Zakopane
Nadeszła jesień. Po raz trzeci umawiamy się na "wypad do wód". Planowana trasa to powtórka zeszłorocznej. Start 19 paźdiernika we czwartek po południu. Nocleg u (baczność!) Wodza (spocznij) w Stokrotce. W piątek dojazd do Heviz. Sobotni poranek w leczniczym bajorku i początek powrotu z noclegiem gdzieś na pograniczu CZ i PL. Koniec imprezy w niedzielę. Tym razem skład przedstawia się następująco: Hirek (BMW 1200 Adventure), Olek (Kawasaki Vulcan), Jacek (Junak M10) i ja (Junak M10). Po dogłębnej analizie prognozy (poświęciłem na to 3 minuty w przerwie pomiędzy pilnymi zajęciami) wykoncypowałem, że we czwartek po południu ruszymy po suchym, w drodze nieco zmokniemy, a na dojeździe do Zakopanego wyschniemy. W piątek i sobotę na południu powinny panować letnie warunki, z temperaturą przekraczającą 20 stopni. Do niedzieli prognoza nie sięgała lecz nie spodziewałem się jakiś ciężkich warunków. Jeżeli miałyby być ciężkie, to przynajmniej niespodziewane :-)
Przygotowania do wypadu zaczęły się na dwa tygodnie przed startem. Czy można przygotowywać się przez tyle czasu? Ano można. Trzeba było zająć się złożonym tego lata motorem Jacka. Poprzednie 3 wypady kończyły się mniejszymi lub większymi "przycierkami". Do trzech razy sztuka i w końcu Jacenty doszedł do wniosku, że czwarte docieranie należy złożyć w ręce człowieka stabilnego emocjonalnie, uważnego, zrównoważonego, wsłuchującego się w maszynę i godnego największego zaufania... Ciekawe gdzie znajdzie takiego? No i znalazł. Wybór padł na mnie :-)
W Jackowym silniku wylądował trzeci z rzędu cylinder, aluminiowy rarytas z epoki, z trzecim tłokiem (tym razem Alien 2 szlif). Kto może łatwiej niż Jacek zmieniać zestawy jak rękawiczki? 5 października dostałem meldunek, że Junaczysko zostało odpalone. Zgodnie z umową nie siadł na niego, choć pewnie bardzo go kusiło, tylko wezwał mnie. Poleciałem po robocie do Osiecka. Zostawiłem mój motor, pogadaliśmy chwilę i wróciłem do domu Jackowym. Planowałem w kilka dni przejechać kilkaset kilometrów i oddać sprzęt właścicielowi gdy będę pewny, że tym razem nie uda mu się go zatrzeć. Szczęśliwym trafem w najbliższy weekend Czapter Krzyżacki zapraszał na spotkanie w Gaju. 440 km w obie strony to już dobry zadatek w procesie docierania. Wymiana oleju, ustawienie zaworów, kilka razy trasa do roboty, jakaś rundka w okolicach Nasielska i po sześciu dniach na liczniku przybyło 850 kilometrów. W ten sposób zakończyły się przygotowania do wyjazdu do wód. Teraz nawet tak rączy jeździec jak Jacek nie powinien zatrzeć rączego rumaka.
We czwartek po południu spotkaliśmy się z Jackiem na cepeenie pod Grójcem. Podczas krótkiego postoju dołączył do nas Hirek. Z Olkiem umówieni byliśmy w Starym Dworku w Nowym Mieście nad Pilicą. Coś ciepłego do picia, coś na ząb i lecimy do Zakopanego. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem będziemy mieli czas na kolację w stolicy polskich Tatr.

Spotkanie w Starym Dworku nad Pilicą. Humor dopisuje :-)

