pierwszy zimowy incydent

Od czterech dni mam przerwę w jeździe motorem ze względu na pierwszy tej jesieni zimowy incydent. We środę wracając z Księżyca poślizgnąłem się. Temperatura około zera, na szczęście po dodatniej stronie. Lekka mżawka. Po pracy ruszyłem w kierunku domu. Snopek światła z reflektora ledwo przebijał się przez ciemności i zawieszone w powietrzu kropelki wody. O 21 ruch powinien być mały, jednak paskudna pogoda sprawiła, że wiele osób nie chcąc korzystać z komunikacji wybrało zaciszne wnętrze własnego auta. Przebijałem się pomiędzy nimi dość intensywnie. Jednemu z kierowców to się nie spodobało. Wolno przemieszczając się w sznurze innych samochodów pilnie dbał żeby nie pozostawić miejsca zmarzniętemu i zmokniętemu motocykliście. Naraz gwałtownie przyhamował zmuszając mnie do takiego manewru. Przednie koło wyjechało spode mnie. Na szczęście prędkość była znikoma, więc w utrzymaniu równowagi pomogłem sobie nogami. Co by było gdyby prędkość była większa? Niby lekki plus, niby tylko mżawka, a zrobiło się ślisko. W głowie błysnęła czerwona lampka ostrzegawcza.

Przez lata wyrobiłem w sobie zdolność ignorowania takich lampek. Błysnęła? Może tylko mi się zdawało? Wieczorem spojrzałem na prognozę pogody. Na czwartek i piątek zapowiadali przymrozki i opady śniegu. Lampka zaczęła świecić na stałe. Idąc na poranny spacer z psem szybko straciłem go z oczu. Biały zwierz nieźle maskował się na białym tle. Trudno, odstawiam motor.

Na szczęście już w weekend pojawiła się lepsza prognoza. W poniedziałek ma być +7 stopni! Koniec przerwy. Jak tam lampka? Lepiej nie patrzeć :-)


jesienne reminiscencje