MirasioPiwsko
Lato, upał, pić się chce, przedłużony weekend więc nic dziwnego, że ciągnie Dzików do Złotej Rybki. Dobrym duchem tej imprezy jest Mirasio, nieformalny, bo w Dzikim Junaku wszystko takie jest, przywódca "czapteru bieda szyby" z Wałbrzycha. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że spotkanie odbywa się tradycyjnie w agroturystyce "Złota Rybka". Rybki, kiełbaski, karkówka i kurczaki z grilla zapijane są tradycyjnie piwkiem wybieranym i dostarczanym przez Mirasia, znanego entuzjastę tego napitku. Łączy on pasję z zawodem handlując szlachetnymi gatunkami złocistego napoju. Pasję tę dzieli z zięciem. Ciekawe co na to kobiety, gdy panowie oddają się bez reszty ukochanej działalności?
Księżycowa ekipa (Tatuś, Canaletto i Ropson) rusza w piątek z rana. W planach mają wizytę w muzeum motoryzacji Wena w Oławie. To nic, że jeszcze nie jest otwarte, a ekspozycja w trakcie restauracji (to niekończący się proces). Liczą, że prawdziwi pasjonaci przyjmą bratnie dusze. Gdyby nawet nie, to pocałują z czcią i namaszczeniem klamkę i zapowiedzą się na wizytę po otwarciu. Nie mogło być inaczej. Dojechali akurat gdy ekipa kręciła film o muzeum. Kamery przekierowały się natychmiast na naszych dzielnych jeźdźców. Ech, szkoda że nie byłem z nimi. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Niedługo oficjalne otwarcie.
Ja ruszam w sobotę z rana samotrzeć z silną ekipą z Osiecka. Wanda wyekspediowała córki do znajomych, królika zaopatrzyła w marchewkę, suchą karmę i wodę, spakowała kilka niezbędnych ciuchów do torby, torbę przytroczyła (rękoma Jacka) do bagażnika Yamahy i była gotowa do startu w pierwszą w życiu dłuższą trasę.
Jacek do ostatnich chwil kończył swojego Junaka. W weekend poprzedzający wyjazd trwały jeszcze prace montażowe. Obiecywał sobie, że w trasie będzie go spokojnie docierał. Głosem znamionującym pełnię wewnętrznego przekonania oznajmił, że w życiu motocykla najważniejszych jest pierwszych 1000 kilometrów. Nie wolno wtedy szaleć i najlepiej nie przekraczać 60-70 km/h. To bardzo ważne!!! BARDZO!!! pamiętaj Pietrucha!!! Zapomniał o tym po przekroczeniu bramy warsztatu.
Ulica Siedlecka, gdzie mieści się sławny warsztat, to dość krótka uliczka w spokojnym i sennym zazwyczaj Osiecku. Tym razem ciszę przerwał RRRRRYYYYYYK!!!! wydobywający się z krótkiego wydechu, który nie mógł stłumić rwącego się do boju silnika dysponującego pełnymi czterystoma centymetrami sześciennymi pojemności, tłokiem od porche, zaworami wznoszonymi w górę przez wysokie jak Alpy krzywki, sprzęgłem rodem z "japonii" i wieloma jeszcze patentami, o których Jacek śnił pracując w warsztacie i planując swojego wymarzonego Junaka. Dwadzieścia lat oczekiwania i w końcu jest! Uśmiech od ucha do ucha, lekkie szaleństwo w oczach, pełne otwarcie przepustnicy... starczyło pół uliczki i ciasno pasowany tłok przyłapał. Nieznacznie ale jednak. Rozbiórka góry silnika. Szczęśliwie brak znacznych zniszczeń. Na wszelki wypadek honowanie, zapolerowanie tłoka i gotowe. Kilka dni testów, już bez szaleństw. Diagnosta na przeglądzie potwierdził, że pojazd jest w pełni sprawny. Można ruszać w pierwszą trasę :-)
Umówiliśmy się w Górze Kalwarii w sobotę z rana. Na pokonanie 430 kilometrów mamy cały dzień. Słonko, lekki wiatr. Do Grójca krajową 50'tką, potem wojewódzka 728. Zielone lasy i łaki, na polach kręcą się kombajny i wrony, nie ma lepiej :-)
Pierwszych 80 kilometrów przerywane kilkoma postojami w celu regulacji zaworów i gaźnika. Odrzucone zostały lusterka i wskazówka licznika. Pietrucha ile lecimy? Trzymam 60. Kurcze, wydaje się, że to prędkość gdzie drgania silnika są największe. Dołóżmy trochę. Dokładamy. Ile teraz lecimy? Trzymam 70. Kurcze, wydaje się, że to prędkość gdzie drgania silnika są największe. Dołóżmy trochę. Dokładamy. W końcu zniecierpliwiony moją wolną jazdą (pamiętaj nie wolno szaleć i najlepiej nie przekraczać 60-70 km/h) wyprzedza mnie i leci 90+
Wanda trzyma się dzielnie.