Po drodze wpadamy w strefę opadów. Deszcz niewielki, ale stroje przeciwdeszczowe przydają się. Jacenty zapomniał spodni. Zostały w sakwie hondy. Tak to jest gdy ma się do wyboru kilka motocykli. Na szczęście to twardy zawodnik. Nie narzeka tylko testuje nowo zakupione spodnie motocyklowe. Niestety ich membrana nie jest z Gore-Texu i po godzinie woda przenika do środka. Nic to, na szczęście im bardziej na południe tym cieplej, a pomiędzy Krakowem a Zakopanem deszcz kończy się. październik, a temperatura, mimo wieczornej pory, sięga 15 stopni.
Przed dwudziestą docieramy do Stokrotki. Wita nas zaskoczona (baczność!) żona Wodza (spocznij). On sam walczy na budowie. Zapowiedział nas na jutro :-) Gospodyni ze stoickim spokojem podchodzi do tej nieoczekiwanej zmiany planów. W kilka chwil już rozbieramy się z namoczonych ubrań i odmeldowujemy się ruszając w kierunku Krupówek na kolację. Dla mnie był to początek końca wyprawy. Podobno polskie dzieci niechęć do ruskich wysysają z mlekiem matki. W moim przypadku nie jest to niechęć absolutna. Ruskie pierogi należą do moich ulubionych dań. Tak przynajmniej było do tej pory. Tym razem coś nie wyszło. Strułem się szpetnie.
Ciężka noc i poranek. Rano dałem radę się zebrać i doczłapać do motocykla, ale na tym skończył się mój zasób sił. Posiedziałem kilkanaście minut na schodach i zrozumiałem, że jechać dziś nie dam rady. Moja propozycja żeby koledzy nie rezygnowali z pierwotnego planu spotkała się z ostrym protestem. Legia nie zostawia swoich!!! Udało się ich przekonać żeby nie marnowali dnia i gdzieś pojechali. Rzuciłem pomysł objechania Tatr, wdrapałem się na pięterko, zrzuciłem kurtkę, buciory i ... ocknąłem się po paru godzinach gdy niespokojna gospodyni uchyliła drzwi żeby sprawdzić jak się czuję. Okazało się, że nie czułem się. Starałem się ją uspokoić, ale z miny widziałem, że nie byłem wystarczająco przekonujący. Po tym krótkim przerywniku zapadłem w letarg.
W międzyczasie koledzy delektowali się widokami, pogodą i trasą. Odwiedzili Słowację, coś przekąsili i nienerwowo nawinęli na koła 160 kilometrów. Choć właściwie "nienerwowo" nie w pełni odpowiada rzeczywistości. W Jackowym Junaku pękła głowica. Stało się to około 30 kilometrów od Stokrotki. Kulejąc doczłapał się do bazy. Wódz poszperał w stercie junakowych rupieci i wyciągnął świeżo (tak ze 3 lata temu) zregenerowaną głowicę. Na szczęście była uzbrojona i gotowa do użycia. Montaż dokonany tam gdzie w zeszłym roku wymieniałem koło w skrzyni (jak tradycja, to tradycja) zajął niecałą godzinę.

Wieczorem moi towarzysze podróży powędrowali na kolację, a ja usilnie namawiany przez Małgosię zjadłem parę łyżek płatków kukurydzianych z mlekiem i poczułem, że kryzys mija. Co prawda do życiowej formy było jeszcze daleko, ale zacząłem realnie myśleć o powrocie na kołach.
W sobotę zebraliśmy się w miarę wcześnie i po serdecznych pożegnaniach ruszyliśmy w drogę powrotną. Pogoda była iście letnia. Malownicze boczne drogi, widoki, zakręty, zakręty... to coś co tygrysy lubią najbardziej. Podczas postoju na rynku w Wadowicach (tak, tak, kremówki były i puszczana przez megafony piosenka o górskich okolicach też) siedzieliśmy w upalnych promieniach słońca.

