Turcja
W połowie października zadzwonił Olek i spytał czy mam jakieś plany na długi weekend w okolicach 11 listopada. Nie miałem. Może byśmy skoczyli do Turcji? Turcja w weekend? Trzeba byłoby rozciągnąć go nieco, do powiedzmy 10 dni. Oleś czy oszacowałeś dystans. Powinniśmy zmieścić się w sześciu tysiącach. Klawo byłoby polecieć we trzech z Krzychem, pogadaj z nim. Pogadam, ale ostatnio wygląda, że już jest po chłopie. Drobna, szczupła Ilona uwiązała go na krótkim sznurku. Może się zerwie? Zobaczymy. Cała rozmowa trwała pewnie ze trzy minuty. Olek nigdy nie traci czasu na niepotrzebne konwersacje. Umówiliśmy się na kontakt na początku listopada.
Zacząłem pracować nad Krzychem. Niestety nic z dyplomacji nie wyszło. Zniósł ze stoickim spokojem nawet określenie "pantoflarz". Coś tam opowiadał o niskich temperaturach, krótkim dniu, jakiś bliżej nieokreślonych obowiązkach. Olek też podjął próbę namówienia. Również bez efektu.
Gdy wystąpiłem na forum rodzinnym z planami wyjazdowymi spotkałem się z chłodnym przyjęciem. Jesteś normalny? Pokręciło cię? Zimą na wyprawę? Po co ci to? To bardzo niebezpieczne. Czego tam szukasz? Co i komu chcesz udowodnić? Tyle pytań, a sensownej odpowiedzi brak. Ostatnio przesłuchałem kilka książek (pracując w warsztacie ebooki to świetna rozrywka) o polskich himalaistach. Takie same pytania zadawały im żony, tak samo nie potrafili udzielić sensownej odpowiedzi. Po co się wspinali? Bo są góry. Po co ryzykowali i podejmowali trud? Żeby lepiej posmakować życia. Tyle potrafili powiedzieć i tyle samo wydukałem ja. Oczywiście porównanie to przytaczam z pełną świadomością przepaści skali, ale jakiś wspólny element jednak jest. Oni zdobywali wysokie szczyty i my, według mojej żony, niebotyczne szczyty absurdu i głupoty. Jest podobieństwo?
Ostatecznie planowany na 11 listopada start nie doszedł do skutku. Nieudolnie próbowałem udobruchać żonkę i zaproponowałem wypad we dwoje nad morze. Olka też dopadła rzeczywistość. Jednak zasiane ziarno kiełkowało. Tym razem to ja zadzwoniłem do Olka. Olo, a gdybyśmy polecieli tydzień później? Za tydzień? Właśnie bierze mnie jakaś infekcja, ale za tydzień powinienem być w życiowej formie, a i opóźniony strop też nabierze realnej formy. Też borykałem się z uporczywym kaszlem i też liczyłem na życiową formę. Zakupiłem nawet paczkę Gripexu i witaminę C. Umówiliśmy się, że będziemy obserwować sytuację, ale szacujemy prawdopodobieństwo na 70%. Jeżeli nie spadnie śnieg startujemy 17 listopada.
Dokąd? Zobaczymy :-) Na jak długo? Kto to wie. Olek i ja. Noclegi gdzieś w krzakach. Obaj pakujemy po dwa śpiwory. Na mojej liście: namiot, materac pompowany, palnik, kartusz gazu, menażka, łyżka, termos, słoiczek cukru, 25 torebek herbaty, trochę żółtego sera, makaron, landrynki owocowe i miętowe, sucha kiełbasa, kostka masła, kilka paczek sezamków, kąpielówki, po 3 pary skarpet, bokserek i koszulek, 2 x bielizna termiczna, trampki, zapasowe rękawice, szczoteczka do zębów, pasta, malutkie opakowanie szamponu, maszynka do golenia, zielona karta, dowód rejestracyjny motoru, prawo jazdy, dowód osobisty... To chyba wszystko.
Olek przed wyjazdem planuje zmianę oliwy. Ja zmieniłem tylną oponę. Niby powinna jeszcze wytrzymać parę tysięcy, ale nie chciałbym zamieniać przodu z tyłem jak to zrobiłem w Maroku. Jeszcze kilka dni. Oby nie przyszło białe. We wtorek prognoza wygląda tak. Jeżeli ruszymy we czwartek z rana uciekniemy przed białym na ciepłe południe :-)

Trzeba podjąć ostateczną decyzję. Olo jedziemy? Noooo... Ma być przymrozek, deszcz, dzień krótki... Ale ucieczka przed problemami nie jest ich rozwiązaniem. Lecimy :-)
17.11 (czwartek) 695 km
Spotykamy się na wysokości Tomaszowa w barze Janosik o ósmej rano. Na początek dnia jajecznica i gorąca herbata. Jest chłodno, ale nie pada. Którędy lecimy? Początkowo planowaliśmy wschodnią trasę przez Słowację, Węgry i Rumunię. Ale tam są stosunkowo wysokie góry i ryzyko napotkania śniegu. Wybieramy wariant zachodni przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Bułgarię. Wpadamy jeszcze na małe zakupy. Pod sklepem podszedł do mnie pan, który za młodu redlił ziemniaki Junakiem. To nieznane zastosowanie. Zazwyczaj służył do orania w polu, a tu redlenie. Może w tych legendach coś jest? Lecimy S8 do A1. Na wysokości Częstochowy zaczęło lekko siąpić i temperatura z niewysokiej zrobiła się niska (2-3 st.C). Tankowanie, chwila w ciepłym wnętrzu stacji, przeciwdeszczówki na grzbiet i dzida.
Spadamy na Czeski Cieszyn, Mosty u Jablunkowa, słowacka Żylina i dalej autostradą A1 w kierunku Bratysławy. Ciepłe "conieco" w parkingowej knajpce. Ciemno, mgła, silnik pracuje równiutko, na budziku 90-95 km/h. Lekkie kaszlnięcie. Trzeba przełączyć na rezerwę. Najbliższa pompa za 10, a kolejna za 30 kilometrów. Nie ma co stawać za często. Mijamy pierwszą, zatankujemy na kolejnej. Ostatecznie zabrakło paliwa gdy zobaczyłem znak stacja paliwowa 1000m. Kilkaset metrów rozpędem i staję przy znaku stacja 300m. Niedaleko więc pcham. Podjeżdża Olo i pyta czy nie pomogłoby położenie motoru na boku. Ja "stary junakowiec" stosowałem tę sztuczkę wielokrotnie, a teraz zapomniałem. Olo słyszał o tym sposobie. Dobrze, że jadę z przytomnym partnerem. Motor na prawy bok, do pionu, kopniak i o własnych siłach junaczysko podjeżdża pod pompę.
Na wysokości Trnawy skręcamy w kierunku granicznej miejscowości Komarno. W tym roku już tam byliśmy w drodze na Węgry. Czujemy się jak na swoich śmieciach. Deszcz ustał, zrobiło się troszkę cieplej. Droga wśród pól i lasów jest ciekawym urozmaiceniem autostradowej jednostajności. Na wybojach bak zaczął pukać o głowicę. Niestety zauważyłem to dopiero na postoju gdy poczułem zapach paliwa. Kapie wolniutko, niech kapie. Przez ebooking rezerwuję pokój w Harrys City Motel. Proste wnętrza, czyściutko, wzdłuż budynku zadaszenie gdzie postawiliśmy motocykle. Cena przystępna. Właściciel kontaktowy. Miejsce godne polecenia. 695 kilometrów w 13 godzin. Dobry początek.


gotowi do drogi
18.11 (piątek) 760 km
Rano Olo nie mógł się spakować, bo się nie rozpakował. Wrzucamy wszystko na motory i tuż po siódmej start. Po chwili skończyła się nam Słowacja. Na Węgrzech trzeba zapłacić za autostrady. Można to zrobić przez internet, ale winiety dostępne są również na stacjach paliwowych. 10 dniowa winieta (niczego się nie przylepia, wszystko w systemie) za motocykl to koszt poniżej 40 złociszy. Oprócz pierwszego kilkudziesięciokilometrowego odcinka całe Węgry przelatujemy autostradą.
Za Budapesztem łapie nas deszcz. Tak będzie do końca Węgier i przez Serbię, aż do Belgradu. Czeka nas wielkie pranie. Najpierw namaczanie w drobnej mżawce przez 200 kilometrów, następnie program zasadniczy w intensywniejszym opadzie, chwila przerwy i płukanie. Razem kilka godzin. Na szczęście temperatura wzrosła do 8 stopni. Belgrad nie dorobił się obwodnicy. Autostrada wpada do miasta i przecina je całe. Popołudniowo-wieczorny ścisk. Trochę walczymy, ale jest na tyle gęsto, że Olkowy Vulcan ledwo się mieści. To końcowy fragment wielkiego prania - suszenie.
Za Belgradem stajemy na tankowanie. Naraz głośne bębnienie kropel deszczu o blaszany dach. Skąd nadchodzą chmury? Z prawej strony. Może da się przebić przez strefę deszczu? Po kilkudziesięciu kilometrach deszcz ustaje. Pozostajemy jednak w przeciwdeszczówkach. Jedzie się nieźle. Przelatujemy niemal całą Serbię. Nieśmiało sugeruję nocleg pod chmurką, ale po chwili sam uznaję pomysł za nieco ekstrawagancki. Znowu ebooking i wbijamy do hotelu Diana w Pirot (niedaleko od granicy z Bułgarią). Niestety to wysoki standard i nie ma grzejników w pokojach, tylko elegancki nadmuch pod sufitem. Jak tu osuszyć ciuchy i buty? Trudno, wyschną w drodze. Gorący prysznic, jakby mało było dziś wody, i czas spać, bo i tak mimo wysokiego standardu nie ma internetu (WiFi było bardzo słabe i tylko przy łazience). W głowie szum jakby się ciągle jechało.