Po drodze w Nowym Mieście nad Pilicą robimy postój. Dworek nad Pilicą to jedno z moich "oswojonych" miejsc, których wiele jest rozsianych po całej Polsce. Będąc w okolicy staram się takie miejsca odwiedzać. Siadamy na tarasie nad rzeką, pijemy kawę i wspomagamy się słodkościami. Tradycyjnie zamawiam creme brulée. Przy sąsiednim stoliku siedzi dwóch motocyklistów. Chwalą się, że byli na wyprawie do Chorwacji. My napomykamy, że stare junaki też dają radę w dalszych trasach.

Miło się siedziało i gaworzyło, ale długa droga przed nami. Na wysokości Piotrkowa wpadamy na chwilę na ekspresówkę. Dalej 74 na Bełchatów i Wieluń. Przed Wieluniem przerwa w kolejnym z oswojonych miejsc. Oberża Knieja ma w menu wątróbkę z cebulką. Tego nie można ominąć.
Połowa trasy. Daję uczestnikom wycieczki wybór. Mamy trzy opcje. Pierwsza najbardziej malownicza drogami powiatowymi, druga krajówkami i trzecia ze sporym fragmentem drogi ekspresowej. Wanda wybiera opcję numer trzy. Kobieca intuicja nie zawiodła. Było to sensowne rozwiązanie i pozwoliło dotrzeć do celu późnym popołudniem, w sam raz żeby przed wieczornymi atrakcjami grillowymi mieć czas na rozstawienie namiotu (państwo W&J T), kąpiel i chwilę odpoczynku.
Po obiedzie zamieniamy się z Jackiem na motory. Wanda startuje pierwsza, ja za nią i na końcu Jacek. Po 200 metrach oglądam się (lusterek już nie było w Jackowym motorze) i widzę Jacka stojącego na środku szosy i próbującego uruchomić mojego Junaka. Zawracam. Rzut oka na kranik i znam powód zgaśnięcia silnika. JACKUUU, PALIWOOOO!!! Przekręcił kranik, kopnął i polecieliśmy. Znowu 90-95, a chwilami nawet 100 km/h. To wiem od Jacka, bo w jego liczniku wskazówka latała luźno. Na wysokości Wielunia przed wlotem na drogę ekspresową zamiana motorów. Jak było? Faktycznie dość duże drgania, ale idzie pięknie. Jak na mój gust jest za głośny przez tłumik rybkę, ale to kwestia indywidualnych upodobań. Zawieszenie i hamulce wzorowe.
Na ekspresówce Wanda pokazała co potrafi jej 125'tka. Przez długie fragmenty cisnęła 95-100 km/h nie bacząc na potrzebę delikatnego docierania mężowskiego motoru. Nie można jednak mieć do niej pretensji, bo gdy tylko zwalniała zaraz do przodu wyrywał się główny docierający, tak jakby miał misję jak najszybszego dotarcia (do celu). Raz tylko coś go tknęło i zarządził chwilę postoju by dać ostygnąć nieco silnikowi. Słońce dawało ostro i temperatura przekraczała jak myślę 30 stopni.
Postój wypadł w nieocienionym miejscu. Po pięciu minutach Wanda odziana w obcisłe czarne skórzane spodnie oznajmiła, że ma rozgrzane łydki i uda... nie czekałem co rozgrzeje się w dalszej kolejności tylko zarządziłem start. Za Wrocławiem na drodze nr 35 ruch był spory, droga dość wąska, sporo miejscowości. Po chwili dekoncentracji stwierdziłem, że od jakiegoś czasu nie widzę Wandy, która zamykała nasz mały peleton. Zjechałem na pobocze rozglądając się za zgubą. Jest!!! Minęła nas. Gonimy. Zgrabny niewielki motocykl, zgrabny opięty w czarną skórę wyeksponowany fragment motocyklistki, zgrabne wchodzenie w zakręty cieszą oko ;-) Naraz goniona motocyklistka zawija w boczna drogę! Teraz dopiero dostrzegłem, że na bagażniku brak jest bagażu, motocykl to nie Virago, a motocyklistka to nie Wanda. Kolejny postój. Po chwili widzimy naszą zgubę. Bez dalszych przygód dotarliśmy do celu. Spotkaliśmy się z gorącym przyjęciem.
Wieczorne Polaków rozmowy, piwko, trochę napojów z mniejszą zawartością wody, chóralne śpiewy STO LAAAAAT i dobrze po północy towarzystwo kładzie się spać. Z rana mały serwis. Łańcuch sprzęgła dopomina się o naciągnięcie.

