Normandia

Junakowcy, posiadacze jednośladów z dawnego CCCP lub ich protoplastów produkowanych przez Niemczurów wszelkiej maści, dobrych z NRD, złych z RFN i jeszcze gorszych spod znaku hakenkreuz'a, najprawdopodobniej znają motocyklowego nerda, Jacka z Osiecka. Od dwudziestu lat siedzi zamknięty w warsztacie produkując i regenerując części do starych motocykli, dzięki czemu możemy na nich śmigać. Przez ten czas nie miał kiedy sam siąść na motor, a jego własny Junak zalegał w kartonach i czekał na swój czas. Kilka miesięcy temu coś drgnęło. Co kilka tygodni Jacenty zaczął opowiadać jak to gromadzi potrzebne części, jakich przeróbek i poprawek dokona, co już zgromadził i czego mu brakuje. Zdradził, że ma plan aby na 40'te urodziny sprawić sobie prezent i odpalić własnego Junaka.

Żeby go zmotywować zaproponowałem wycieczkę w dwa junaki gdzieś w świat. Jak to z planami bywa nie zawsze dają się zrealizować. Jacek w sprawach technicznych jest szczególarzem. Zwykłe sprzęgło nie dla niego, rozrząd, skrzynia biegów, promień szparunku na puszkach, odcień lakieru... to wszystko rozciąga w czasie projekt renowacji. Na moje uwagi, że zwykłe sprzęgło daje radę, lakier nie wpływa na prędkość, a pordzewiały wydech też czyni swoją powinność uśmiechał się tylko i robił po swojemu. Nadszedł koniec kwietnia, na liczniku pojawiło się 40 lat, a Junak ciągle "już prawie gotowy". Cóż robić? Do akcji włączyła się Wanda. W okresie letnich wakacji zaplanowała wyjazd rodzinny do Grecji więc przesunięcie terminu wycieczki na późniejszy nie wchodziło w rachubę. Jak to kobieta, zabrała się do polityki. Mnie prosiła w tajemnicy żebym zabrał Jacka na wycieczkę. Jemu dawała mgliście zielone światło na przełomie kwietnia i maja, z nieprzekraczalnym terminem 6'go maja, w którym to dniu przypadała pierwsza Komunia ich córki. W wyniku tych skomplikowanych knowań umówiliśmy się z Jacentym, że ruszymy po robocie we czwartek 27 kwietnia i wrócimy we czwartek 4 maja. Dawało to jednodniowy margines na nieprzewidziane wypadki. Ja oczywiście Junakiem, Jacek z braku Junaka Hondą.

Kwestię dokąd rozwiązał za nas Młynek opowiadając o zeszłorocznych wakacjach w Normandii i zwiedzaniu tamtejszych pamiątek po pamiętnym D-Day. Tak ciekawie opowiadał o muzeum w Carentan, że nie zastanawialiśmy się nad innymi opcjami. Trasa o długości około 4 tysięcy kilometrów wydała się wystarczająca jak na 7-8 dni. 


Czwartek 500 km
Zaproponowałem spotkanie w Błoniu. Jacek miał zadzwonić około 14 ruszając spod domu. Miałem wystartować dwadzieścia minut później z Księżyca. O 14 dostałem SMS z informacją, że ze względu na konieczność przekazania zadań pracownikom drugiej zmiany start przełożony jest na 15. O 15:15 telefon: "Ruszam!". Niech się dzieje wola nieba. Ruszyłem o 15:30. Do MacDonalds w Błoniu dotarłem chwilę po 16. Na ekranie telefonu informacja o nieodebranym połączeniu od Jacka, SMS od Wandy z informacją, że Jacek zagubił dowód rejestracyjny motocykla, SMS od Krzycha, że dzwonił do niego Jacek z informacją, że zagubił... i pytaniem czy można lecieć bez tego kwitu. Potem okazało się, że przed startem trzeba było odszukać kluczyki, schowane przez Wandę spodnie, uruchomić zgaszony piec...

