Mirasiopiwsko 2025

Jacek zadzwonił i zaproponował weekend z motorami. Piotruś, może byśmy polecieli gdzieś we dwóch? Wieczór pod gwiazdami przy ognisku nad jeziorem, boczne drogi wśród lasów... Potem koncepcja nieco mu się zmieniła i zaczął skłaniać się ku opcji wzięcia udziału w corocznej imprezie organizowanej przez Mirasia, o wdzięcznej nazwie "Mirasiopiwsko". Baza noclegowa to karczma "Pod Złotą Rybką", baza żywieniowa to rzeczone rybki (obiad) i grill (kolacja), baza napojowa to rzeczone piwsko, a klimaty motocyklowe to nocne rozmowy przy grillu i dzienne wycieczki po okolicy pod przewodnictwem Mirasia. Piwa i grilla nie lubię. Mirasia, wycieczki i klimaty motocyklowe lubię bardzo. W kalkulacji za i przeciw wyszło 3 do 2. Ognisko nad jeziorem, cisza i spokój mazurskich lasów muszą poczekać na kolejną okazję.

Impreza zaczęła się już we czwartek, my postanowiliśmy dołączyć w piątek wieczorem. W planach spotkanie o 12 na Księżycu, przelot autostradą w kierunku Łodzi, potem kawałek na Katowice i S8. Na zakończenie piątku wspólny wieczór przy grillu. W sobotę odwiedzenie okolicznych atrakcji i powrót w niedzielę wczesnym popołudniem, tak żebym zdążył na urodziny wnuczki.

Plany są po to żeby było co zmieniać. Sławek postanowił odprowadzić nas kawałek. Pasowała mu trasa przez Piotrków. Porzucamy zatem autostradę na rzecz ekspresówki S8, i dalej krajówką przez Bełchatów na Wieluń, gdzie znowu wpadniemy na S8. Godzina startu przesunęła się z 12 na 15. Jacek nie mógł wyrwać się z warsztatu. Już siadł na motor gdy wpadł gość pragnący zmierzyć wał. Kolejna próba została przerwana wizytą gości odbierających cylindry. Ktoś tam jeszcze przyczynił się, ale nie pamiętam kto i z czym. Sławek dzwonił kilka razy dopytując o aktualną sytuację. W końcu Jacenty wyrwał się z Osiecka i szybkim przerzutem dotarł na Księżyc. Sławku startujemy. Ok, czekam na BP przy zjeździe na Komorów. Palimy wrotki i dzida.

Sławek niedawno złożył swojego Junaka przy dużym zaangażowaniu Jacka. Zaangażowanie było tak duże, że projekt przeciąąąągnął się jak jak niedźwiedź grizzly po zimowej drzemce. Od wiosny intensywnie docierany zbliża się do życiowej formy. Spotkaliśmy się zgodnie z umową na BP. Po serii prób z dyszą główną Sławek uznał, że nadszedł czas na ostrzejszą jazdę. Jaki limit prędkości? No limit :-) Z Jacentym dobraliśmy paliwo pod korek i ogień na tłoki. Początkowo prowadził Sławek. Po wjeździe na S8 kiwnął ręką żebym przejął rolę sztajera. Biorąc pod uwagę, że było już po 16, a do celu mieliśmy ponad 400 km, przyjąłem prędkość 95-100 km/h. W naszym przypadku powiedzenie "Junakiem szybciej niż na piechotę, ale wolniej niż PKS'em" nie miało zastosowania, przynajmniej tak się początkowo wydawało. Na wysokości Babska na chwilę lekko się rozkojarzyłem, a gdy po chwili rzuciłem okiem w lustro kolegów nie było. Zjechałem do zatoczki, jedynego bezpiecznego miejsca od Rawy po Tomaszów. Znam to miejsce, bo 12 lat temu moja żoneczka i córeczka porwały stąd psa. Jechały autem i wydawało się im, że potrąciły błąkającego się po drodze zwierza. Zatrzymały się w tej zatoczce pozostawiwszy otwarte drzwi auta i poszły szukać ofiary. Tymczasem nieziemsko brudna i zawszona niedoszła ofiara sama wlazła do auta i obecnie jest naszym domownikiem.