Po śniadaniu Mirasio sprawnie zgarnia chętnych i zarządza start. Celem jest urokliwe miasteczko w Czechach Police nad Metuji. Dziś jest tu zlot fanów starej motoryzacji. Mirasia wszędzie znają i lubią. Organizatorzy oczekują nas i zapraszają na zlotowy parking. Chodzimy i podziwiamy cuda i cudeńka na dwóch i czerech kołach.


Powrót przez malownicze tereny. Wracamy na rybkę do Złotej Rybki.

Po południu towarzystwo wzięło się za osuszanie kegów dostarczonych przez Mirasia. Znowu nad spokojną okolicą rozbrzmiewało chóralne STOOOO LAAAAT, STOOOO LAAAAT!!! My z Państwem T pojechaliśmy obejrzeć malownicze ruiny zamku Stary Książ. Tym razem nie dane mi było oglądać motocyklistki w ruchu gdyż zabrała się ze mną jako pasażerka. Wieczór zakończyliśmy jedząc lody i rurki z kremem nieopodal rynku w Wałbrzychu.

W poniedziałek odłączyliśmy się od stada. Mirasio powiódł peleton do Kowar, po drodze zahaczając o ośrodek gdzie Krzych spędzał w młodości wakacje (eh sentymenty), a my wybraliśmy się do Czech do Skalnego Miasta. Naraziliśmy się Wandzie nie chcąc pozować do zdjęć tak często jak często natykaliśmy się na ciekawe formacje skalne i widoki, ale dzięki niej mamy choć kilka pamiątkowych fotek.



Część uczestników zawinęła się do domu w niedzielę, część w poniedziałek, a do wtorku została połowa najbardziej zatwardziałych imprezowiczów. Z zapisków szefowej Złotej Rybki wiadomo, że przez MirasioPiwsko przewinęły się 52 osoby. Żałujcie, że nie byliście z nami.
We wtorkowy ranek, zaraz po śniadaniu ruszyliśmy wraz z księżycową ekipą. Tatuś, Canaletto, Ropson, Quba, ja oraz parka z Osiecka przebijaliśmy się dzielnie przez upalne drogi. Było WSPANIALE!!! Kiedy kolejne spotkanie w czapterze Bieda Szyby? Już niedługo, bo w październiku planowany jest Zimny Chów. Upału nie spodziewamy się, ale gorącej atmosfery tak :-) Do zobaczenia następnym razem.
Księżycowa ekipa (Tatuś, Canaletto i Ropson) rusza w piątek z rana. W planach mają wizytę w muzeum motoryzacji Wena w Oławie. To nic, że jeszcze nie jest otwarte, a ekspozycja w trakcie restauracji (to niekończący się proces). Liczą, że prawdziwi pasjonaci przyjmą bratnie dusze. Gdyby nawet nie, to pocałują z czcią i namaszczeniem klamkę i zapowiedzą się na wizytę po otwarciu. Nie mogło być inaczej. Dojechali akurat gdy ekipa kręciła film o muzeum. Kamery przekierowały się natychmiast na naszych dzielnych jeźdźców. Ech, szkoda że nie byłem z nimi. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Niedługo oficjalne otwarcie.
Ja ruszam w sobotę z rana samotrzeć z silną ekipą z Osiecka. Wanda wyekspediowała córki do znajomych, królika zaopatrzyła w marchewkę, suchą karmę i wodę, spakowała kilka niezbędnych ciuchów do torby, torbę przytroczyła (rękoma Jacka) do bagażnika Yamahy i była gotowa do startu w pierwszą w życiu dłuższą trasę.
Jacek do ostatnich chwil kończył swojego Junaka. W weekend poprzedzający wyjazd trwały jeszcze prace montażowe. Obiecywał sobie, że w trasie będzie go spokojnie docierał. Głosem znamionującym pełnię wewnętrznego przekonania oznajmił, że w życiu motocykla najważniejszych jest pierwszych 1000 kilometrów. Nie wolno wtedy szaleć i najlepiej nie przekraczać 60-70 km/h. To bardzo ważne!!! BARDZO!!! pamiętaj Pietrucha!!! Zapomniał o tym po przekroczeniu bramy warsztatu.
Ulica Siedlecka, gdzie mieści się sławny warsztat, to dość krótka uliczka w spokojnym i sennym zazwyczaj Osiecku. Tym razem ciszę przerwał RRRRRYYYYYYK!!!! wydobywający się z krótkiego wydechu, który nie mógł stłumić rwącego się do boju silnika dysponującego pełnymi czterystoma centymetrami sześciennymi pojemności, tłokiem od porche, zaworami wznoszonymi w górę przez wysokie jak Alpy krzywki, sprzęgłem rodem z "japonii" i wieloma jeszcze patentami, o których Jacek śnił pracując w warsztacie i planując swojego wymarzonego Junaka. Dwadzieścia lat oczekiwania i w końcu jest! Uśmiech od ucha do ucha, lekkie szaleństwo w oczach, pełne otwarcie przepustnicy... starczyło pół uliczki i ciasno pasowany tłok przyłapał. Nieznacznie ale jednak. Rozbiórka góry silnika. Szczęśliwie brak znacznych zniszczeń. Na wszelki wypadek honowanie, zapolerowanie tłoka i gotowe. Kilka dni testów, już bez szaleństw. Diagnosta na przeglądzie potwierdził, że pojazd jest w pełni sprawny. Można ruszać w pierwszą trasę :-)
Umówiliśmy się w Górze Kalwarii w sobotę z rana. Na pokonanie 430 kilometrów mamy cały dzień. Słonko, lekki wiatr. Do Grójca krajową 50'tką, potem wojewódzka 728. Zielone lasy i łaki, na polach kręcą się kombajny i wrony, nie ma lepiej :-)
Pierwszych 80 kilometrów przerywane kilkoma postojami w celu regulacji zaworów i gaźnika. Odrzucone zostały lusterka i wskazówka licznika. Pietrucha ile lecimy? Trzymam 60. Kurcze, wydaje się, że to prędkość gdzie drgania silnika są największe. Dołóżmy trochę. Dokładamy. Ile teraz lecimy? Trzymam 70. Kurcze, wydaje się, że to prędkość gdzie drgania silnika są największe. Dołóżmy trochę. Dokładamy. W końcu zniecierpliwiony moją wolną jazdą (pamiętaj nie wolno szaleć i najlepiej nie przekraczać 60-70 km/h) wyprzedza mnie i leci 90+
Wanda trzyma się dzielnie.