Na parkingu podszedł do mnie gość z pudłem frykasów. Cieknie coś panu. Była to maleńka plamka oleju z odmy. Dokąd? Paryż? Chwilę pogadaliśmy o starych motorach. Chciał posłuchać jak pracuje silnik. Cztery kopnięcia i nic. Zapomniałem wcisnąć kluczyk. Naraz donośny strzał w tłumik. Do Paryża to chyba nie dojedzie!!! Liczę, że da radę :-)

Jacek pojawił się o 17. Ponieważ przez ostatnią godzinę nie miał do kogo się odzywać, więc zaraz po uchyleniu szyby kasku dał upust emocjom: "Mogłem wczoraj poszukać dokumentów zamiast siedzieć w fotelu z winkiem. Wanda mnie zabije. Zostawiłem na podłodze górę rzeczy wywalonych z szuflad. Już planowałem żeby jechać bez dowodu, a zamiast niego pokazywać książkę pojazdu. Spodnie znalazłem na strychu. Dowód znalazł się pomiędzy teczkami. Kluczyki... Zaraz, zaraz, czy Honda ma aktualny przegląd? CO? SKOŃCZYŁ SIĘ W MARCU??? Mam ze sobą namiot, prezent od Wandy, którego nawet nie rozpakowałem. Może dziś nie nocujmy na dziko, bo po ciemku nie będę go umiał rozbić. Ręcznik? Tak przypominałeś mi wczoraj, ale zapomniałem." Tyle zdążył powiedzieć zanim nie skończyło mu się powietrze w płucach.

W czasie gdy robił wdech dałem radę przejąć inicjatywę. Dobra, dobra, wszystko w porządku. Uspokój się i oddychaj powoli. Ja jestem zatankowany. Jedziemy pod pompę dobrać paliwa do twojego motoru i startujemy. Nocleg mamy umówiony w Rzepinie u Pińdziestki. Zmieniamy plan. Nie polecimy bokami. Wracamy na autostradę. Dobrze, dobrze, o wszystkim opowiesz na postoju. Tam jest dystrybutor. Oddychaj powoli. Uff ruszył w kierunku stacji. Nalewa, wchodzi do środka. Coś długo nie wychodzi. Jest. Gęba uśmiechnięta, w ręce bułka z parówką. Może to go uspokoi?  

Lecimy po szerokim. Jacek co jakiś czas podjeżdża z boku pokazując na ekranie telefonu zaczepionego przy kierownicy kolorowe klipy z YouTube. Podskakuje rytmicznie, przez co rozumiem, że słucha muzyki. Może to go uspokoi? Piękny zachód słońca obserwujemy przed Poznaniem. Za pierwszą bramką Kulczykowej autostrady przypomniało nam się, że nie zapłaciliśmy za "państwowy odcinek". Jak to się robi teraz gdy zlikwidowano na nim bramki? Przypadkiem rzucam okiem na tył Jackowej Hondy. Znikło światło pozycyjne. Pierwsza awaria :-) Tuż za szlabanami stoi auto policyjne. Idę zapytać co i jak z opłatami. Mili policmajstrzy mówią, że na najbliższym Orlenie trzeba zapłacić i po kłopocie. Przypominają przy okazji, że tu nie wolno się zatrzymywać. Informuję, że musimy naprawić światło. Coś tam przyjaźnie pomrukują zajęci spisywaniem jakiegoś nieszczęśnika, który siedzi na tylnym siedzeniu.

Jacuś, masz żarówkę? Nie? Chcesz śrubokręt? Trzymaj. Co tam? Na szczęście to tylko zaśniedziały styk. Ruszamy. Przed Rzepinem odkręciło się kolanko w moim motorze. Szybkie sięgnięcie do piórnika po klucz, chwila oczekiwania aż nakrętka wystygnie, kilka ruchów i po kłopocie. Chwilę przed północą meldujemy się w gościnnym domu Pińdziestki. Tu macie pokoje, łóżka pościelone, tu łazienka, ręczniki... Na kolację kiełbasa na ciepło, pomidory z cebulką, chleb z masłem, herbata...