19.11 (sobota) 610 km
Rano pakowanie, śniadanko (słabieńkie) i wbijamy się w lekko wigotne ciuchy. Czas startować. Dziś sucho i nie za gorąco.

tuż przed startem
Bułgarię pokonujemy jednym skokiem autostradami. Krótkie przerwy na tankowanie i ogień na tłoki.

BG jak tu cieplutko

zrzucamy część ubranek
Granica BG-TR. Specjalnie przed wyjazdem podjechałem do ubezpieczyciela żeby wziąć zieloną kartę. Pakując się złapałem wydruk, ale jak się okazało nie zielonej karty tylko naszej polisy. Muszę jak niepyszny udać się do kantorku i wykupić zieloną kartę. Cóż, 20 eurosiów poszło się paść. Jak się okazało nazajutrz w etui telefonu znalazłem tę nieszczęsną zieloną kartę. Teraz jestem podwójnie ubezpieczony. Pół godziny zajmuje nam wykupienie punktów na tureckie autostrady i opłaty za mosty. Trzeba wymienić eurosie na liry, bo agentka PTT (tutejsza poczta prowadząca rachunki z których opłaca się przejazdy) przyjmuje tylko liry, a karty ma w głębokim poważaniu. Miła pani obliczyła, że na każdego z nas na drogę do Izmiru i powrót do Edirne (miasto przy granicy) musimy mieć równowartość 30 EUR. Trochę niedoszacowała i za ostatni most musieliśmy płacić dodatkowo. Dostajemy nalepki, które powinny w sposób przecudowny zgoła otwierać przed nami bramki autostrad. Tak dobrze nie było i za każdym razem ktoś z obsługi musiał ręcznie odpisywać nas w systemie.
Podciągamy w okolice Istambułu. Olek na obrazie satelitarnym map google wytypował okolicę dogodną do poszukiwań miejsca na biwak. Nabrał wprawy w takim szukaniu miejscówek na swoich samotnych wyprawach. Spadamy z autostrady w lokalną dróżkę. Najpierw trzeba kupić wodę i zjeść coś ciepłego. Mimo późnej pory wszystkie sklepy otwarte. Teraz do knajpki wypatrzonej przez Olka. Wygląda na to, że się właśnie zwijają, ale młoda i niezwykle sympatyczna dziewczyna zaprasza służąc za tłumacza. Główny kelner (może to szef?) gaworzy tylko po turecku. Olek już wie, że czorba to zupa, więc nieźle sobie radzi. Pani pomaga zorientować się w menu i po chwili pałaszujemy lokalne dania. Ciepła noc. Wszyscy chodzą ubrani do figury. Smaczne jedzenie popijamy herbatą. Nie ma lepiej.
Teraz szutrem między wzgórzami i mamy puste pole z miejscówkami noclegowymi osłoniętymi krzakami. Olek stawia namioty, a ja przeprowadzam serwis poszerzony. Oceniam, że gaźnik Amal zaniemógł. Odpala tylko ze ssaniem. Rozebrałem, przedmuchałem, ale bez efektu. Poprawiłem prądy w lampie, naciągnąłem łańcuch, powalczyłem z uszczelką kolanka i wytarwszy ręce mokrymi chusteczkami byłem gotowy na wyzwania tureckich dróg. Spało się wspaniale.

biwak o poranku

zwijamy manatki
20.11 (niedziela) 460 km
Rano małe śniadanko, duża herbata, napełnienie termosu, pakowanie i w drogę. Przed nami Istambuł. To jest ogrom nie do opisania. Spróbuję. Ogromnie ogromny ogrom. No, jakoś go opisałem. Gdy tu jechałem w 2013 roku 20-30 kilometrów przed miastem stały, lub właśnie powstawały, na półpustynnych wzgórzach osiedla-miasteczka. Kilka 20-40 piętrowych bloków, hala sportowa czy też handlowa (???), meczet i nieco mniejszych domów i domków. Teraz te osiedla zlały się w jedno.
Jako cel wpisaliśmy Hagia Sophia (Ayasofya) – meczet w Stambule, w przeszłości kolejno: świątynia chrześcijańska, meczet i muzeum. Wbiliśmy się omalże na otaczający meczet plac. Kręcąc się po wąskich i stromych uliczkach miałem male bam na ostrym zakręcie z mega sliskim asfaltem. Niezła była reakcja taksówkarzy. Zablokowali skrzyżowanie, a jeden podjechał żeby sprawdzić czy nie jest potrzebna pomoc. Miłe. Prawe kolano trochę ucierpiało. Do powrotu się zagoi. Żebro, które ucierpiało parę lat temu przy jakiejś wywrotce teraz zdeformowało się jeszcze bardziej. Zawsze się trochę bałem, że może przetrzeć skórę i flaki wylecą przez dziurę. Teraz załamane jest jeszcze bardziej. Może nie będzie tak źle, choć po powrocie żonka patrząc na moją nieco zgiętą postać nakazała żebym trzymał się prosto. Łatwo powiedzieć.
Podszedł do nas szczupły, siwy pan w garniturze i przywitał się "dzień dobry!". Reszta konwersacji była po angielsku. Rozpoznał polskie tablice i stąd wiedział skąd jesteśmy. Powiedział, że współpracuje z kuzynem, który sprzedaje w Warszawie skóry, przyczym "skóra" padło znowu po polsku. Po chwili zapraszał nas do pobliskiego magazynu gdzie miał skórzane kurtki motocyklowe. Podziękowaliśmy i zanurzyliśmy się w gąszcz wąskich uliczek. Pod koniec szybkiej rundy Olek wpadł do sklepiku po pamiątki. Czekałem na zewnątrz, a tu naraz podchodzi do mnie uprzednio spotkany pan i z uśmiechem zaprasza do sąsiedniego magazynu z szalami, w którym również pracuje.

w roli turystów nie czujemy się dobrze, ale zrobiliśmy wyjątek

skoro występujemy w roli turystów potrzebne będą pamiątki
Nie mogłem napatrzeć się na takie cacka.

ale cacko!!!
Dość zwiedzania. Odpalamy. Mostem przejeżdżamy na drugą stronę Bosforu. Tu znowu miasto po horyzont z ultra nowoczesną dzielnicą szklanych drapaczy chmur. Lecimy autostradą do Bursy. Wbijamy się w interior i przesiadamy na lokalne drogi. Krajobraz będziemy podziwiali nazajutrz. Na razie robi się ciemno.

gdzieś w górach, wóz policyjny to często spotykana w Turcji atrapa (niektóre miały nawet święcącego "koguta")

takich aut na prowincji spotkaliśmy mnóstwo, są w zaskakująco dobrym stanie
W małym miasteczku robimy skromne zakupy i siadamy w lokalnej knajpce. To jest coś czego szukaliśmy. Klasyka.
kebab, gęsty jogurt, jakieś ostre warzywa, ser, ekmek (chleb), placek, herbata - z głodnym możemy porozmawiać
W knajpce kelner udostępnił Olkowi internet. Dzięki temu możemy (dokładnie to Olek) wypatrzyć miejsce na biwak. Przed posiłkiem krótka modlitwa: "Pobłogosław Panie nas i ten posiłek, który będziemy spożywali, oraz tych którzy ten posiłek przygotowywali. Jak spotkasz to pozdrów od nas Allacha". Ostatnią prośbę dołączył Olek i od tej pory do końca pobytu w Turcji stosowaliśmy tę poszerzoną formułę.
Znajdujemy boczną drogę wypatrzoną na googlowych zdjęciach satelitarnych. Nieomylny globtrotterski nos Olka wybrał miejsce. Za dnia stwierdziliśmy, że jesteśmy w przepięknej okolicy przypominającej Beskid.
Olek sprawnie postawił swój namiot, ja poprzestałem na samej sypialni. Rozgwieżdżone niebo obiecywało pogodną noc. Temperatura sprzyjała pogawędkom przy ognisku, ale Olo tylko umył zęby i po chwili smacznie chrapał. Zagotowałem herbatę i posiedziałem w samotności gapiąc się w gwiazdy. Z rozmachem ktoś przygotował ten świat. Czas spać, jutro też jest dzień.
21.11 (poniedziałek) 375 km
Jak co rano w Turcji chwilę po piątej obudził nas zaśpiew muezina. Najpierw jeden, potem z innej strony drugi i trzeci. Ma to swój niepowtarzalny klimat. Choć jeszcze ciemno trzeba się pakować. Olek odpuszcza śniadanie. Robię herbatę dla nas obu i napełniam termos. Wory, zwane pieszczotliwie żupanami, na motory. Odpalamy. Po dwóch godzinach postój na posiłek w maleńkiej wiosce. Myślę, że byliśmy tu pierwszymi turystami. Wioseczka była maleńka, więc bez trudu znaleźliśmy sklep. Świeży ekmek, serek, torebka słodkości, lody. Siedliśmy na ławce przed budką służącą za kawiarnię, kiosk ruchu lub przystanek autobusowy. Na sąsiednich ławkach zasiadało kilku lokalesów. Wyciągnęliśmy nasze zapasy i zaczęliśmy drugie śniadanie. Po chwili przydreptał pan sklepowy i zaproponował herbatę, pokazując gestami, że to dar od niego. Gdy skończyłem pojawił się pan z budki z kolejną, a po chwili z dwiema flaszkami wody. Można żyć w zgodzie?

