ostatki
20 grudnia - kończy się jesień, niebawem skończy się rok, a sezon motocyklowy w pełni. O 6:30 rano zbieram się i ruszam do Piotrkowa Trybunalskiego do pracy. Klawy dzień. Na termometrze +4 stopnie, przede mną 140 km w siodle, perspektywa przyjemnego dnia w pracy (dziś będę działał z niezwykle kontaktowymi i sympatycznymi ludźmi, co zawsze czyni pracę miłą), potem 160 km powrotnej trasy i dzień zakończy się spotkaniem z Kamratami na biwaczku nad Wisłą. Trzeba czegoś więcej?
Sucha jezdnia, mały ruch, bak zatankowany pod korek, w brzuchu kubek gorącej herbaty, na grzbiecie ciepłe ciuchy. Na dodatek w słuchawkach ciekawy audiobook. Można lecieć i cieszyć sie jazdą. 140 kilometrów przejechałem w półtorej godziny. Daje to średnią 93 km/h. Jakaż to różnica w stosunku do ślimaczego tempa z ostatniej trasy gdy zapadnięte gniazdo w głowicy ograniczało prędkość maksymalną do 80-85 km/h. Teraz silnik i ja oddychamy pełną piersią.
Pracę kończę o 16 i ruszam w drogę powrotną. O tej porze roku to już ciemna noc, ale za to temperatura jeszcze się podniosła. Na mijanych tablicach wyświetla się 10 st. C. Po drodze krótka przerwa na Orlenie na tankowanie, kawę i ciepłą kanapkę. Dzwonię do Krzycha. W słuchawce radosny głos Kamrata. Od godziny są już z Muzykiem na miejscu. Rozbili biwak, zapalili ognisko i teraz grzeją się i ucztują przy jego blasku. Gdzie dokładnie jesteście? Za Secyminem szukaj Betonki. To miejsce po starej przeprawie promowej przez Wisłę. Stamtąd kilometr w górę rzeki. Czekamy.

Jestem przy "przystani" promu. Dzwonię do Krzycha. Zauważył moje światła i z daleka macha latarką. Po chwili serdeczne uściski. Wita mnie ekipa powiększona o Loczka i PawłaZ. Ależ tu pięknie! Biwak na niskiej skarpie, kilkadziesiąt merów piasku i w oddali połyskuje Wisła. Na drugim brzegu pojedyncze światła zabudowań. Na niebie widać nawet Drogę Mleczną, nie mówiąc o wszelkiej maści wozach, orionach i innych atrakcjach. Dostaję w garść menażkę z pysznymi flakami. Mniam.
Grzejemy się przy ogniu. Muzyk przypala cygaro i wyciąga wódkę na myszach. Długo w noc ciągną się opowieści. Nie ma lepiej. Krzych z Muzykiem powędrowali do rzeki żeby umyć kociołek. Biegnę za nimi. Udało się pokonanie po ciemku stromej skarpy, choć dwa razy urwał mi się grunt pod nogami, a na zakończenie wylądowałem w kolczastych krzakach. W tym czasie Muzyk zdążył wpaść do wody, na szczęście tylko jedną nogą, ale za to do kolana, a Krzych umył kociołek. Stoimy chwilę na samym brzegu. Gdzieś niedaleko odezwało się jakieś ptaszysko, za rzeką słychać poszczekiwania psów. Cisza, spokój, a to tak niedaleko od miejskiego zgiełku.
Teraz czas na kiełbasę z ogniska oraz na suszenie tego co zamokło.
Przed pierwszą rozwijam norkę i pakuję się do śpiwora.

Rano zbieramy się niespiesznieeeee. Tylko Loczek musiał odpalić wcześniej. Za to Muzyk swoim zwyczajem chrapał smacznie do dziesiątej :-)
Śniadanko, kubek gorącej herbaty, graty do sakw i jesteśmy gotowi do powrotu. Dla podkreślenia radosnego nastroju wyszło słońce. Czy można lepiej pożegnać jesień i sezon motocyklowy? Nie ma lepiej. To sam smak motocyklizmu.


Sucha jezdnia, mały ruch, bak zatankowany pod korek, w brzuchu kubek gorącej herbaty, na grzbiecie ciepłe ciuchy. Na dodatek w słuchawkach ciekawy audiobook. Można lecieć i cieszyć sie jazdą. 140 kilometrów przejechałem w półtorej godziny. Daje to średnią 93 km/h. Jakaż to różnica w stosunku do ślimaczego tempa z ostatniej trasy gdy zapadnięte gniazdo w głowicy ograniczało prędkość maksymalną do 80-85 km/h. Teraz silnik i ja oddychamy pełną piersią.
Pracę kończę o 16 i ruszam w drogę powrotną. O tej porze roku to już ciemna noc, ale za to temperatura jeszcze się podniosła. Na mijanych tablicach wyświetla się 10 st. C. Po drodze krótka przerwa na Orlenie na tankowanie, kawę i ciepłą kanapkę. Dzwonię do Krzycha. W słuchawce radosny głos Kamrata. Od godziny są już z Muzykiem na miejscu. Rozbili biwak, zapalili ognisko i teraz grzeją się i ucztują przy jego blasku. Gdzie dokładnie jesteście? Za Secyminem szukaj Betonki. To miejsce po starej przeprawie promowej przez Wisłę. Stamtąd kilometr w górę rzeki. Czekamy.

Jestem przy "przystani" promu. Dzwonię do Krzycha. Zauważył moje światła i z daleka macha latarką. Po chwili serdeczne uściski. Wita mnie ekipa powiększona o Loczka i PawłaZ. Ależ tu pięknie! Biwak na niskiej skarpie, kilkadziesiąt merów piasku i w oddali połyskuje Wisła. Na drugim brzegu pojedyncze światła zabudowań. Na niebie widać nawet Drogę Mleczną, nie mówiąc o wszelkiej maści wozach, orionach i innych atrakcjach. Dostaję w garść menażkę z pysznymi flakami. Mniam.
Grzejemy się przy ogniu. Muzyk przypala cygaro i wyciąga wódkę na myszach. Długo w noc ciągną się opowieści. Nie ma lepiej. Krzych z Muzykiem powędrowali do rzeki żeby umyć kociołek. Biegnę za nimi. Udało się pokonanie po ciemku stromej skarpy, choć dwa razy urwał mi się grunt pod nogami, a na zakończenie wylądowałem w kolczastych krzakach. W tym czasie Muzyk zdążył wpaść do wody, na szczęście tylko jedną nogą, ale za to do kolana, a Krzych umył kociołek. Stoimy chwilę na samym brzegu. Gdzieś niedaleko odezwało się jakieś ptaszysko, za rzeką słychać poszczekiwania psów. Cisza, spokój, a to tak niedaleko od miejskiego zgiełku.
Teraz czas na kiełbasę z ogniska oraz na suszenie tego co zamokło.
Przed pierwszą rozwijam norkę i pakuję się do śpiwora.

Rano zbieramy się niespiesznieeeee. Tylko Loczek musiał odpalić wcześniej. Za to Muzyk swoim zwyczajem chrapał smacznie do dziesiątej :-)
Śniadanko, kubek gorącej herbaty, graty do sakw i jesteśmy gotowi do powrotu. Dla podkreślenia radosnego nastroju wyszło słońce. Czy można lepiej pożegnać jesień i sezon motocyklowy? Nie ma lepiej. To sam smak motocyklizmu.