Jakie plany na jutro? Ja chciałbym na siódmą pójść do kościoła. Jacek musi załatwić przegląd. Dobra, ciebie podrzucę do miasta, a o ósmej zadzwonię do znajomego diagnosty i wpadniemy na przegląd. Dobra, dobra, wiadomo, że Honda jest w porządku, ale dobry diagnosta zawsze coś może znaleźć, a jak jest to dobry i znajomy, to nawet może czegoś nie znaleźć. Trzeba dmuchać na zimne :-)

Koło pierwszej lądujemy w łóżkach. Zaczęła się przygoda.


Piątek 750km
Z rana do kościoła. Chciałem iść na piechotę, ale gościnny gospodarz nawet nie chciał o tym słyszeć. Podrzucił i odebrał. Teraz przegląd. Krótka rozmowa telefoniczna. Startują. Za pół godziny są z powrotem. Jajecznica, rozmowy, oglądanie garażu i Junaka przygotowywanego dla kolegi, rozmowy, rozmowy... 

Normandia

Normandia

Czas się zbierać. Start o 10. Jeszcze wizyta na stacji i wbijamy na autostradę. Dziś calutki dzień po szerokim. Przed nami 750 kilometrów więc nie można sobie pozwolić na boczne drogi. Wyprzedzamy busa. Kierowca przygląda się nam ciekawie. Potem on nas wyprzedza, my jego... aż spotkaliśmy się na stacji. Pan pracuje jako kierowca. Na tej stacji zabiera pasażerów. Opowiada, że ma dwa współczesne motocykle, a w ostatnich latach wyremontował 30 simsonów, na które jest popyt w byłym NRD.

Idziemy na obiad. Sznycel na fotce był piękny, na talerzu wyglądał żałośnie. Tak samo przedstawiała się mina Jacka. Za to cena przewyższała jego wysokie oczekiwania względem tej potrawy. No cóż, takie są dzikie prawa gastronomii przy autostradzie. Już mieliśmy ruszać gdy zaparkował obok nas tir z naczepą. Z okienka kabiny wyjrzał pan i zaproponował kawę. Zaprosił nas do obejrzenia naczepy, która okazała się mobilnym laboratorium amortyzatorów. Jeździ od toru wyścigowego do toru i wynajmuje laboratorium ekipom wyścigowym. Fajnie się gaworzyło, ale czas się zbierać.

Przez większą część dnia lekko mżyło. Było też chłodno. Nocleg zaplanowałem na granicy holendersko-belgijskiej. Na zdjęciach satelitarnych w googlowych mapach wypatrzyłem łuk rzeki koło małego miasteczka z łąkami i krzakami. Miała tam być też wypożyczalnia kajaków. Słowem idealnie miejsce do biwakowania. W rzeczywistości łąki były szczelnie ogrodzone drutami kolczastymi, dostęp do rzeki zablokowany, dróżki asfaltowe miały 20 cm pobocza, a za nim druty. Do tego ciemno, zimno, zbliżała się północ więc nie były to okoliczności szczególnie zachęcające do nocowania. Gdy zobaczyłem minę Jacka postanowiłem skorzystać z planu B. W aplikacji park4night, którą podpowiedział mi chłopak córki zwiedzający z nią Europę własnoręcznie przygotowanym kamperem poszukałem dogodnego miejsca na nocleg. Był to kemping odległy od nas o 4,5 kilometra. W oczach Jacka zapaliły się iskierki nadziei.

Pięć minut po północy stanęliśmy przed zamkniętą bramą. Zarządziłem wyłączenie silników. Brama nie była zablokowana. Nie budząc obsługi znaleźliśmy wolne miejsce. Motory dopchaliśmy i po cichutku rozstawiliśmy biwaczek. Namiot Jacka miał maleńką wadę. Jeden z masztów był za długi o drobne 5 centymetrów. Jakoś udało się go ustawić. Ja rozciągnąłem tarpa nad motocyklem. Szybkie zagotowanie herbaty, ząbki, paciorek i spać.