Ciepły słoneczny dzień. Miło się siedzi, jednak trzeba się zbierać. Coś tam jeszcze opowiadałem, ale Olek uciął te opowieści mówiąc, że pogadamy w drodze. Przebijamy się przez dość wysokie góry. Na jednej z nich zawisła chmura, która zlała nas gwałtownym deszczem. Naraz otworzyła się rozległa perspektywa z morzem w roli głównej. Zapewniam, że w realu wyglądało to jeszcze lepiej niż na fotce.

Na nocleg lecimy w okolice Ören. Trzydzieści lat temu mój teść uczestniczył, jako główny projektant, w budowie elektrowni w sąsiedniej wioseczce Kemerkoy. Spędziliśmy tu wtedy wakacje. Chciałem zobaczyć jak to wygląda teraz. Wypatrzyliśmy niewielką plażę, do której z szosy prowadziła wąska kamienista dróżka. Namioty stanęły pięć metrów od brzegu. Korzystając z ostatnich promieni słońca Olek wskoczył do wody. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy ciekawe zjawisko. W wodzie błyskało tysiące maleńkich iskierek. Co to mogło być? Może było to zjawisko elektryczne związane ze zbliżającą się burzą. Ja musiałem powalczyć z motorem. Wielkie (narastające) trudności z odpalaniem to sygnał, że trzeba działać. Czyszczenie gaźnika, ustawienie zaworów, próby zmiany ustawienia zapłonu. Szału nie ma, ale odpala. To najdalej wysunięty punkt wycieczki - 2890 km od domu.
Serwis kończyłem w pierwszych falach deszczu. Wszystkie graty wrzuciłem w ostatniej chwili do namiotu, który na szczęście rozstawił zapobiegliwy Olek. Ja chciałem spać pod gołym niebem. Miło się leżało w namiocie targanym gwałtownym wiatrem, przy szumie fal i werblu ulewy. Sen nadszedł niespodziewanie. Fale tak huczały, że nie widząc ich wydawało się, że sięgają namiotów. W rzeczywistości nie były wyższe niż 30 centymetrów.
22.11 (wtorek) 430 km
Leniuchujemy aż do świtu. W pierwszych promieniach kąpiel w morzu. Przy zwijaniu biwaku pogawędka z angielskim wędkarzem, który właśnie przyjechał z kumplem na połów. Na wyspie Kos ma Yamachę z lat siedemdziesiątych, w domu Scouta z 1933 r. Motocykliści zakochani w starociach są wszędzie.

poranne czynności biwakowe

gotowy do drogi
Malowniczą nadmorską drogą docieramy do Kemerkoy. Elektrownia działa :-)


na drzewach pomarańcze, dojrzałe oliwki i brzoskwinie

gdzie by tu dalej?

Niestety nie mamy czasu na dłuższy popas. Czas w drogę. Na obiadek zbaczamy do miasteczka. Stanęliśmy pod małą knajpką. Po chwili otoczyło nas kilku lokalesów. Właściciel lokalu, kelner, jakiś ich znajomek, ciekawski chłopczyk, młody student szkoły morskiej w Odessie (kuzyn szefa). Studenciak gaworzył po angielsku. Nie dali spokojnie zjeść. Każdy pytał o coś, coś opowiadał, sprawdzał czy smakuje, czy czegoś nie potrzebujemy. Wszystko było niezwykle sympatyczne.

Po obiedzie jechaliśmy aż zrobiło się ciemno. Tym razem nie mieliśmy upatrzonej miejscówki, ale spodziewaliśmy się, że znajdziemy coś jadąc wąską drogą przez góry. Już drugi strzał okazał się celny. Nocleg wypadł w środku niczego na łączce otoczonej kamiennym murkiem. Szybko rozstawiliśmy namioty. Jeszcze herbata i zaszywamy się w śpiworach.

poranne zwijanie biwaku (fotka słaba, bo słońce jeszcze nie wzeszło)
23.11 (środa) 500 km
Po piątej budzi nas modlitwa muezina. Zaczynamy zwijać graty jeszcze po ciemku. Jest dość ciepło, Olka termometr pokazuje 8 stopni. Herbata, kawałek ekmeka, graty na motory i w drogę. Malownicza szosa wiedzie dolinkami, wspina się na przełęcze, wije wśród lasów... bajkowo.

Junaczysko idzie niechętnie pod górę. Coś się dzieje. Czyżby ostatnie problemy z odpalaniem, które wiązałem z przytkaniem gaźnika były spowodowane inną usterką? Podobny efekt, oraz słaba praca na wysokich obrotach może też powodować złe ustawienie zapłonu. Tyle, że w normalnych warunkach zapłon nie może się przestawić sam. Zerkam na przerwę. Jest jaka była. Na postoju koniecznie muszę przeprowadzić śledztwo. Na razie nie ma warunków na poszukiwania, bo wjeżdżamy pod ciemną chmurę. Wydawało się, że damy radę uciec przed deszczem i początkowo nie wkładamy przeciwdeszczówek. To jest zawsze trudna decyzja i często spóźniona. Gdy opad gęstnieje wpadamy pod dach stacji. Tankowanie, przebieranie i zanurzamy się w deszcz. Na szczęście po godzinie znowu sucho.

Nasza droga wiedzie przez dłuuugaśny most Çanakkale 1915 łączący brzegi cieśniny Dardanele (między Morzem Egejskim i Morzem Marmara), który jest najdłuższym mostem wiszącym na świecie. Długość przęsła 2023 metrów, a całego mostu 4600 metrów. Przemyślni Turcy wyrobili się i udostępnili tę atrakcję akurat na naszą wyprawę. W zeszłym roku kursował tędy prom. Granicę z Bułgarią pokonujemy w dobrym czasie i bez niespodzianek. Jest już ciemna noc. Czas na znalezienie noclegu. Ponieważ nazajutrz czeka mnie poszukiwanie przyczyny słabości silnika, a na dodatek jesteśmy zmoczeni deszczem poszukamy czegoś pod dachem. Wybór padł na hotel o zachęcającej nazwie Afrodyta. W ostatniej chwili załapaliśmy się na ciepły posiłek. W pokoju nie zdążyliśmy pogadać. Sen nadszedł niespodziewanie.

24.11 (czwartek) 770 km
Z rana serwis - poszukiwanie słabości silnika. Niechętnie odpala, stracił moc. Za odpalanie winiłem gaźnik. Utwierdzał mnie w tym przekonaniu fakt, że obfite przelanie plus ssanie pomagało. Dwukrotnie dobierałem się do podejrzanego Amala bez widocznych efektów. Teraz doszło osłabienie. Pachnie to zapłonem. Zewnętrzne oględziny iskrownika nic nie wykazały. Po zdjęciu dekielka w środku sucho i czysto, krzywka nie ma luzów, przerwa w porządku. Po zdjęciu płytki przerywacza widać, że przyspieszacz jest w porządku i pewnie tkwi na wałku. Zapłon sam się przestawić nie mógł. Może to powtórka z rozrywki i obróciło się koło podwójne względem wału? Raz już ta nieprawdopodobna usterka mnie zaskoczyła. Motocykl na prawy bok, ściągam kapę i dekiel rozrządu. Tu wszystko w porządku. W szaleństwie przedwyjazdowym zapomniałem wsadzić do piórnika multimetru służącego do ustawiania zapłonu (ustalenie momentu rozwarcia przerywacza). Nie mam też ani kawałka przewodu. Przewód pozyskuję z instalacji motocykla (ten od gaszenia). Olek ma latarkę na baterie. Dwa kawałki przewodu pozbawione izolacji na końcach, kawałek kartonika jako izolator plus latarka i mamy przyrząd do ustawiania zapłonu. Olek pomaga, bo brakuje dwóch rąk. Zapłon ok, ale przy ruchu tłoka w górę niedaleko GMP słychać dziwne cyknięcie. Patrzymy jeszcze raz i teraz zapłon jest zdecydowanie za późny. Mam cię. Ściągam iskrownik i widzimy winowajcę. Poluzowała się nakrętka mocująca sprzęgiełko (mam sportową przystawkę), klinik się wyklepał i sprzęgiełko ma ogromny kątowy luz. Z zapasowego iskrownika pozyskuję klinik, skręcam porządnie. Teraz chwila prawdy. Silnik odpala za dotknięciem startera. Straciliśmy przez te zabawy półtorej godziny pięknej pogody. Trudno, nadrobi się w trasie :-)