Po drodze w Nowym Mieście nad Pilicą robimy postój. Dworek nad Pilicą to jedno z moich "oswojonych" miejsc, których wiele jest rozsianych po całej Polsce. Będąc w okolicy staram się takie miejsca odwiedzać. Siadamy na tarasie nad rzeką, pijemy kawę i wspomagamy się słodkościami. Tradycyjnie zamawiam creme brulée. Przy sąsiednim stoliku siedzi dwóch motocyklistów. Chwalą się, że byli na wyprawie do Chorwacji. My napomykamy, że stare junaki też dają radę w dalszych trasach.

Miło się siedziało i gaworzyło, ale długa droga przed nami. Na wysokości Piotrkowa wpadamy na chwilę na ekspresówkę. Dalej 74 na Bełchatów i Wieluń. Przed Wieluniem przerwa w kolejnym z oswojonych miejsc. Oberża Knieja ma w menu wątróbkę z cebulką. Tego nie można ominąć.
Połowa trasy. Daję uczestnikom wycieczki wybór. Mamy trzy opcje. Pierwsza najbardziej malownicza drogami powiatowymi, druga krajówkami i trzecia ze sporym fragmentem drogi ekspresowej. Wanda wybiera opcję numer trzy. Kobieca intuicja nie zawiodła. Było to sensowne rozwiązanie i pozwoliło dotrzeć do celu późnym popołudniem, w sam raz żeby przed wieczornymi atrakcjami grillowymi mieć czas na rozstawienie namiotu (państwo W&J T), kąpiel i chwilę odpoczynku.
Po obiedzie zamieniamy się z Jackiem na motory. Wanda startuje pierwsza, ja za nią i na końcu Jacek. Po 200 metrach oglądam się (lusterek już nie było w Jackowym motorze) i widzę Jacka stojącego na środku szosy i próbującego uruchomić mojego Junaka. Zawracam. Rzut oka na kranik i znam powód zgaśnięcia silnika. JACKUUU, PALIWOOOO!!! Przekręcił kranik, kopnął i polecieliśmy. Znowu 90-95, a chwilami nawet 100 km/h. To wiem od Jacka, bo w jego liczniku wskazówka latała luźno. Na wysokości Wielunia przed wlotem na drogę ekspresową zamiana motorów. Jak było? Faktycznie dość duże drgania, ale idzie pięknie. Jak na mój gust jest za głośny przez tłumik rybkę, ale to kwestia indywidualnych upodobań. Zawieszenie i hamulce wzorowe.
Na ekspresówce Wanda pokazała co potrafi jej 125'tka. Przez długie fragmenty cisnęła 95-100 km/h nie bacząc na potrzebę delikatnego docierania mężowskiego motoru. Nie można jednak mieć do niej pretensji, bo gdy tylko zwalniała zaraz do przodu wyrywał się główny docierający, tak jakby miał misję jak najszybszego dotarcia (do celu). Raz tylko coś go tknęło i zarządził chwilę postoju by dać ostygnąć nieco silnikowi. Słońce dawało ostro i temperatura przekraczała jak myślę 30 stopni.