Sobota 630km
Wstałem około 6:30. Właśnie wracałem z menażką pełną wody na herbatę gdy dopadł mnie wściekły szef campingu. W Holandii nie wolno otwierać bramy gdy jest zamknięta !!! To pierwszy raz gdy z czymś takim się spotkał !!!!!#@!!!! Nie dość, że otworzyliśmy bramę, to jeździliśmy po kempingu motocyklami !!!!$$@@@!!!!! Wszystko to okraszone niecenzuralnymi słowami, które jako dawny robotnik rolny (było to ze 30 lat temu) nieźle znałem. Mogłem coś jeszcze dołożyć od siebie, bo miejscowi pracownicy rolni nieźle mnie wyedukowali, ale wolałem nie zaogniać sytuacji. Poinformowałem pana, że motocykle przepychaliśmy. Nie uwierzył. Porykiwał, że wszystko to sprawdzi na monitoringu i co chwila wracał do swojej śpiewki o jeżdżeniu i bramie. W głowie mu się nie mieściło, że ktoś bez uprzedzenia może przyjechać na jego kemping. Spokojnie tłumaczyłem, że jesteśmy turystami, zachowujemy się cicho, motocykle pchaliśmy, a brama była niezablokowana. Cale to zamieszanie trwało ze dwadzieścia minut. Do końca miał skrzywioną, ponurą minę i chęć mordu w oczach. Brrrr, co za typ. W recepcji napotkaliśmy jego żonę. Sztuczny uśmiech ledwo maskował żmijowaty wyraz twarzy. Przynajmniej nie krzyczała. Gdy Jacek wrzucił do kasetki resztę, którą nam wydała (14 eurosi) babsko omalże się nie rozpłynęło ze szczęścia. Zupełnie gratis doradziła nam żeby uważać na Francuzów, bo są dużo mniej gościnni niż Holendrzy.

Normandia

Po szybkim śniadaniu start. Belgię przelecieliśmy na jednym wdechu autostradami. We Francji postanowiłem, że część trasy pokonamy drogami lokalnymi oznaczonymi D. Jest to odpowiednik naszych dróg wojewódzkich. Niespodziewanie okazało się, że szukając śladów II Wojny Światowej natknęliśmy się na ślady jej poprzedniczki, czyli Wielkiej Wojny. Przypominają o niej cmentarze poległych w bitwie nad Sommą. Odwiedziliśmy jeden z nich. Niewielki, starannie utrzymany spłachetek ziemi. Policzyłem tablice. 120 x 30 = 3600 !!!! Tylko na tym, a podobnych cmentarzy mijaliśmy sporo :-(

Normandia


Normandia

Normandia

Na dziś naszym pośrednim celem było Amiens, a dokładnie katedra Notre-Dame i, jak się później okazało, bar z kebabem przy głównej ulicy :-)   

Normandia

Katedrę wybudowano w latach 1220-1270. Z zewnątrz wydaje się ogromna, a w środku jest jeszcze większa. 

Normandia

Po uczcie duchowej czas na coś dla ciała. Kebab z kurczaka z sosem algierskim to tradycyjne danie wędrowców. Szybko, sycąco i niedrogo. Czekając na moją porcję zadzwoniłem do kempingu, który miałem wytypowany do spędzenia dzisiejszej i kolejnej nocy. Strach ściskał mi gardło gdy przypomniałem sobie radę żmijowatej właścicielki kempingu w Holandii dotyczącą niegościnnych Francuzów. Ten, z którym się połączyłem musiał być wyjątkiem. Płynnie przeszedł na angielski i dowiedziawszy się, że ma do czynienia z motocyklistami zapewnił, że nie ma jakiegokolwiek problemu z przyjazdem w środku nocy. Furtka jest otwarta, a rozbić namioty możemy gdzie się nam spodoba.