Korzystając z luksusów wynikających z nocowania w hotelu zjadamy śniadanie. Można też porządnie umyć ręce po serwisie. Bagaż na motory i dzida. Dziś ładna pogoda, ale wieje baaardzo silny wiatr prosto w nos. Lecimy autostradą przebijając się przez góry. Wiatr i podjazdy przez wiele kilometrów wymuszają jazdę na niższych biegach. Trójka, a nawet dwójka i maksymalne otwarcie przepustnicy. Czasami wspomagam się ciężarówkami ciągnąc w ich "cieniu". Żeby było to efektywne trzeba jechać parę metrów za ruchomą ścianą. Oczywiście z bezpieczeństwem niewiele to ma wspólnego. Gdy ciężarówka przyhamuje, a zazwyczaj ma czym, mogę nie zdążyć zareagować. Trzeba sobie radzić niskimi biegami. I stało się. Na płaskim odcinku poczułem, że motor dość gwałtownie traci moc. Zjazd na parking. Pod skrzynią plama oleju. Cos się wydarzyło. Kopniak przekręca się z oporem. Rano olej był, teraz go nie ma, poza tym który widzę na asfalcie. Na szczęście olej mam. Po uzupełnieniu i wystygnięciu skrzyni wszystko wraca do normy. Starter kręci się normalnie. Silnik startuje - można jechać. Przy najbliższym tankowaniu plama oleju pod skrzynią. Dolewka 200ml, zakup oleju i dzida. Od tej pory stajemy co 100-150 kilometrów na dolanie ok. 200ml oleju. Trudno, na naprawę trzeba poczekać do powrotu. Na szczęście tempo wycieku nie zmienia się, a skrzynia pracuje poprawnie.
Mijamy Sofię, kończy się Bułgaria, lecimy przez Serbię. Drobne opady. Robi się chłodniej. Stajemy w tureckim barze na ciepły posiłek. Do wyboru były jeszcze bary na stacjach Łukoil i Gazprom. Brrrrr, okropność. Omijamy je szerokim łukiem. Postanowiliśmy, że gdyby nawet kończyło się paliwo, to na tych stacjach nasza noga nie postanie. Dwa razy musieliśmy w tego powodu zjechać z autostrady i tankować w pobliskich miejscowościach.
Zrobiło się ciemno. Późnym wieczorem przejeżdżamy przez Belgrad. Tym razem jest tu pusto. Dosłownie kilka aut. Cały czas na czwórce i pełny ogień. Tak samo jak my leci mały peleton śmieciarek. Wygląda, że zrobili sobie wyścigi. Te pokraczne stwory lecą 90+ i ledwo udaje się je wyprzedzić. Po dwudziestu minutach Belgrad już za nami.
Nocleg znajdujemy 60 kilometrów za Belgradem. Motocykle mają miejsce pod dachem, a my w ciepłym pokoju. Jest grzejnik!!! Olek odmawia zjedzenia kolacji, ja coś przegryzam, herbatka, ząbki i spać.
25.11 (piątek) 710 km
Rano rutynowo śniadanie, herabata do termosu, graty na bagażnik. Oczywiście zgodnie z nową rutyną dolewam oleju do skrzyni. Start. Do granicy z Węgrami 160 kilometrów - rzut beretem. Po drodze jedna dolewka i meldujemy się w kolejce do przejścia. Serbska strona migiem. Po węgierskiej sznur aut. Węgierscy mundurowi ruszają się jak muchy w smole. Przed nami może z 50 aut i dwie godziny. Czas płynie, a przed nami jeszcze długa droga. Szkoda dnia, ale cóż robić. Przepychamy motory po 2 metry. Na koniec dokumenty, kilka pytań i droga wolna. Olek zwleka. Co się dzieje? W kolejce stał na światłach i rozładował baterię. Podejmujemy nieudaną próbę zapalenia na pych. Dla jednej osoby pchającej (kierowna musi siedzieć w siodle) to ciężkie zadanie. Dopraszam do pomocy młodego chłopaka nudzącego się w kolejce w przeciwnym kierunku. We dwóch to co innego. Vulcan zaskakuje bez trudu. Już po zmroku mijamy Budapeszt i spadamy w boczne drogi przez Komarno. Zawsze to jakaś atrakcja po i przed autostradą. Na Słowacji stajemy na małe "conieco". Biorę knedle z gulaszem, a do picia kultową Cofolę :-) Olek ociąga się z zamówieniem. Nie jesz Oleś? To zależy jaki będziemy mieli dziś cel. No jaki? Oluś, dolatujemy do granicy i tam kimamy. A może dolecimy do domu? Wtedy nie ma co się najadać żeby zachować trzeźwość umysłu. Olku 700 kilometrów na dzień to wystarczająca dawka. Dalsze trzy stówy mogą być mocno niebezpieczne, tym bardziej, że robi się chłodno (jest ok. 2 stopni) i jest późny wieczór. Dolecielibyśmy nad ranem. No dobra nocleg w Cieszynie.
W Czechach roboty drogowe. W miasteczku tymczasowe pasy wyznaczone pachołkami. Kilka krzyżujących się i rozchodzących pasów ruchu. Popełniam błąd i wjeżdżam pod prąd. Na szczęście wszyscy jadą wolno. Auta z naprzeciwka stają żebyśmy mogli wyplątać się z trudnej sytuacji. Słabe oznaczenie czy zmęczenie? Dalej ruch przerzucany z pasa na pas, a na tej szykanie dylatacja. Przednie koło ucieka. Na szczęście uślizguje się tylko kawałek i po drugiej stronie dylatacji łapie przyczepność. Olek widząc co się dzieje zwalnia i pokonuje przeszkodę pod większym kątem unikając poślizgu. Równo o 00:00 docieramy do Cieszyna. Przez ebooking znajduję miejscówkę i po kilku minutach meldujemy się w hotelu. Jeszcze drobna zagadka ze światłem w przedpokoju, które pali się mimo że niczego nie naciskaliśmy, a nie umiemy znaleźć wyłącznika. Skończyło się wykręceniem żarówek. Rano recepcjonista powiedział, że to ostatnie unowocześnienie - włącznik na czujkę ruchu. Pochwalił za pomysł wykręcenia żarówek, bo goście skarżą się, że wystarczy poruszyć nogą w łóżku, a światło rozjaśnia pokój.
26.11 (sobota) 375 km
Śniadanie, herbata do termosu, pakowanie, dolewka oleju i dzida. Dość ciepło (5 stopni), za to lekka mżawka. Na wysokości Gliwic mżawka ustaje, ale temperatura znika, no może został jej kawałek, ale tylko jeden stopień. Na poboczach i parkingach śnieg. Jezdnia na szczęście czarna. Przed Piotrkowem pożegnanie. Olek leci na Łódź, ja na Księżyc. Staję na kawkę 100 kilometrów przed celem. Oczywiście dolewam oleju do skrzyni. Kopię i nic. Kopię i... Wykręcam świecę, a tu brak iskry. Kurczę już tak niedaleko. Zdejmuję dekielek iskrownika. Jedna z łapek blokujących płytkę przerywacza puściła i płytka żyje własnym życiem. W serwisie towarzyszy mi kierowca Tira z Białorusi Andriej. Niezwykle sympatyczny gość. Ma Jawę 350 i oczywiście czuje klimat starych motorów. Zazwyczaj uwagi gapiów denerwują mnie przy pracach serwisowych. Tym razem dobrze się bawimy we dwóch. Może podłożyć szajbkę? Poprawiam płytkę. Wkręcam świecę i silnik startuje od kopa. Pożegnanie z Andriejem.
Ostatni kawałek. Na Księżycu czeka niezawodny Krzych!!! Miło się wraca do domu. Motor zostaje w łoboorce. Należy mu się teraz solidny przegląd i naprawa tego i owego. Pęknięty bagażnik, przytarta skrzynia, rozkręcony amortyzator tylny, rozsypane łożysko zabieraka, luz główki, cieknący bak, urwane lusterko... może jeszcze coś się znajdzie.

