszymy. Potencjalnych miejsc biwakowych moc. Odbijamy w lokalna drogę. Na ekranie GPS widać, że wiedzie przez spore kompleksy leśne. Odbijam w szutrową drogę wiodącą przez rozległe łąki ku ścianie lasu. Głos naszych silników płoszy stadko saren. Wdzięcznie uskakują nieco z drogi, ale po kilkudziesięciu metrach stają i gapią się na rzadkich gości.
W ostatnich promieniach słońca zakładamy biwak. Tym razem postawiłem na minimalizm i nie zabrałem nawet norki. Śpiwór i mata wystarczą. Na wszelki wypadek mam też kawałek plandeki, którą można okryć się w razie deszczu. Olek z niedowierzaniem patrzy na swój bagaż. Gdzieś po drodze zgubił namiot. Cofa się kilometr do asfaltu licząc, że niesforny pakunek wymknął się na gruntowych wertepach. Wraca z zawiedzioną miną. Nie nastawiał się na nocleg pod goły niebem. W tej sytuacji rozstawiam prowizoryczny dach z dwóch patyków i plandeki. Olo początkowo protestuje, ale w końcu lokuje się pod dachem. Ja moszczę sobie posłanie przy motocyklu, wpełzam do śpiwora i podziwiam gwiazdy. Z rozmachem ktoś (wiem kto) urządził dla nas ten świat!!!
Daleko na północy widać rozbłyski odległej burzy. Tylko obraz bez dźwięku. Już prawie zasypiam gdy pojawia się Olo i melduje, że zaczyna padać i trzeba podjąć jakieś kroki, bo niechybnie nas zmoczy. Ubawił się, gdy zamiast rozglądać się po nocnym niebie wyciągnąłem telefon i zacząłem sprawdzać czy rzeczywiście pada na radarowej mapie opadów jakbym nie wierzył kroplom spadającym na głowę :-) Chciałem jednak sprawdzić jak rozległy jest opad i ile czasu potrwa. Oszacowałem, że skończy się za dwie godziny. Przekonałem Olka, że damy radę przeczekać deszcz w naszym prowizorycznym schronieniu. Szybkie przerzucenie maty i śpiwora pod dach, zasłonięcie jednego ze szczytów folią, na której miałem rozłożoną matę. Daszek ma niecałe dwa metry długości więc trzeba nieco podkurczać nogi. Olek wpadł na pomysł i na nogi naciągnął foliowy worek. Miarowy szum kropel uśpił nas w ciągu kilku minut.

Poranek powitał słońcem. Taki widok z posłania, to coś co tygrysy lubią najbardziej!

Tysiącgwiazdkowy hotel w pełnej krasie.

Humory dopisują. Olek za chwilę poda śniadanie. Chleb z dżemem ze świni, herbata, sok jabłkowy... samo zdrowie.

Może nieco z pozoru sztywny, ale w głębi duszy wyluzowany.

Boczne drogi, wioseczki, klimatyczne miasteczka. Góry, doliny, lasy, łąki, pola kwitnącego rzepaku, drogi wijące się jakby byk siusiu robił. Raj dla motocyklistów.

Jak tu ładnie.



W połowie dnia obiad na rynku jakiegoś miasteczka. Po drodze drobne zakupy w niewielkim sklepiku z azjatycką obsługą. Moją uwagę przykuła kolorowa ściana sztucznych kwiatów służąca za reklamę tego lokalu. Olek początkowo podszedł z rezerwą do mojego wyboru miejsca na zakupy, ale po chwili dał się urzec urokowi tego dziwnego miejsca.
Pod wieczór krótkie poszukiwanie biwaku. W tej okolicy to bułka z masłem. Kolejny tysiącgwiazdkowy hotel pojawia się jak na zawołanie. I tu płoszymy sarny, ale chyba na czuły do nas urazy, bo podbiegły tylko kawałek i pasły się dalej w spokoju. Deszczu nie spodziewaliśmy się, ale dla komfortu psychicznego Olka rozstawiłem prowizoryczny namiot. Sam ułożyłem się koło motocykla.

W niedzielę powrót. Jeszcze puste czeskie dróżki. Mamy czas nacieszyć się widokami. Potem zatłoczonymi drogami przez Szklarską Porębę i Jelenią Górę docieramy do autostrady na Wrocław, i dalej S8 w kierunku domu. Kolejna sympatyczna trasa za nami. Sam smak motocyklizmu :-)