Obiad zjedzony, zakupy zrobione, można lecieć. Zostało już tylko 330 kilometrów. Dobrze po zmroku wywinąłem niezły numer. Na kierownicy mam gniazdo USB z woltomierzem. GPS nieco zasłania wyświetlacz. Żeby sprawdzić napięcie ładowania musiałem położyć się na baku i mocno pochylić głowę. Kilkadziesiąt metrów w tej pozycji zawiodło mnie na sam skraj drogi. Jeszcze ułamek sekundy, a poleciałbym w przydrożny rów. Jacek obserwując moje manewry uświadomił sobie, że nie zna francuskiego numeru alarmowego. Na biwaczku uświadomiłem mu, że jest to standardowy numer 112, a nasze ubezpieczenie obejmuje koszty pobytu w szpitalu oraz transport zwłok, tak więc nie musi się niczym przejmować. Nie wyglądał na w pełni uspokojonego.

Na miejsce dotarliśmy równo o północy. Furtka kempingu otwarta turystom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza. Mam nadzieję, że Mickiewicz się nie obrazi za tę parafrazę :-)

Sprawnie rozbijamy biwak, gotujemy herbatę i po chwili zapadamy w głęboki sen.


Niedziela 180 km
Poranek na sympatycznym kempingu. Słonko, cisza, spokój, śpiew ptaków (w jednego musiałem rzucić menażką, bo bałem się, że zbudzi Jacka lub nafajda na mój motor), zieleń dookoła... bajka :-) Zwijam tarpa, materac i śpiwór i wędruję pod prysznic. Czyściutko, gorąca woda, pełny relaks. Gdy wróciłem na nasze miejsce Jacek jeszcze polegiwał w namiocie, ale lekkie szarpnięcie za tropik natychmiast przyniosło oczekiwany skutek. Zerwał się w świetnym humorze, który zresztą nie opuszczał go podczas całej wycieczki, gotowy do działania. W czasie gdy powędrował do kąpieli ja poświęciłem chwilkę czasu mojemu Junakowi. Poprzedniego dnia kilka razy na ułamek sekundy stracił zapłon i ciężko się uruchamiał. To ewidentny znak, że styki przerywacza wymagają przeczyszczenia. Ostatni raz zaglądałem do iskrownika na początku roku, czyli około 6 tysięcy kilometrów temu. Iskrownik przygotowany w warsztacie Jacka, współpracujący ze sportową przystawką jest tak niezawodny, że rzadko do niego zaglądam. Jednak co jakiś czas jest to konieczne. Oprócz nalotu na stykach okazało się, że ślizgacz młoteczka starł się nieco, co wpłynęło na zmianę punktu zapłonu (opóźnienie). Pilniczek, przyrząd do ustawiania zapłonu, miernik, śrubokręt i po chwili wszystko wróciło do normy. Jeszcze dwie krople oleju na filc smarujący krzywkę i gotowe. 

Normandia

Szybkie śniadanie, sympatyczna rozmowa z właścicielem kempingu Sebastianem i ruszamy do muzeum w Carentan. Dziesięć kilometrów wąskiej i krętej dróżki. Wciskam motor w ostre zakręty ryzykując nieco spotkanie z autem z naprzeciwka. Nie ma ryzyka nie ma zabawy.

Muzeum D-Day Experience w Carentan świetnie pokazuje przebieg całej operacji. Symulator lotu, odprawa prowadzona przez holograficznego oficera, film 3d, sporo eksponatów. Trzy godziny minęły jak z bicza strzelił. Czas ruszać dalej. W planach mamy odwiedzenie plaż Omaha, Gold i Juno.

Normandia

Na plaży Omaha poprosiliśmy starszego (nawet ode mnie) pana siedzącego na ławce i przyglądającego się Junakowi o zrobienie fotki. Odezwał się czystą polszczyzną. Jego dziadkowie wyemigrowali z Polski. Przyznał, że słownictwo ma już ubogie. Widać, że w domu musieli posługiwać się ojczystym językiem, bo mówił bez obcego akcentu.