rozsypane łożsko zabieraka, zabierak kiwał się, ale dociągnął do domu :-)
10 dni, 5685 kilometrów, przez większość dystansu utrzymywana duża prędkość (na autostradzie 90+) to trudny egzamin dla maszyny. Deszcz, niska temperatura, krótki dzień i jazda nocą to trudny egzamin dla jeźdźców. Egzamin zdaliśmy :-) Sam smak motocyklizmu. To co, w styczniu do Portugalii? Olo nie kuś. Pożyjemy zobaczymy.

u Olka przybyła naklejka TR, u mnie SRB

powitanie na Księżycu
Zacząłem pracować nad Krzychem. Niestety nic z dyplomacji nie wyszło. Zniósł ze stoickim spokojem nawet określenie "pantoflarz". Coś tam opowiadał o niskich temperaturach, krótkim dniu, jakiś bliżej nieokreślonych obowiązkach. Olek też podjął próbę namówienia. Również bez efektu.
Gdy wystąpiłem na forum rodzinnym z planami wyjazdowymi spotkałem się z chłodnym przyjęciem. Jesteś normalny? Pokręciło cię? Zimą na wyprawę? Po co ci to? To bardzo niebezpieczne. Czego tam szukasz? Co i komu chcesz udowodnić? Tyle pytań, a sensownej odpowiedzi brak. Ostatnio przesłuchałem kilka książek (pracując w warsztacie ebooki to świetna rozrywka) o polskich himalaistach. Takie same pytania zadawały im żony, tak samo nie potrafili udzielić sensownej odpowiedzi. Po co się wspinali? Bo są góry. Po co ryzykowali i podejmowali trud? Żeby lepiej posmakować życia. Tyle potrafili powiedzieć i tyle samo wydukałem ja. Oczywiście porównanie to przytaczam z pełną świadomością przepaści skali, ale jakiś wspólny element jednak jest. Oni zdobywali wysokie szczyty i my, według mojej żony, niebotyczne szczyty absurdu i głupoty. Jest podobieństwo?
Ostatecznie planowany na 11 listopada start nie doszedł do skutku. Nieudolnie próbowałem udobruchać żonkę i zaproponowałem wypad we dwoje nad morze. Olka też dopadła rzeczywistość. Jednak zasiane ziarno kiełkowało. Tym razem to ja zadzwoniłem do Olka. Olo, a gdybyśmy polecieli tydzień później? Za tydzień? Właśnie bierze mnie jakaś infekcja, ale za tydzień powinienem być w życiowej formie, a i opóźniony strop też nabierze realnej formy. Też borykałem się z uporczywym kaszlem i też liczyłem na życiową formę. Zakupiłem nawet paczkę Gripexu i witaminę C. Umówiliśmy się, że będziemy obserwować sytuację, ale szacujemy prawdopodobieństwo na 70%. Jeżeli nie spadnie śnieg startujemy 17 listopada.
Dokąd? Zobaczymy :-) Na jak długo? Kto to wie. Olek i ja. Noclegi gdzieś w krzakach. Obaj pakujemy po dwa śpiwory. Na mojej liście: namiot, materac pompowany, palnik, kartusz gazu, menażka, łyżka, termos, słoiczek cukru, 25 torebek herbaty, trochę żółtego sera, makaron, landrynki owocowe i miętowe, sucha kiełbasa, kostka masła, kilka paczek sezamków, kąpielówki, po 3 pary skarpet, bokserek i koszulek, 2 x bielizna termiczna, trampki, zapasowe rękawice, szczoteczka do zębów, pasta, malutkie opakowanie szamponu, maszynka do golenia, zielona karta, dowód rejestracyjny motoru, prawo jazdy, dowód osobisty... To chyba wszystko.
Olek przed wyjazdem planuje zmianę oliwy. Ja zmieniłem tylną oponę. Niby powinna jeszcze wytrzymać parę tysięcy, ale nie chciałbym zamieniać przodu z tyłem jak to zrobiłem w Maroku. Jeszcze kilka dni. Oby nie przyszło białe. We wtorek prognoza wygląda tak. Jeżeli ruszymy we czwartek z rana uciekniemy przed białym na ciepłe południe :-)

Trzeba podjąć ostateczną decyzję. Olo jedziemy? Noooo... Ma być przymrozek, deszcz, dzień krótki... Ale ucieczka przed problemami nie jest ich rozwiązaniem. Lecimy :-)
17.11 (czwartek) 695 km
Spotykamy się na wysokości Tomaszowa w barze Janosik o ósmej rano. Na początek dnia jajecznica i gorąca herbata. Jest chłodno, ale nie pada. Którędy lecimy? Początkowo planowaliśmy wschodnią trasę przez Słowację, Węgry i Rumunię. Ale tam są stosunkowo wysokie góry i ryzyko napotkania śniegu. Wybieramy wariant zachodni przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Bułgarię. Wpadamy jeszcze na małe zakupy. Pod sklepem podszedł do mnie pan, który za młodu redlił ziemniaki Junakiem. To nieznane zastosowanie. Zazwyczaj służył do orania w polu, a tu redlenie. Może w tych legendach coś jest? Lecimy S8 do A1. Na wysokości Częstochowy zaczęło lekko siąpić i temperatura z niewysokiej zrobiła się niska (2-3 st.C). Tankowanie, chwila w ciepłym wnętrzu stacji, przeciwdeszczówki na grzbiet i dzida.
Spadamy na Czeski Cieszyn, Mosty u Jablunkowa, słowacka Żylina i dalej autostradą A1 w kierunku Bratysławy. Ciepłe "conieco" w parkingowej knajpce. Ciemno, mgła, silnik pracuje równiutko, na budziku 90-95 km/h. Lekkie kaszlnięcie. Trzeba przełączyć na rezerwę. Najbliższa pompa za 10, a kolejna za 30 kilometrów. Nie ma co stawać za często. Mijamy pierwszą, zatankujemy na kolejnej. Ostatecznie zabrakło paliwa gdy zobaczyłem znak stacja paliwowa 1000m. Kilkaset metrów rozpędem i staję przy znaku stacja 300m. Niedaleko więc pcham. Podjeżdża Olo i pyta czy nie pomogłoby położenie motoru na boku. Ja "stary junakowiec" stosowałem tę sztuczkę wielokrotnie, a teraz zapomniałem. Olo słyszał o tym sposobie. Dobrze, że jadę z przytomnym partnerem. Motor na prawy bok, do pionu, kopniak i o własnych siłach junaczysko podjeżdża pod pompę.
Na wysokości Trnawy skręcamy w kierunku granicznej miejscowości Komarno. W tym roku już tam byliśmy w drodze na Węgry. Czujemy się jak na swoich śmieciach. Deszcz ustał, zrobiło się troszkę cieplej. Droga wśród pól i lasów jest ciekawym urozmaiceniem autostradowej jednostajności. Na wybojach bak zaczął pukać o głowicę. Niestety zauważyłem to dopiero na postoju gdy poczułem zapach paliwa. Kapie wolniutko, niech kapie. Przez ebooking rezerwuję pokój w Harrys City Motel. Proste wnętrza, czyściutko, wzdłuż budynku zadaszenie gdzie postawiliśmy motocykle. Cena przystępna. Właściciel kontaktowy. Miejsce godne polecenia. 695 kilometrów w 13 godzin. Dobry początek.


gotowi do drogi
18.11 (piątek) 760 km
Rano Olo nie mógł się spakować, bo się nie rozpakował. Wrzucamy wszystko na motory i tuż po siódmej start. Po chwili skończyła się nam Słowacja. Na Węgrzech trzeba zapłacić za autostrady. Można to zrobić przez internet, ale winiety dostępne są również na stacjach paliwowych. 10 dniowa winieta (niczego się nie przylepia, wszystko w systemie) za motocykl to koszt poniżej 40 złociszy. Oprócz pierwszego kilkudziesięciokilometrowego odcinka całe Węgry przelatujemy autostradą.
Za Budapesztem łapie nas deszcz. Tak będzie do końca Węgier i przez Serbię, aż do Belgradu. Czeka nas wielkie pranie. Najpierw namaczanie w drobnej mżawce przez 200 kilometrów, następnie program zasadniczy w intensywniejszym opadzie, chwila przerwy i płukanie. Razem kilka godzin. Na szczęście temperatura wzrosła do 8 stopni. Belgrad nie dorobił się obwodnicy. Autostrada wpada do miasta i przecina je całe. Popołudniowo-wieczorny ścisk. Trochę walczymy, ale jest na tyle gęsto, że Olkowy Vulcan ledwo się mieści. To końcowy fragment wielkiego prania - suszenie.
Za Belgradem stajemy na tankowanie. Naraz głośne bębnienie kropel deszczu o blaszany dach. Skąd nadchodzą chmury? Z prawej strony. Może da się przebić przez strefę deszczu? Po kilkudziesięciu kilometrach deszcz ustaje. Pozostajemy jednak w przeciwdeszczówkach. Jedzie się nieźle. Przelatujemy niemal całą Serbię. Nieśmiało sugeruję nocleg pod chmurką, ale po chwili sam uznaję pomysł za nieco ekstrawagancki. Znowu ebooking i wbijamy do hotelu Diana w Pirot (niedaleko od granicy z Bułgarią). Niestety to wysoki standard i nie ma grzejników w pokojach, tylko elegancki nadmuch pod sufitem. Jak tu osuszyć ciuchy i buty? Trudno, wyschną w drodze. Gorący prysznic, jakby mało było dziś wody, i czas spać, bo i tak mimo wysokiego standardu nie ma internetu (WiFi było bardzo słabe i tylko przy łazience). W głowie szum jakby się ciągle jechało.

