Driving home for Christmas

Powrót do domu z Księżyca w ostatnim dniu przed świętami. Nucę sobie "Driving home for Christmas". To jeden z nielicznych hitów świątecznych, które nie tylko akceptuję, ale nawet lubię. Chris Rea odszedł wczoraj (RIP). Zrobiło się nostalgicznie.

Po drodze wpadłem odwiedzić kolegów w firmie, którą założyliśmy 30 lat temu. Zebrało się na wspomnienia. Zrobiło się nostalgicznie.

Około dwudziestej odpalam w kierunku domu. Jeszcze po południu było sucho. Temperatura, mała bo mała, ale była. Teraz znikła i czuć mrozek. Do tego na siodle zamarznięte grudki lodu. To samo na chodniku i asfalcie. Czyżby zapowiadało to "White Christmas"? Bing Crosby nie jest moim ulubionym autorem. W mieście zdecydowanie wolę suchy, czarny asfalt niż białą, bajkową szatę z dzwonkami sań na śniegu. 

Jadę w kierunku ekspresówki. Na wjeździe kontrolnie szuram podeszwą po nawierzchni żeby ocenić przyczepność. Oj, tarcia brak. To sprawka służb drogowych. Wyjechali i sypią solą. Niewielki opad śniegu w kontakcie z drogą, mającą dodatnią temperaturę, rozpuścił się i w połączeniu z solą dał śliską maź. Trzeba uważać. Na łuku stałe obroty, prędkość nie za duża. Trzeba wykorzystać maksymalnie resztki przyczepności. Na trasie nie było już tak groźnie. Test podeszwą pokazuje, że opony mają się czego trzymać. Tego się trzymajmy. Kawałek poleciałem nawet nieco ponad 100 km/h. Trzeba korzystać z okazji. Nie wiadomo co przyniosą najbliższe dni.

Nucę sobie "Driving home for Christmas"...