Postój wypadł w nieocienionym miejscu. Po pięciu minutach Wanda odziana w obcisłe czarne skórzane spodnie oznajmiła, że ma rozgrzane łydki i uda... nie czekałem co rozgrzeje się w dalszej kolejności tylko zarządziłem start. Za Wrocławiem na drodze nr 35 ruch był spory, droga dość wąska, sporo miejscowości. Po chwili dekoncentracji stwierdziłem, że od jakiegoś czasu nie widzę Wandy, która zamykała nasz mały peleton. Zjechałem na pobocze rozglądając się za zgubą. Jest!!! Minęła nas. Gonimy. Zgrabny niewielki motocykl, zgrabny opięty w czarną skórę wyeksponowany fragment motocyklistki, zgrabne wchodzenie w zakręty cieszą oko ;-) Naraz goniona motocyklistka zawija w boczna drogę! Teraz dopiero dostrzegłem, że na bagażniku brak jest bagażu, motocykl to nie Virago, a motocyklistka to nie Wanda. Kolejny postój. Po chwili widzimy naszą zgubę. Bez dalszych przygód dotarliśmy do celu. Spotkaliśmy się z gorącym przyjęciem.
Wieczorne Polaków rozmowy, piwko, trochę napojów z mniejszą zawartością wody, chóralne śpiewy STO LAAAAAT i dobrze po północy towarzystwo kładzie się spać. Z rana mały serwis. Łańcuch sprzęgła dopomina się o naciągnięcie.

Po śniadaniu Mirasio sprawnie zgarnia chętnych i zarządza start. Celem jest urokliwe miasteczko w Czechach Police nad Metuji. Dziś jest tu zlot fanów starej motoryzacji. Mirasia wszędzie znają i lubią. Organizatorzy oczekują nas i zapraszają na zlotowy parking. Chodzimy i podziwiamy cuda i cudeńka na dwóch i czerech kołach.


Powrót przez malownicze tereny. Wracamy na rybkę do Złotej Rybki.

Po południu towarzystwo wzięło się za osuszanie kegów dostarczonych przez Mirasia. Znowu nad spokojną okolicą rozbrzmiewało chóralne STOOOO LAAAAT, STOOOO LAAAAT!!! My z Państwem T pojechaliśmy obejrzeć malownicze ruiny zamku Stary Książ. Tym razem nie dane mi było oglądać motocyklistki w ruchu gdyż zabrała się ze mną jako pasażerka. Wieczór zakończyliśmy jedząc lody i rurki z kremem nieopodal rynku w Wałbrzychu.

W poniedziałek odłączyliśmy się od stada. Mirasio powiódł peleton do Kowar, po drodze zahaczając o ośrodek gdzie Krzych spędzał w młodości wakacje (eh sentymenty), a my wybraliśmy się do Czech do Skalnego Miasta. Naraziliśmy się Wandzie nie chcąc pozować do zdjęć tak często jak często natykaliśmy się na ciekawe formacje skalne i widoki, ale dzięki niej mamy choć kilka pamiątkowych fotek.



Część uczestników zawinęła się do domu w niedzielę, część w poniedziałek, a do wtorku została połowa najbardziej zatwardziałych imprezowiczów. Z zapisków szefowej Złotej Rybki wiadomo, że przez MirasioPiwsko przewinęły się 52 osoby. Żałujcie, że nie byliście z nami.
We wtorkowy ranek, zaraz po śniadaniu ruszyliśmy wraz z księżycową ekipą. Tatuś, Canaletto, Ropson, Quba, ja oraz parka z Osiecka przebijaliśmy się dzielnie przez upalne drogi. Było WSPANIALE!!! Kiedy kolejne spotkanie w czapterze Bieda Szyby? Już niedługo, bo w październiku planowany jest Zimny Chów. Upału nie spodziewamy się, ale gorącej atmosfery tak :-) Do zobaczenia następnym razem.