19.11 (sobota) 610 km
Rano pakowanie, śniadanko (słabieńkie) i wbijamy się w lekko wigotne ciuchy. Czas startować. Dziś sucho i nie za gorąco.

tuż przed startem
Bułgarię pokonujemy jednym skokiem autostradami. Krótkie przerwy na tankowanie i ogień na tłoki.

BG jak tu cieplutko

zrzucamy część ubranek
Granica BG-TR. Specjalnie przed wyjazdem podjechałem do ubezpieczyciela żeby wziąć zieloną kartę. Pakując się złapałem wydruk, ale jak się okazało nie zielonej karty tylko naszej polisy. Muszę jak niepyszny udać się do kantorku i wykupić zieloną kartę. Cóż, 20 eurosiów poszło się paść. Jak się okazało nazajutrz w etui telefonu znalazłem tę nieszczęsną zieloną kartę. Teraz jestem podwójnie ubezpieczony. Pół godziny zajmuje nam wykupienie punktów na tureckie autostrady i opłaty za mosty. Trzeba wymienić eurosie na liry, bo agentka PTT (tutejsza poczta prowadząca rachunki z których opłaca się przejazdy) przyjmuje tylko liry, a karty ma w głębokim poważaniu. Miła pani obliczyła, że na każdego z nas na drogę do Izmiru i powrót do Edirne (miasto przy granicy) musimy mieć równowartość 30 EUR. Trochę niedoszacowała i za ostatni most musieliśmy płacić dodatkowo. Dostajemy nalepki, które powinny w sposób przecudowny zgoła otwierać przed nami bramki autostrad. Tak dobrze nie było i za każdym razem ktoś z obsługi musiał ręcznie odpisywać nas w systemie.
Podciągamy w okolice Istambułu. Olek na obrazie satelitarnym map google wytypował okolicę dogodną do poszukiwań miejsca na biwak. Nabrał wprawy w takim szukaniu miejscówek na swoich samotnych wyprawach. Spadamy z autostrady w lokalną dróżkę. Najpierw trzeba kupić wodę i zjeść coś ciepłego. Mimo późnej pory wszystkie sklepy otwarte. Teraz do knajpki wypatrzonej przez Olka. Wygląda na to, że się właśnie zwijają, ale młoda i niezwykle sympatyczna dziewczyna zaprasza służąc za tłumacza. Główny kelner (może to szef?) gaworzy tylko po turecku. Olek już wie, że czorba to zupa, więc nieźle sobie radzi. Pani pomaga zorientować się w menu i po chwili pałaszujemy lokalne dania. Ciepła noc. Wszyscy chodzą ubrani do figury. Smaczne jedzenie popijamy herbatą. Nie ma lepiej.
Teraz szutrem między wzgórzami i mamy puste pole z miejscówkami noclegowymi osłoniętymi krzakami. Olek stawia namioty, a ja przeprowadzam serwis poszerzony. Oceniam, że gaźnik Amal zaniemógł. Odpala tylko ze ssaniem. Rozebrałem, przedmuchałem, ale bez efektu. Poprawiłem prądy w lampie, naciągnąłem łańcuch, powalczyłem z uszczelką kolanka i wytarwszy ręce mokrymi chusteczkami byłem gotowy na wyzwania tureckich dróg. Spało się wspaniale.

biwak o poranku

zwijamy manatki
20.11 (niedziela) 460 km
Rano małe śniadanko, duża herbata, napełnienie termosu, pakowanie i w drogę. Przed nami Istambuł. To jest ogrom nie do opisania. Spróbuję. Ogromnie ogromny ogrom. No, jakoś go opisałem. Gdy tu jechałem w 2013 roku 20-30 kilometrów przed miastem stały, lub właśnie powstawały, na półpustynnych wzgórzach osiedla-miasteczka. Kilka 20-40 piętrowych bloków, hala sportowa czy też handlowa (???), meczet i nieco mniejszych domów i domków. Teraz te osiedla zlały się w jedno.
Jako cel wpisaliśmy Hagia Sophia (Ayasofya) – meczet w Stambule, w przeszłości kolejno: świątynia chrześcijańska, meczet i muzeum. Wbiliśmy się omalże na otaczający meczet plac. Kręcąc się po wąskich i stromych uliczkach miałem male bam na ostrym zakręcie z mega sliskim asfaltem. Niezła była reakcja taksówkarzy. Zablokowali skrzyżowanie, a jeden podjechał żeby sprawdzić czy nie jest potrzebna pomoc. Miłe. Prawe kolano trochę ucierpiało. Do powrotu się zagoi. Żebro, które ucierpiało parę lat temu przy jakiejś wywrotce teraz zdeformowało się jeszcze bardziej. Zawsze się trochę bałem, że może przetrzeć skórę i flaki wylecą przez dziurę. Teraz załamane jest jeszcze bardziej. Może nie będzie tak źle, choć po powrocie żonka patrząc na moją nieco zgiętą postać nakazała żebym trzymał się prosto. Łatwo powiedzieć.
Podszedł do nas szczupły, siwy pan w garniturze i przywitał się "dzień dobry!". Reszta konwersacji była po angielsku. Rozpoznał polskie tablice i stąd wiedział skąd jesteśmy. Powiedział, że współpracuje z kuzynem, który sprzedaje w Warszawie skóry, przyczym "skóra" padło znowu po polsku. Po chwili zapraszał nas do pobliskiego magazynu gdzie miał skórzane kurtki motocyklowe. Podziękowaliśmy i zanurzyliśmy się w gąszcz wąskich uliczek. Pod koniec szybkiej rundy Olek wpadł do sklepiku po pamiątki. Czekałem na zewnątrz, a tu naraz podchodzi do mnie uprzednio spotkany pan i z uśmiechem zaprasza do sąsiedniego magazynu z szalami, w którym również pracuje.

w roli turystów nie czujemy się dobrze, ale zrobiliśmy wyjątek

skoro występujemy w roli turystów potrzebne będą pamiątki
Nie mogłem napatrzeć się na takie cacka.

ale cacko!!!
Dość zwiedzania. Odpalamy. Mostem przejeżdżamy na drugą stronę Bosforu. Tu znowu miasto po horyzont z ultra nowoczesną dzielnicą szklanych drapaczy chmur. Lecimy autostradą do Bursy. Wbijamy się w interior i przesiadamy na lokalne drogi. Krajobraz będziemy podziwiali nazajutrz. Na razie robi się ciemno.

gdzieś w górach, wóz policyjny to często spotykana w Turcji atrapa (niektóre miały nawet święcącego "koguta")

takich aut na prowincji spotkaliśmy mnóstwo, są w zaskakująco dobrym stanie
W małym miasteczku robimy skromne zakupy i siadamy w lokalnej knajpce. To jest coś czego szukaliśmy. Klasyka.
kebab, gęsty jogurt, jakieś ostre warzywa, ser, ekmek (chleb), placek, herbata - z głodnym możemy porozmawiać
W knajpce kelner udostępnił Olkowi internet. Dzięki temu możemy (dokładnie to Olek) wypatrzyć miejsce na biwak. Przed posiłkiem krótka modlitwa: "Pobłogosław Panie nas i ten posiłek, który będziemy spożywali, oraz tych którzy ten posiłek przygotowywali. Jak spotkasz to pozdrów od nas Allacha". Ostatnią prośbę dołączył Olek i od tej pory do końca pobytu w Turcji stosowaliśmy tę poszerzoną formułę.
Znajdujemy boczną drogę wypatrzoną na googlowych zdjęciach satelitarnych. Nieomylny globtrotterski nos Olka wybrał miejsce. Za dnia stwierdziliśmy, że jesteśmy w przepięknej okolicy przypominającej Beskid.
Olek sprawnie postawił swój namiot, ja poprzestałem na samej sypialni. Rozgwieżdżone niebo obiecywało pogodną noc. Temperatura sprzyjała pogawędkom przy ognisku, ale Olo tylko umył zęby i po chwili smacznie chrapał. Zagotowałem herbatę i posiedziałem w samotności gapiąc się w gwiazdy. Z rozmachem ktoś przygotował ten świat. Czas spać, jutro też jest dzień.
21.11 (poniedziałek) 375 km
Jak co rano w Turcji chwilę po piątej obudził nas zaśpiew muezina. Najpierw jeden, potem z innej strony drugi i trzeci. Ma to swój niepowtarzalny klimat. Choć jeszcze ciemno trzeba się pakować. Olek odpuszcza śniadanie. Robię herbatę dla nas obu i napełniam termos. Wory, zwane pieszczotliwie żupanami, na motory. Odpalamy. Po dwóch godzinach postój na posiłek w maleńkiej wiosce. Myślę, że byliśmy tu pierwszymi turystami. Wioseczka była maleńka, więc bez trudu znaleźliśmy sklep. Świeży ekmek, serek, torebka słodkości, lody. Siedliśmy na ławce przed budką służącą za kawiarnię, kiosk ruchu lub przystanek autobusowy. Na sąsiednich ławkach zasiadało kilku lokalesów. Wyciągnęliśmy nasze zapasy i zaczęliśmy drugie śniadanie. Po chwili przydreptał pan sklepowy i zaproponował herbatę, pokazując gestami, że to dar od niego. Gdy skończyłem pojawił się pan z budki z kolejną, a po chwili z dwiema flaszkami wody. Można żyć w zgodzie?

