dzień 6: gdzieś nad Bohem
Rano kawka na juwelku, zwijanie obozu, pakowanko i w drogę. Wczoraj ujechało się malutko dziś trzeba podciągnąć. Krym czeka. Gdzieś w drodze...

...radość z jazdy...

Wybierałem boczne drogi w atlasie zaznaczone na żółto. No i razu pewnego zrobiło się żółto...

Na jakieś 30km asfalt znikł. To znaczy początkowo nie znikł tylko pojawił się znak informujący o robotach drogowych. Potem tuman kurzu i spychacz pracowicie spychający w co głębsze dziury coś co kiedyś było asfaltem. Po nim napatoczyłem się na ekipę czterech drogowców opartych o przyczepę. Uzbrojeni byli w trzy łopaty i niewyczerpany zapas... stoickiego spokoju. Ktoś ich rzucił na 30km odcinek. Oni zamiast targnąć się na linę żeby skrócić sobie męki spokojnie ćmili papierosy i wydawali się pogodzeni z losem. Do Euro2012 dadzą radę ;-)
A w wioskach kwitły i PACHNIAŁY jaśminy. Nie ma piękniejszego zapachu :-)))

W połowie dnia bonus w postaci autostrady Kijów - Odessa. Czterysta kilometrów z hakiem całkiem, całkiem szlaku. Mnie nawet wprowadzone tam ograniczenie do 110km/h nie było w stanie odebrać radości z jazdy. Tym bardziej, że ja tylko 90'tką i tylko 60km.

Ciekawostką może być to, że na tej autostradzie były przystanki autobusowe oraz zawrotki. Umożliwiały one między innymi dojazd do rzędu bud z mydłem i powidłem rozstawionych czasami z jednej czasami z drugiej strony.
W Polsce w tym czasie przechodziła druga fala powodzi. Tam przyroda też nie żartowała.

Na tej stacji przeczekując burzę napotkałem trzy kobiety. Szefowa "kofie baru" (tak na oko 120kg) w kwiecie wieku (tak na oko 40lat) uwielbiała "bajkierów". Na dowód pokazywała fotki na komórce z jakiejś moto-imprezki. Na tyle ich uwielbiała (w tym o zgrozo mnie), że poszukiwała wśród nich męża. Gdy się dowiedziała, że nie jestem wolnego stanu pytała czy nie ma wśród Was Kamraci wolnych i chętnych. Gdyby byli chętnie służę namiarami na tę... stację. Oprócz niej w barze siedziała jej siostra i córka siostry Marina (tak na oko 18lat). Ta o dziwo nie była podobna do rodzinki :-) Ubrana nader skromnie (to znaczy wyzywająco) kleiła się do wszystkich, a w tym do jedynego dostępnego bajkera. Błędem było postawienie jej piwa, bo od tego momentu jej oczekiwania wyraźnie wzrosły tak, że w efekcie siłą musiałem ściągać ją z siodełka gdyż inaczej skłonna była mi towarzyszyć w dalszej drodze. Zdjęć na wszelki wypadek nie robiłem, żeby nie podpaść w domu.
W końcu szczęśliwie samotnie dotarłem do miejsca na nocleg. Wysoki brzeg rzeki Boh, w dali rozległa dolina, jakieś kwitnące i PACHNĄCE krzaki i kwiatki, miejsce nie na jeden namiot, a na całą bazę... coś dla tygrysów...


...i tam założyłem obóz, z którego następnego dnia miałem przypuścić atak na Krym!!!

Ta sielanka nazajutrz po nocnej burzy przekształciła się w pułapkę. Gleba to był glino-less. Buty zapadały się po kostki, a koła po bębny. 200m do szosy zajęło 20 minut. Motocykl na jedynce, kierowca obok pchający i brodzący w błocie... ale dało radę.
>> dzień 7

...radość z jazdy...

Wybierałem boczne drogi w atlasie zaznaczone na żółto. No i razu pewnego zrobiło się żółto...

Na jakieś 30km asfalt znikł. To znaczy początkowo nie znikł tylko pojawił się znak informujący o robotach drogowych. Potem tuman kurzu i spychacz pracowicie spychający w co głębsze dziury coś co kiedyś było asfaltem. Po nim napatoczyłem się na ekipę czterech drogowców opartych o przyczepę. Uzbrojeni byli w trzy łopaty i niewyczerpany zapas... stoickiego spokoju. Ktoś ich rzucił na 30km odcinek. Oni zamiast targnąć się na linę żeby skrócić sobie męki spokojnie ćmili papierosy i wydawali się pogodzeni z losem. Do Euro2012 dadzą radę ;-)
A w wioskach kwitły i PACHNIAŁY jaśminy. Nie ma piękniejszego zapachu :-)))

W połowie dnia bonus w postaci autostrady Kijów - Odessa. Czterysta kilometrów z hakiem całkiem, całkiem szlaku. Mnie nawet wprowadzone tam ograniczenie do 110km/h nie było w stanie odebrać radości z jazdy. Tym bardziej, że ja tylko 90'tką i tylko 60km.

Ciekawostką może być to, że na tej autostradzie były przystanki autobusowe oraz zawrotki. Umożliwiały one między innymi dojazd do rzędu bud z mydłem i powidłem rozstawionych czasami z jednej czasami z drugiej strony.
W Polsce w tym czasie przechodziła druga fala powodzi. Tam przyroda też nie żartowała.

Na tej stacji przeczekując burzę napotkałem trzy kobiety. Szefowa "kofie baru" (tak na oko 120kg) w kwiecie wieku (tak na oko 40lat) uwielbiała "bajkierów". Na dowód pokazywała fotki na komórce z jakiejś moto-imprezki. Na tyle ich uwielbiała (w tym o zgrozo mnie), że poszukiwała wśród nich męża. Gdy się dowiedziała, że nie jestem wolnego stanu pytała czy nie ma wśród Was Kamraci wolnych i chętnych. Gdyby byli chętnie służę namiarami na tę... stację. Oprócz niej w barze siedziała jej siostra i córka siostry Marina (tak na oko 18lat). Ta o dziwo nie była podobna do rodzinki :-) Ubrana nader skromnie (to znaczy wyzywająco) kleiła się do wszystkich, a w tym do jedynego dostępnego bajkera. Błędem było postawienie jej piwa, bo od tego momentu jej oczekiwania wyraźnie wzrosły tak, że w efekcie siłą musiałem ściągać ją z siodełka gdyż inaczej skłonna była mi towarzyszyć w dalszej drodze. Zdjęć na wszelki wypadek nie robiłem, żeby nie podpaść w domu.
W końcu szczęśliwie samotnie dotarłem do miejsca na nocleg. Wysoki brzeg rzeki Boh, w dali rozległa dolina, jakieś kwitnące i PACHNĄCE krzaki i kwiatki, miejsce nie na jeden namiot, a na całą bazę... coś dla tygrysów...


...i tam założyłem obóz, z którego następnego dnia miałem przypuścić atak na Krym!!!

Ta sielanka nazajutrz po nocnej burzy przekształciła się w pułapkę. Gleba to był glino-less. Buty zapadały się po kostki, a koła po bębny. 200m do szosy zajęło 20 minut. Motocykl na jedynce, kierowca obok pchający i brodzący w błocie... ale dało radę.
>> dzień 7