Przy plaży Gold w morzu pozostały fragmenty portu, który Amerykanie i Brytyjczycy zbudowali w ciągu kilku dni. Betonowe konstrukcje przyholowali z Anglii. Po ich zatopieniu i osadzeniu na dnie połączyli je gotowymi stalowymi pomostami. Ile energii, przemyślności i materiałów, nie mówiąc o ogromie ofiar ludzkich było potrzebne, by zagnać niemczurów do ich budy. Niby siedzą w niej do dziś, ale nie muszą teraz zakładać na łby Stahlhelm'ów aby dominować nad innymi nacjami. Wystarczy silna gospodarka i polityczne wpływy. Mimo wszystko chyba dla wszystkich to jest lepsze.

Na kolację pojechaliśmy do Carentan. Mimo późnej pory sala była pełna. Przy stołach całe rodziny. Goście musieli znać się, bo prowadzili rozmowy pomiędzy stołami. Kelner, wyglądający na właściciela, przystawał przy stolikach i gaworzył z gośćmi. Sympatyczna rodzinna atmosfera. Po posiłku właściciel podszedł do nas i zapytał: Dobrze? Jednocześnie przedstawił się: Sójkowski!  Podobna historia jak z rana. Dziadkowie wyemigrowali z Polski, a pan to trzecie pokolenie. Na tym nie koniec. Razem z nim pracowała córka i wnuczka. Tak przynajmniej nam się wydawało biorąc pod uwagę podobieństwo całej trójki. 

Normandia

Normandia

Powrót nocą krętymi dróżkami to bonus do dnia pełnego wrażeń. Jeszcze tradycyjna herbatka, ząbki, paciorek i spać.


Poniedziałek 350 km
Dziś dzień ulgowy jeżeli chodzi o jazdę. W planach mamy odwiedzenie plaży Utah, a potem wieczór w Paryżu. Nie musimy zbierać się z rana. Leniwy poranek, śniadanko, zwijanie gratów i około 11 ruszyliśmy. 

Do plaży Utah mieliśmy zaledwie kilka minut drogi. Dobrze, że wybraliśmy się tu poza sezonem letnim. Nie wiem jakie wrażenie zrobiłoby to miejsce gdyby zastawione było parasolami plażowymi i wypełnione tłumkiem plażowiczów. Puste o tej porze roku pozwoliło zobaczyć je tak, jak to było w czerwcu 1944 roku. Na szczęście nikt nie czaił się w nadmorskich laskach i na pobliskich wzgórzach.  

Normandia

Początek drogi powrotnej przez maleńkie, klimatyczne miasteczka.

Normandia

Przerwa na tankowanie. Stajemy pod dystrybutorami. Rzut oka czy nie ma terminali płatniczych. Nie ma, więc łaps za pistolet. Nic się nie dzieje. Odłożyć i drugi raz podnieść? Ciągle nic. Może trzeba zdjąć kask jak na jednej ze stacji w Niemczech? Ściągam. Nic to nie dało. Wędruję do budynku stacyjnego. Może pospali się i zapomnieli skasować poprzedni odczyt? Za ladą dwie dziewczyny. Obie z biegłą znajomością francuskiego i jeżeli chodzi o języki, to byłoby na tyle. Promują swój język mimo wyraźnej luki w moim wykształceniu. Po minucie melodyjnego monologu przypomniały sobie o pomocy naukowej w postaci małego karteluszka zapisanego po angielsku starannym pismem. Na karteczce cuda. Żeby zatankować należy posiadać kartę. Na karcie zostanie zablokowana kwota 150 EUR. Ponadto należy zadeklarować ile paliwa chce się kupić. Za tę ilość należy zapłacić z góry. Jeżeli nie doszacuje się paliwo przestanie płynąć, jeżeli zatankuje się mniej niż wynosi przedpłata różnica zostanie zwrócona w gotówce. Proste? Chyba o tym dziewczyny kwieciście opowiadały. Teraz mamy to czarno na białym.

Porzucamy drogę krajową (N) i przerzucamy się na wojewódzką (D). Małe miasteczka, laski, łąki, pola, zakręty, pagórkowaty teren. Ładnie tu.