Ciepły słoneczny dzień. Miło się siedzi, jednak trzeba się zbierać. Coś tam jeszcze opowiadałem, ale Olek uciął te opowieści mówiąc, że pogadamy w drodze. Przebijamy się przez dość wysokie góry. Na jednej z nich zawisła chmura, która zlała nas gwałtownym deszczem. Naraz otworzyła się rozległa perspektywa z morzem w roli głównej. Zapewniam, że w realu wyglądało to jeszcze lepiej niż na fotce.

Na nocleg lecimy w okolice Ören. Trzydzieści lat temu mój teść uczestniczył, jako główny projektant, w budowie elektrowni w sąsiedniej wioseczce Kemerkoy. Spędziliśmy tu wtedy wakacje. Chciałem zobaczyć jak to wygląda teraz. Wypatrzyliśmy niewielką plażę, do której z szosy prowadziła wąska kamienista dróżka. Namioty stanęły pięć metrów od brzegu. Korzystając z ostatnich promieni słońca Olek wskoczył do wody. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy ciekawe zjawisko. W wodzie błyskało tysiące maleńkich iskierek. Co to mogło być? Może było to zjawisko elektryczne związane ze zbliżającą się burzą. Ja musiałem powalczyć z motorem. Wielkie (narastające) trudności z odpalaniem to sygnał, że trzeba działać. Czyszczenie gaźnika, ustawienie zaworów, próby zmiany ustawienia zapłonu. Szału nie ma, ale odpala. To najdalej wysunięty punkt wycieczki - 2890 km od domu.
Serwis kończyłem w pierwszych falach deszczu. Wszystkie graty wrzuciłem w ostatniej chwili do namiotu, który na szczęście rozstawił zapobiegliwy Olek. Ja chciałem spać pod gołym niebem. Miło się leżało w namiocie targanym gwałtownym wiatrem, przy szumie fal i werblu ulewy. Sen nadszedł niespodziewanie. Fale tak huczały, że nie widząc ich wydawało się, że sięgają namiotów. W rzeczywistości nie były wyższe niż 30 centymetrów.
22.11 (wtorek) 430 km
Leniuchujemy aż do świtu. W pierwszych promieniach kąpiel w morzu. Przy zwijaniu biwaku pogawędka z angielskim wędkarzem, który właśnie przyjechał z kumplem na połów. Na wyspie Kos ma Yamachę z lat siedemdziesiątych, w domu Scouta z 1933 r. Motocykliści zakochani w starociach są wszędzie.

poranne czynności biwakowe

gotowy do drogi
Malowniczą nadmorską drogą docieramy do Kemerkoy. Elektrownia działa :-)


na drzewach pomarańcze, dojrzałe oliwki i brzoskwinie

gdzie by tu dalej?

Niestety nie mamy czasu na dłuższy popas. Czas w drogę. Na obiadek zbaczamy do miasteczka. Stanęliśmy pod małą knajpką. Po chwili otoczyło nas kilku lokalesów. Właściciel lokalu, kelner, jakiś ich znajomek, ciekawski chłopczyk, młody student szkoły morskiej w Odessie (kuzyn szefa). Studenciak gaworzył po angielsku. Nie dali spokojnie zjeść. Każdy pytał o coś, coś opowiadał, sprawdzał czy smakuje, czy czegoś nie potrzebujemy. Wszystko było niezwykle sympatyczne.

Po obiedzie jechaliśmy aż zrobiło się ciemno. Tym razem nie mieliśmy upatrzonej miejscówki, ale spodziewaliśmy się, że znajdziemy coś jadąc wąską drogą przez góry. Już drugi strzał okazał się celny. Nocleg wypadł w środku niczego na łączce otoczonej kamiennym murkiem. Szybko rozstawiliśmy namioty. Jeszcze herbata i zaszywamy się w śpiworach.

poranne zwijanie biwaku (fotka słaba, bo słońce jeszcze nie wzeszło)
23.11 (środa) 500 km
Po piątej budzi nas modlitwa muezina. Zaczynamy zwijać graty jeszcze po ciemku. Jest dość ciepło, Olka termometr pokazuje 8 stopni. Herbata, kawałek ekmeka, graty na motory i w drogę. Malownicza szosa wiedzie dolinkami, wspina się na przełęcze, wije wśród lasów... bajkowo.

Junaczysko idzie niechętnie pod górę. Coś się dzieje. Czyżby ostatnie problemy z odpalaniem, które wiązałem z przytkaniem gaźnika były spowodowane inną usterką? Podobny efekt, oraz słaba praca na wysokich obrotach może też powodować złe ustawienie zapłonu. Tyle, że w normalnych warunkach zapłon nie może się przestawić sam. Zerkam na przerwę. Jest jaka była. Na postoju koniecznie muszę przeprowadzić śledztwo. Na razie nie ma warunków na poszukiwania, bo wjeżdżamy pod ciemną chmurę. Wydawało się, że damy radę uciec przed deszczem i początkowo nie wkładamy przeciwdeszczówek. To jest zawsze trudna decyzja i często spóźniona. Gdy opad gęstnieje wpadamy pod dach stacji. Tankowanie, przebieranie i zanurzamy się w deszcz. Na szczęście po godzinie znowu sucho.

Nasza droga wiedzie przez dłuuugaśny most Çanakkale 1915 łączący brzegi cieśniny Dardanele (między Morzem Egejskim i Morzem Marmara), który jest najdłuższym mostem wiszącym na świecie. Długość przęsła 2023 metrów, a całego mostu 4600 metrów. Przemyślni Turcy wyrobili się i udostępnili tę atrakcję akurat na naszą wyprawę. W zeszłym roku kursował tędy prom. Granicę z Bułgarią pokonujemy w dobrym czasie i bez niespodzianek. Jest już ciemna noc. Czas na znalezienie noclegu. Ponieważ nazajutrz czeka mnie poszukiwanie przyczyny słabości silnika, a na dodatek jesteśmy zmoczeni deszczem poszukamy czegoś pod dachem. Wybór padł na hotel o zachęcającej nazwie Afrodyta. W ostatniej chwili załapaliśmy się na ciepły posiłek. W pokoju nie zdążyliśmy pogadać. Sen nadszedł niespodziewanie.

24.11 (czwartek) 770 km
Z rana serwis - poszukiwanie słabości silnika. Niechętnie odpala, stracił moc. Za odpalanie winiłem gaźnik. Utwierdzał mnie w tym przekonaniu fakt, że obfite przelanie plus ssanie pomagało. Dwukrotnie dobierałem się do podejrzanego Amala bez widocznych efektów. Teraz doszło osłabienie. Pachnie to zapłonem. Zewnętrzne oględziny iskrownika nic nie wykazały. Po zdjęciu dekielka w środku sucho i czysto, krzywka nie ma luzów, przerwa w porządku. Po zdjęciu płytki przerywacza widać, że przyspieszacz jest w porządku i pewnie tkwi na wałku. Zapłon sam się przestawić nie mógł. Może to powtórka z rozrywki i obróciło się koło podwójne względem wału? Raz już ta nieprawdopodobna usterka mnie zaskoczyła. Motocykl na prawy bok, ściągam kapę i dekiel rozrządu. Tu wszystko w porządku. W szaleństwie przedwyjazdowym zapomniałem wsadzić do piórnika multimetru służącego do ustawiania zapłonu (ustalenie momentu rozwarcia przerywacza). Nie mam też ani kawałka przewodu. Przewód pozyskuję z instalacji motocykla (ten od gaszenia). Olek ma latarkę na baterie. Dwa kawałki przewodu pozbawione izolacji na końcach, kawałek kartonika jako izolator plus latarka i mamy przyrząd do ustawiania zapłonu. Olek pomaga, bo brakuje dwóch rąk. Zapłon ok, ale przy ruchu tłoka w górę niedaleko GMP słychać dziwne cyknięcie. Patrzymy jeszcze raz i teraz zapłon jest zdecydowanie za późny. Mam cię. Ściągam iskrownik i widzimy winowajcę. Poluzowała się nakrętka mocująca sprzęgiełko (mam sportową przystawkę), klinik się wyklepał i sprzęgiełko ma ogromny kątowy luz. Z zapasowego iskrownika pozyskuję klinik, skręcam porządnie. Teraz chwila prawdy. Silnik odpala za dotknięciem startera. Straciliśmy przez te zabawy półtorej godziny pięknej pogody. Trudno, nadrobi się w trasie :-)