Dość wspomnień. Łapię za telefon. Gdzie jesteście? Co się stało? Przyłapał tłok? Będzie jechał? Mam czekać tu gdzie jestem? Ok, czekam. Po dziesięciu minutach pojawił się Jacenty, a po dalszych kilku Sławek, który postanowił zawrócić i bez szaleństw jechać do domu. Czekał na niego syn Bartek (też szczęśliwy junakowiec) z przygotowanym autem i przyczepą motocyklową. Jak się okazało powrót odbył się bez przygód, ale wg wspomnianego powiedzenia "Junakiem szybciej niż na piechotę, ale wolniej niż PKS'em".

O dalszej drodze nie ma właściwie co pisać. Udało mi się trzymać +95 km/h, a podczas wyprzedzania ciężarówek nawet 110 km/h. Honda Jacka oczywiście przy tej prędkości pracowała w komfortowych warunkach, jednak dla Junaka na dystansie 300 km było to pewnym wyzwaniem. Raz zatrzymaliśmy się na posiłek i wtedy właśnie przetoczyła się nad nami gwałtowna, choć krótkotrwała ulewa. Mimo niepewnej pogody w trasie uniknęliśmy deszczu.

Taka nudnawa jazda może wpłynąć na osłabienie koncentracji. Skoro może to zazwyczaj wpływa. Tak było i tym razem. Na łuku wiaduktu łączącego S8 z A1 Jacuś zaniepokoił się, że zamiast skręcić na Łódź, jak podpowiadała jego nawigacja, poleciałem w lewo na Katowice. Zaczął pokazywać ręką właściwy wg niego kierunek i bezwiednie wyprostował tor jazdy. Już po sekundzie wyniosło go pod barierkę i prawy krawężnik. Nie bardzo miałem czas się wystraszyć, bo po pierwsze oglądając się na niego sam znalazłem się w pobliżu prawego skraju drogi i musiałem skoncentrować się na wepchnięciu w zakręt naciskając dość silnie kierownicę w przeciwskręcie. Po drugie mój towarzysz też dzielnie napierał na lewy uchwyt kiery czym sprawnie się wybronił i już było po strachu. Przez kilka minut bawiłem się myślą co odpowiedziałbym Wandzie na pytanie gdzie Jacek, gdyby sytuacja rozwinęła się inaczej. Chyba najwłaściwszą odpowiedzią byłoby "A, gdzieś poleciał!" Brrr, po co takie myśli? Jacek też musiał mieć nieco podbite tętno, bo na najbliższym postoju sam nawiązał do tego zdarzenia mówiąc, że bez wielkich emocji wepchnął krasulę na właściwy tor, ale zapamiętał charakterystyczny zapach rozgrzanej gumy, gdy przednie koło tarło o krawężnik. I choć twierdził, że wszystko było bez nerwów i pod kontrolą, jeszcze kilka razy wracał do tematu. Musiało być blisko.

Na miejscu czekał na nas Łyżwa, kumpel Jacentego ze Szczecina. Przyleciał na zabytkowym BMW R80RT. Co działo się na Mirasiopiwsku pozostaje na Mirasiopiwsku. Wspomnę nieco o sobotniej wycieczce. Nie pojechaliśmy z resztą ekipy tylko we trzech wybraliśmy się do zamku Książ. Zazwyczaj wolę jazdę i omijam zwiedzanie. Dostosowałem się jednak do naszej mikro grupy i nie żałuję. Mieli rozmach, fantazję, sporo frajerów, którzy na nich pracowali i zamek wyrychtowali spektakularny. Położony jest w bajkowym miejscu. Na dodatek dla zwiększenia atrakcji organizacja Todta (utworzona w 1938 roku w nazistowskich Niemczech, której zadaniem była budowa obiektów wojskowych) wybudowała pod zamkiem sieć tuneli i komór, które miały pomieścić fabryki zbrojeniowe. Zrobili to z rozmachem, a teraz jest co pokazywać. Bilety trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Na stronie internetowej były dostępne na sierpień.