W okolicy Pradeł przy drodze krajowej 78 rozdzieliliśmy się. Olek i Hirek pognali głównymi drogami, a my z Jackiem, tak jak w zeszłym roku, doliną Pilicy. Nie będąc w życiowej formie robiłem postoje co 70 kilometrów. Siadałem na chodniku opierając się o budynek stacji benzynowej i czułem się jak po długim biegu. Zazwyczaj mam puls około 50, a wtedy serce pikało w tempie 120. Dziesięć minut odpoczynku i ruszaliśmy dalej. Od Końskich wpadliśmy w mgłę gęstą jak mleko. Jakim cudem udało się utrzymywać na drodze tego nie wiem. Za Grójcem widoczność spadła w rejony bliskie zera. Szyba kasku pokryta kroplami mgły z zewnątrz i parą od środka stała się kompletnie nieprzejrzysta. Po jej otworzeniu mgła osadziła się na okularach. Musiałem stanąć i pozbyć się ich, nie zważając na adnotację w prawie jazdy obligującą mnie do prowadzenia w okularach. Podczas tej operacji zgubiłem się Jackowi. Czekał na wlocie do Góry Kalwarii gdzie pożegnaliśmy się. Jeszcze 20 kilometrów i zmęczony, ale szczęśliwy zaparkowałem w garażu. Ostatnie metry do mieszkania pokonałem w komfortowej windzie (to zwykła winda w bloku, ale wydała mi się wtedy oazą spokoju). W lustrze zauważyłem jakiegoś dziwnego typka, tak na oko z dziesięć lat starszego ode mnie i parę kilo chudszego. Oprócz niego nikogo w tej windzie nie było. Gorąca herbata to wspaniałe zakończenie pełnego wrażeń dnia. Tym razem nie udało się zrealizować planu. Gorące wody muszą poczekać do przyszłego roku :-)
Przygotowania do wypadu zaczęły się na dwa tygodnie przed startem. Czy można przygotowywać się przez tyle czasu? Ano można. Trzeba było zająć się złożonym tego lata motorem Jacka. Poprzednie 3 wypady kończyły się mniejszymi lub większymi "przycierkami". Do trzech razy sztuka i w końcu Jacenty doszedł do wniosku, że czwarte docieranie należy złożyć w ręce człowieka stabilnego emocjonalnie, uważnego, zrównoważonego, wsłuchującego się w maszynę i godnego największego zaufania... Ciekawe gdzie znajdzie takiego? No i znalazł. Wybór padł na mnie :-)
W Jackowym silniku wylądował trzeci z rzędu cylinder, aluminiowy rarytas z epoki, z trzecim tłokiem (tym razem Alien 2 szlif). Kto może łatwiej niż Jacek zmieniać zestawy jak rękawiczki? 5 października dostałem meldunek, że Junaczysko zostało odpalone. Zgodnie z umową nie siadł na niego, choć pewnie bardzo go kusiło, tylko wezwał mnie. Poleciałem po robocie do Osiecka. Zostawiłem mój motor, pogadaliśmy chwilę i wróciłem do domu Jackowym. Planowałem w kilka dni przejechać kilkaset kilometrów i oddać sprzęt właścicielowi gdy będę pewny, że tym razem nie uda mu się go zatrzeć. Szczęśliwym trafem w najbliższy weekend Czapter Krzyżacki zapraszał na spotkanie w Gaju. 440 km w obie strony to już dobry zadatek w procesie docierania. Wymiana oleju, ustawienie zaworów, kilka razy trasa do roboty, jakaś rundka w okolicach Nasielska i po sześciu dniach na liczniku przybyło 850 kilometrów. W ten sposób zakończyły się przygotowania do wyjazdu do wód. Teraz nawet tak rączy jeździec jak Jacek nie powinien zatrzeć rączego rumaka.
We czwartek po południu spotkaliśmy się z Jackiem na cepeenie pod Grójcem. Podczas krótkiego postoju dołączył do nas Hirek. Z Olkiem umówieni byliśmy w Starym Dworku w Nowym Mieście nad Pilicą. Coś ciepłego do picia, coś na ząb i lecimy do Zakopanego. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem będziemy mieli czas na kolację w stolicy polskich Tatr.

Spotkanie w Starym Dworku nad Pilicą. Humor dopisuje :-)