Korzystając z luksusów wynikających z nocowania w hotelu zjadamy śniadanie. Można też porządnie umyć ręce po serwisie. Bagaż na motory i dzida. Dziś ładna pogoda, ale wieje baaardzo silny wiatr prosto w nos. Lecimy autostradą przebijając się przez góry. Wiatr i podjazdy przez wiele kilometrów wymuszają jazdę na niższych biegach. Trójka, a nawet dwójka i maksymalne otwarcie przepustnicy. Czasami wspomagam się ciężarówkami ciągnąc w ich "cieniu". Żeby było to efektywne trzeba jechać parę metrów za ruchomą ścianą. Oczywiście z bezpieczeństwem niewiele to ma wspólnego. Gdy ciężarówka przyhamuje, a zazwyczaj ma czym, mogę nie zdążyć zareagować. Trzeba sobie radzić niskimi biegami. I stało się. Na płaskim odcinku poczułem, że motor dość gwałtownie traci moc. Zjazd na parking. Pod skrzynią plama oleju. Cos się wydarzyło. Kopniak przekręca się z oporem. Rano olej był, teraz go nie ma, poza tym który widzę na asfalcie. Na szczęście olej mam. Po uzupełnieniu i wystygnięciu skrzyni wszystko wraca do normy. Starter kręci się normalnie. Silnik startuje - można jechać. Przy najbliższym tankowaniu plama oleju pod skrzynią. Dolewka 200ml, zakup oleju i dzida. Od tej pory stajemy co 100-150 kilometrów na dolanie ok. 200ml oleju. Trudno, na naprawę trzeba poczekać do powrotu. Na szczęście tempo wycieku nie zmienia się, a skrzynia pracuje poprawnie.
Mijamy Sofię, kończy się Bułgaria, lecimy przez Serbię. Drobne opady. Robi się chłodniej. Stajemy w tureckim barze na ciepły posiłek. Do wyboru były jeszcze bary na stacjach Łukoil i Gazprom. Brrrrr, okropność. Omijamy je szerokim łukiem. Postanowiliśmy, że gdyby nawet kończyło się paliwo, to na tych stacjach nasza noga nie postanie. Dwa razy musieliśmy w tego powodu zjechać z autostrady i tankować w pobliskich miejscowościach.
Zrobiło się ciemno. Późnym wieczorem przejeżdżamy przez Belgrad. Tym razem jest tu pusto. Dosłownie kilka aut. Cały czas na czwórce i pełny ogień. Tak samo jak my leci mały peleton śmieciarek. Wygląda, że zrobili sobie wyścigi. Te pokraczne stwory lecą 90+ i ledwo udaje się je wyprzedzić. Po dwudziestu minutach Belgrad już za nami.
Nocleg znajdujemy 60 kilometrów za Belgradem. Motocykle mają miejsce pod dachem, a my w ciepłym pokoju. Jest grzejnik!!! Olek odmawia zjedzenia kolacji, ja coś przegryzam, herbatka, ząbki i spać.
25.11 (piątek) 710 km
Rano rutynowo śniadanie, herabata do termosu, graty na bagażnik. Oczywiście zgodnie z nową rutyną dolewam oleju do skrzyni. Start. Do granicy z Węgrami 160 kilometrów - rzut beretem. Po drodze jedna dolewka i meldujemy się w kolejce do przejścia. Serbska strona migiem. Po węgierskiej sznur aut. Węgierscy mundurowi ruszają się jak muchy w smole. Przed nami może z 50 aut i dwie godziny. Czas płynie, a przed nami jeszcze długa droga. Szkoda dnia, ale cóż robić. Przepychamy motory po 2 metry. Na koniec dokumenty, kilka pytań i droga wolna. Olek zwleka. Co się dzieje? W kolejce stał na światłach i rozładował baterię. Podejmujemy nieudaną próbę zapalenia na pych. Dla jednej osoby pchającej (kierowna musi siedzieć w siodle) to ciężkie zadanie. Dopraszam do pomocy młodego chłopaka nudzącego się w kolejce w przeciwnym kierunku. We dwóch to co innego. Vulcan zaskakuje bez trudu. Już po zmroku mijamy Budapeszt i spadamy w boczne drogi przez Komarno. Zawsze to jakaś atrakcja po i przed autostradą. Na Słowacji stajemy na małe "conieco". Biorę knedle z gulaszem, a do picia kultową Cofolę :-) Olek ociąga się z zamówieniem. Nie jesz Oleś? To zależy jaki będziemy mieli dziś cel. No jaki? Oluś, dolatujemy do granicy i tam kimamy. A może dolecimy do domu? Wtedy nie ma co się najadać żeby zachować trzeźwość umysłu. Olku 700 kilometrów na dzień to wystarczająca dawka. Dalsze trzy stówy mogą być mocno niebezpieczne, tym bardziej, że robi się chłodno (jest ok. 2 stopni) i jest późny wieczór. Dolecielibyśmy nad ranem. No dobra nocleg w Cieszynie.
W Czechach roboty drogowe. W miasteczku tymczasowe pasy wyznaczone pachołkami. Kilka krzyżujących się i rozchodzących pasów ruchu. Popełniam błąd i wjeżdżam pod prąd. Na szczęście wszyscy jadą wolno. Auta z naprzeciwka stają żebyśmy mogli wyplątać się z trudnej sytuacji. Słabe oznaczenie czy zmęczenie? Dalej ruch przerzucany z pasa na pas, a na tej szykanie dylatacja. Przednie koło ucieka. Na szczęście uślizguje się tylko kawałek i po drugiej stronie dylatacji łapie przyczepność. Olek widząc co się dzieje zwalnia i pokonuje przeszkodę pod większym kątem unikając poślizgu. Równo o 00:00 docieramy do Cieszyna. Przez ebooking znajduję miejscówkę i po kilku minutach meldujemy się w hotelu. Jeszcze drobna zagadka ze światłem w przedpokoju, które pali się mimo że niczego nie naciskaliśmy, a nie umiemy znaleźć wyłącznika. Skończyło się wykręceniem żarówek. Rano recepcjonista powiedział, że to ostatnie unowocześnienie - włącznik na czujkę ruchu. Pochwalił za pomysł wykręcenia żarówek, bo goście skarżą się, że wystarczy poruszyć nogą w łóżku, a światło rozjaśnia pokój.
26.11 (sobota) 375 km
Śniadanie, herbata do termosu, pakowanie, dolewka oleju i dzida. Dość ciepło (5 stopni), za to lekka mżawka. Na wysokości Gliwic mżawka ustaje, ale temperatura znika, no może został jej kawałek, ale tylko jeden stopień. Na poboczach i parkingach śnieg. Jezdnia na szczęście czarna. Przed Piotrkowem pożegnanie. Olek leci na Łódź, ja na Księżyc. Staję na kawkę 100 kilometrów przed celem. Oczywiście dolewam oleju do skrzyni. Kopię i nic. Kopię i... Wykręcam świecę, a tu brak iskry. Kurczę już tak niedaleko. Zdejmuję dekielek iskrownika. Jedna z łapek blokujących płytkę przerywacza puściła i płytka żyje własnym życiem. W serwisie towarzyszy mi kierowca Tira z Białorusi Andriej. Niezwykle sympatyczny gość. Ma Jawę 350 i oczywiście czuje klimat starych motorów. Zazwyczaj uwagi gapiów denerwują mnie przy pracach serwisowych. Tym razem dobrze się bawimy we dwóch. Może podłożyć szajbkę? Poprawiam płytkę. Wkręcam świecę i silnik startuje od kopa. Pożegnanie z Andriejem.
Ostatni kawałek. Na Księżycu czeka niezawodny Krzych!!! Miło się wraca do domu. Motor zostaje w łoboorce. Należy mu się teraz solidny przegląd i naprawa tego i owego. Pęknięty bagażnik, przytarta skrzynia, rozkręcony amortyzator tylny, rozsypane łożysko zabieraka, luz główki, cieknący bak, urwane lusterko... może jeszcze coś się znajdzie.

rozsypane łożsko zabieraka, zabierak kiwał się, ale dociągnął do domu :-)
10 dni, 5685 kilometrów, przez większość dystansu utrzymywana duża prędkość (na autostradzie 90+) to trudny egzamin dla maszyny. Deszcz, niska temperatura, krótki dzień i jazda nocą to trudny egzamin dla jeźdźców. Egzamin zdaliśmy :-) Sam smak motocyklizmu. To co, w styczniu do Portugalii? Olo nie kuś. Pożyjemy zobaczymy.

u Olka przybyła naklejka TR, u mnie SRB

powitanie na Księżycu