Kolejnym punktem programu był fragment kompleksu Reise. To kolejne podziemne (podgórskie?) tunele, których w okolicy niemczury wyryły kilka. Mieli skubańcy reichsmarki (niewiele warte na światowych rynkach, ale kto by się tym przejmował), wiarę w wodza, karabiny i nieszczęsnych więźniów zmuszanych do pracy. To co zobaczyliśmy nie nastrajało optymistycznie do antenatów naszych zachodnich sąsiadów. Żeby jakoś odreagować wstąpiliśmy na obiad. Zazwyczaj Jacenty w wyniku takiej akcji narzeka. Ma na to dwa sposoby. Jak idziemy do zwykłej, popularnej knajpy, najczęściej porcje są obfite. Narzeka więc, że się opchał za bardzo. Ale jest młody więc jakoś jego organizm sobie z tym radzi. Gdy idziemy do eleganckiej restauracji (tak było tym razem) narzeka, że porcje są małe. Z dwojga złego ta druga opcja jest lepsza i nie obciąża młodego organizmu. Łyżwa nie narzekał, przynajmniej nie podczas posiłku. Narzekał natomiast na mój styl jazdy. Czy słusznie? Zdarzyło się kilka razy, że wyprzedzałem na podwójnej ciągłej i to na zakręcie pod górę. Ale przecież to nie moja wina, że jezdnie dwukierunkowe rozdzielane są podwójną ciągłą. Moim zdaniem wystarczyłaby pojedyncza. Na dodatek w takich miejscach wyprzedza się najlepiej, bo kierowca wyprzedzanego pojazdu najmniej spodziewa się wtedy takiego manewru. Mam rację? Nie spodobało mu się również ignorowanie czerwonego światła na króciutkim odcinku drogi z wahadłowym ruchem. A przecież to był bardzo krótki odcinek. No, po pewnym zastanowieniu musiałem mu przyznać rację, ale zrobiłem to pod presją, a to się nie liczy!

Ostatnią atrakcją był zamek Grodno. Zajechaliśmy na parking leśny. Stamtąd do zamku jest około kilometra. Przed wjechaniem na górę leśną drogą powstrzymał nas znak zakazu ruchu. Jacek miał już do czynienia z takim znakiem i strzegącą go ukrytą kamerą. Nauka nie idzie w las. Tym razem jednak los chciał inaczej. Gdy staliśmy dyskutując co robić dalej podszedł pan, który jak się okazało jest przewodnikiem na zamku. Powiedział, że możemy jechać (byle na rozwidleniu wybrać lewą odnogę) mówiąc, że udajemy się na uzgodnienia w sprawie noclegu w znajdującym się w zamku hotelu. Niezły trik. Jak tak, to tak. W ferworze walki zapomniałem, że mój rumak nie posiada efektywnych hamulców. Wjechać się udało, choć łatwo nie było. Na górze pogapiliśmy się na zamek. Widać, że właściciele nie mieli tyle środków, co rodzinka z zamku Książ.

Główną atrakcją nieoczekiwanie okazał się pan handlujący miodem pitnym na straganie u stóp zamku. Kilka miesięcy temu przyjechał z Ukrainy. Mieszkał tam z siostrą w Ługańsku. Ze względów patriotycznych i emocjonalnych nie przyjął ruskiego paszportu. Gdy w końcu zdecydowali się na wyjazd musieli kilkanaście dni spędzić w więzieniu na tak zwanej filtracji. Ukryte w majtkach 11.000 USD przeszło w ręce rosyjskich żołnierzy. Jednak wbrew temu co mogłoby się wydawać nie zostali pobici, zabici, ani ograbieni. Gdy wypuszczono ich na wolność gotówkę odzyskali. Przez Moskwę trafił do Mińska. Stamtąd chciał dostać się do Polski przez Brześć. Ze względu na nieaktualny paszport to się nie udało. Blisko roczna epopeja z mieszkaniem we Lwowie i podróżami do Charkowa w celu załatwienia dokumentów w końcu przyniosła efekt. Ile z majtkowego kapitału poszło na ten cel nie pytaliśmy. Gość po kilku miesiącach dość dobrze mówi po polsku, wygląda, że ma szeroką wiedzę o swoim kraju, dawnym Kraju Rad i naszym świecie, jest optymistycznie nastawiony do życia, choć w zwycięstwo Ukrainy nie wierzy. Jakoś się wyreklamował od udziału w wojnie, choć to nie było całkiem oczywiste. Dla dopełnienia obrazu dodam, że ma metr wzrostu.

Miód zakupiłem, Jacuś też zapakował do sakwy jedną flaszkę. Zjazd jakoś się udał, choć to nie było całkiem oczywiste ze względu na hamulce :-)

Niedzielny powrót do domu to była czysta formalność, choć to nie było całkiem oczywiste ze względu na prędkość i dystans.

Na imprezę urodzinową zdążyłem, prezenty zakupione w sobotni wieczór w Pepco wręczyłem i zostałem wyściskany przez wnuczki, a to było całkiem oczywiste ze względu na to, że z dziadulcem mają całkiem dobre relacje. Piękny weekend. Sam smak motocyklizmu!