sobota 27.04.2024
Pobudka około 6:30. Śniadanie będzie za godzinę. Do tej pory warto ogarnąć bagaże, ochlapać się pod prysznicem i stawić w jadalni w gotowości bojowej. Nie do końca to się udało. Jacuś prowadzi własną grę z budzikiem. Gdy muszę wstać o określonej porze zazwyczaj budzę się przed dzwonkiem budzika i bez problemu zrywam się z posłania. Jacek wysłuchuje pierwszego sygnału i czeka na kolejny, a potem jeszcze na kolejny. To nieco wydłuża poranny rozruch.
Dobrze, że nie spaliśmy na dworze. Kanapy pokryte szronem. W śpiworku przeznaczonym na +20 st.C komfortu próżno byłoby szukać.

Śniadanie, pakowanie gratów na bagażniki i możemy ruszać. Do Wenecji 350 kilometrów. Od Klagenfurtu pojedziemy "po szerokim", czyli autostradami. W tym celu kupuję przez internet jednodniowe winiety na Austrię. We Włoszech płaci się na bramkach. Szacuję, że cel osiągniemy około 15. Potem 4-5 godzin na spacer po mieście i odskok na nocleg. Ponieważ będzie już ciemno, a okolice Wenecji są silnie zurbanizowane pewnie nie będziemy szukali spania na dziko, tylko znajdziemy kemping. Nie planujmy jednak zbyt szczegółowo. Będziemy elastycznie dostosowywać się do rozwoju sytuacji.
Poranek chłodny lecz słoneczny. Chce się żyć. Gdyby nie ten SMS. Jak mawiał mój ojciec: Pojedli? Popili? To dać psu mordy oblizać i w drogę. Palimy wrotki.
Trochę bałem się jazdy autostradą przy naszej prędkości podróżnej 85 km/h. Niesłusznie. Osobówki jadą przepisowo. Praktycznie nie spotyka się bolidów lecących "ile fabryka dała". Ciężarówki pod górę jadą tak jak my lub wolniej, więc nie muszą nas wyprzedzać, a z góry nieco przyspieszamy, więc nie jesteśmy zawalidrogami. Zawsze na tym odcinku liczę tunele i nigdy mi się to nie udało. Spektakularne widoki przyciągają całą uwagę.
Stajemy na pierwszej stacji we Włoszech. Miało być szybkie tankowanie i dzida, tymczasem wdaliśmy się w sympatyczne rozmowy z rodakami, którzy tłumnie lecą na majówkę. Co drugi samochód wiezie rowery. Duch w narodzie sportowy :-) Wiele osób podchodzi żeby zobaczyć z bliska nasze motory i zamienić kilka słów. Z jednym panem, który zaparkował obok nas Jacek wdaje się w konwersację. Od słowa do słowa okazało się, że pan ten mieszka 9 km od Osiecka. W przystacyjnym barze tłum. Rodzinka pana poszła napić się kawy i wróciła po półgodzinie. My wyciągamy kuchenkę i po chwili mamy kawę bez czekania w kolejce.

Po starcie w dalszą drogę przez 20 minut liczyłem auta. Wyprzedziło nas 41 osobówek, z czego 24 miały polskie blachy. Na autostradzie kilometry nawijają się na koła sprawnie. Kilkadziesiąt kilometrów przed Wenecją zarządzamy postój. Kawa, herbata, czym chata bogata. Jacenty zapada w krótką drzemkę i po trzech kwadransach jesteśmy gotowi do zmierzenia się z Wenecją.
Motory i podróżne ciuchy zostawiamy na strzeżonym, wielopoziomowym parkingu i ruszamy w miasto. Nie spodziewałem się o tej porze roku tłumu. Tłum był niespodziewany :-) Wędrujemy przez wąskie uliczki usiłując dotrzeć do placu św. Marka. Pomocą ma być nawigacja googlowa. Jakoś nam nie idzie wędrowanie wg jej podpowiedzi. Po części jest to winą zanikającego między murami sygnału GPS, ale nie potrafiliśmy początkowo poprawnie zinterpretować sposobu pokazywania kierunków. Lekko zdezorientowani i nieco zmęczeni zatrzymujemy się na piwo (Jacek) oraz na lody (obaj). Gdy po dwóch godzinach osiągamy cel uznajemy, że droga powrotna mogłaby przeciągnąć się do północy. Kupujemy bilet na 100 minut podróży tramwajem wodnym, z planu wybieramy właściwą linię i po chwili siedzimy jak paniska. Wszystko byłoby ok gdyby nie to, że wsiedliśmy w stateczek płynący w przeciwnym kierunku niż zakładany. Trudno, zwiedzimy dodatkowy kawałek. Najpierw płyniemy do Lido, tam zawrócimy i popłyniemy do stacji kolejowej i parkingów. Szacujemy, że nasz bilet skończy się przed osiągnieciem celu. Mówi sie trudno. Jakoś to będzie.
Kto mnie wyszuka w tym tłumie?

Aleśmy się napływali. Bilet zdążył się skończyć, ale nikt tego nie kontrolował. Zanim ruszymy na poszukiwanie noclegu musimy coś zjeść. Wpadamy na pizzę. Syci mentalnie i fizycznie wędrujemy na parking. Zrobiła się już noc. Dla wygody i dobrego wypoczynku postanawiamy spędzić noc na kempingu. Aplikacja Park4Night jest w takich chwilach nieoceniona. Przeszukuję okolicę w promieniu 30 kilometrów. Jest. Adres wbijam w TomTomka i ruszamy w drogę.
Po półgodzinie jesteśmy na miejscu. Tu, w odróżnieniu od miasta, sezon jeszcze się nie rozpoczął. Mnóstwo pustych miejsc. Można przebierać i wybierać. O godzinie 22 mamy rozbity biwak. Jacenty szybko znika w namiocie i po chwili ze środka słychać miarowy oddech. Ma nieprawdopodobną zdolność do natychmiastowego przejścia z jawy w sen. Ja jeszcze trochę zwlekam. Przygotowuję herbatę do termosu, gdyby w nocy naszła mnie ochota na coś gorącego. Z kubkiem gorącej herbatki siadam na macie rozłożonej przy motorze i gapię się w rozgwieżdżone niebo.
Pietrucha to ty? Co tam robisz? Wydawało mi się, że zachowuję się bardzo cicho. Tak, to ja. Już się kładę. Dobranoc. Po chwili z namiotu znowu słychać regularny oddech. Czas spać.
<< piątek niedziela >>