Po drodze wpadamy w strefę opadów. Deszcz niewielki, ale stroje przeciwdeszczowe przydają się. Jacenty zapomniał spodni. Zostały w sakwie hondy. Tak to jest gdy ma się do wyboru kilka motocykli. Na szczęście to twardy zawodnik. Nie narzeka tylko testuje nowo zakupione spodnie motocyklowe. Niestety ich membrana nie jest z Gore-Texu i po godzinie woda przenika do środka. Nic to, na szczęście im bardziej na południe tym cieplej, a pomiędzy Krakowem a Zakopanem deszcz kończy się. październik, a temperatura, mimo wieczornej pory, sięga 15 stopni.
Przed dwudziestą docieramy do Stokrotki. Wita nas zaskoczona (baczność!) żona Wodza (spocznij). On sam walczy na budowie. Zapowiedział nas na jutro :-) Gospodyni ze stoickim spokojem podchodzi do tej nieoczekiwanej zmiany planów. W kilka chwil już rozbieramy się z namoczonych ubrań i odmeldowujemy się ruszając w kierunku Krupówek na kolację. Dla mnie był to początek końca wyprawy. Podobno polskie dzieci niechęć do ruskich wysysają z mlekiem matki. W moim przypadku nie jest to niechęć absolutna. Ruskie pierogi należą do moich ulubionych dań. Tak przynajmniej było do tej pory. Tym razem coś nie wyszło. Strułem się szpetnie.
Ciężka noc i poranek. Rano dałem radę się zebrać i doczłapać do motocykla, ale na tym skończył się mój zasób sił. Posiedziałem kilkanaście minut na schodach i zrozumiałem, że jechać dziś nie dam rady. Moja propozycja żeby koledzy nie rezygnowali z pierwotnego planu spotkała się z ostrym protestem. Legia nie zostawia swoich!!! Udało się ich przekonać żeby nie marnowali dnia i gdzieś pojechali. Rzuciłem pomysł objechania Tatr, wdrapałem się na pięterko, zrzuciłem kurtkę, buciory i ... ocknąłem się po paru godzinach gdy niespokojna gospodyni uchyliła drzwi żeby sprawdzić jak się czuję. Okazało się, że nie czułem się. Starałem się ją uspokoić, ale z miny widziałem, że nie byłem wystarczająco przekonujący. Po tym krótkim przerywniku zapadłem w letarg.
W międzyczasie koledzy delektowali się widokami, pogodą i trasą. Odwiedzili Słowację, coś przekąsili i nienerwowo nawinęli na koła 160 kilometrów. Choć właściwie "nienerwowo" nie w pełni odpowiada rzeczywistości. W Jackowym Junaku pękła głowica. Stało się to około 30 kilometrów od Stokrotki. Kulejąc doczłapał się do bazy. Wódz poszperał w stercie junakowych rupieci i wyciągnął świeżo (tak ze 3 lata temu) zregenerowaną głowicę. Na szczęście była uzbrojona i gotowa do użycia. Montaż dokonany tam gdzie w zeszłym roku wymieniałem koło w skrzyni (jak tradycja, to tradycja) zajął niecałą godzinę.

Wieczorem moi towarzysze podróży powędrowali na kolację, a ja usilnie namawiany przez Małgosię zjadłem parę łyżek płatków kukurydzianych z mlekiem i poczułem, że kryzys mija. Co prawda do życiowej formy było jeszcze daleko, ale zacząłem realnie myśleć o powrocie na kołach.
W sobotę zebraliśmy się w miarę wcześnie i po serdecznych pożegnaniach ruszyliśmy w drogę powrotną. Pogoda była iście letnia. Malownicze boczne drogi, widoki, zakręty, zakręty... to coś co tygrysy lubią najbardziej. Podczas postoju na rynku w Wadowicach (tak, tak, kremówki były i puszczana przez megafony piosenka o górskich okolicach też) siedzieliśmy w upalnych promieniach słońca.

W okolicy Pradeł przy drodze krajowej 78 rozdzieliliśmy się. Olek i Hirek pognali głównymi drogami, a my z Jackiem, tak jak w zeszłym roku, doliną Pilicy. Nie będąc w życiowej formie robiłem postoje co 70 kilometrów. Siadałem na chodniku opierając się o budynek stacji benzynowej i czułem się jak po długim biegu. Zazwyczaj mam puls około 50, a wtedy serce pikało w tempie 120. Dziesięć minut odpoczynku i ruszaliśmy dalej. Od Końskich wpadliśmy w mgłę gęstą jak mleko. Jakim cudem udało się utrzymywać na drodze tego nie wiem. Za Grójcem widoczność spadła w rejony bliskie zera. Szyba kasku pokryta kroplami mgły z zewnątrz i parą od środka stała się kompletnie nieprzejrzysta. Po jej otworzeniu mgła osadziła się na okularach. Musiałem stanąć i pozbyć się ich, nie zważając na adnotację w prawie jazdy obligującą mnie do prowadzenia w okularach. Podczas tej operacji zgubiłem się Jackowi. Czekał na wlocie do Góry Kalwarii gdzie pożegnaliśmy się. Jeszcze 20 kilometrów i zmęczony, ale szczęśliwy zaparkowałem w garażu. Ostatnie metry do mieszkania pokonałem w komfortowej windzie (to zwykła winda w bloku, ale wydała mi się wtedy oazą spokoju). W lustrze zauważyłem jakiegoś dziwnego typka, tak na oko z dziesięć lat starszego ode mnie i parę kilo chudszego. Oprócz niego nikogo w tej windzie nie było. Gorąca herbata to wspaniałe zakończenie pełnego wrażeń dnia. Tym razem nie udało się zrealizować planu. Gorące wody muszą poczekać do przyszłego roku :-)