Do Paryża już niedaleko. Kolejne tankowanie. Tym razem stacja automatyczna. Wsuwam kartę. System przyjaźnie przechodzi na język polski. Swoją drogą to ciekawe. Czasami korzystam z bankomatów w Polsce. Te durnowate urządzenia za każdym razem pytają w jakim języku mam się komunikować. Zawsze wtedy przez zęby mamroczę, że w chińskim-mandaryńskim i obdarzam te niczemu nie winne urządzenia epitetem "Ty durniu!". Podaję PIN i wybieram rodzaj paliwa. Na ekranie komunikat "Na tym stanowisku brak wybranego produktu. Dostępny jest na stanowisku 9". Bardzo uprzejmy automat. Z uśmiechem dziękuję "Merci beaucoup". Na stanowisku 9 nie było już tak miło. Brak 95. Niby nic. Przez kilka lat za młodu często spotykałem się z takim komunikatem. Co prawda nie wygłaszały go wtedy automaty, tylko oznajmiała o tym kartka zawieszona na dystrybutorze, ale od wielu lat rozpuściliśmy się i taki chwilowy brak paliwa wydaje się czymś niezwykłym. Na szczęście na kolejnej stacji benzyna była.

Na dzisiejszą noc zaplanowałem kemping w Lasku Bulońskim. Stamtąd do centrum jest tylko kilka kilometrów. Wszystko poszło sprawnie. Odpinamy tobołki z motorów, Jacek rozstawia namiot, w którym zostawiamy wszystkie rzeczy i możemy ruszać. Pierwszy cel to wieża Eiffla. Robimy pamiątkowe fotki, kupujemy dwie maleńkie wieżyczki dla córek Jacentego. Zostaję przy motorach, a Jacek w tym czasie leci na zakupy do budy z pamiątkami.

Normandia

Obiecaliśmy sobie, że kolację zjemy w jakimś klimatycznym lokalu. Szybki telefon do Jacka z Mazur, któremu robię silnik, z pytaniem gdzie powinniśmy się udać na romantyczną kolację we dwóch :-) Spędził w Paryżu pół roku więc można polegać na jego rekomendacji. Wskazał Bouillon Chartier. Historia tego miejsca zaczęła się sto lat temu, od jadłodajni dla robotników, serwującej proste, tradycyjne francuskie klasyki za przyzwoitą cenę. Wizyta tutaj to rytuał, podobnie jak oczekiwanie na stolik, które turyści wykorzystują do zrobienia sobie pamiątkowych zdjęć przed wejściem. Bistro nie przyjmuje rezerwacji, a gości potrafi upchnąć kolanem – i szczelnie zapełnić ponad trzysta miejsc w pięknym, urządzonym w stylu belle époque wnętrzu. Nas posadzili z parą francusko-turecką. Na sali harmider jak w szkolnej stołówce. Było to ciekawe doświadczenie. Jacku dzięki za podpowiedź!!!

Normandia

Po kolacji deser w pobliskiej kafejce. To jest życie. Spełniliśmy też moje mażenie i zrobiliśmy rundę wokół Łuku Triumfalnego. I to nie jedną a cztery.

Normandia

Kolejny punkt programu to katedra Notre Dame.

Normandia

Czas do łóżek. Zrobiła się druga w nocy. Naraz na wyświetlaczu ładowarki zamocowanej na kierownicy widzę, że napięcie w instalacji spada na łeb i szyję, 10V, 9.5V, 8.7V... Nie ma co kombinować. Stajemy. Sprawdzamy napięcie międzyfazowe porykując radośnie silnikiem. Jest w porządku. Jacek zarządza przeczyszczenie styków we wtyczce łączącej regulator z instalacją motocykla. Kolejna próba i mamy 13.4V. Dobra nasza. Przez kilka minut jadę bez świateł żeby jak najszybciej podładować akumulator.

Żądamy, aby TomTomek doprowadził nas najszybszą drogą na kemping. Syci wrażeń o 3:30 trafiamy do śpiworów. Tym razem obeszło się bez tradycyjnej herbaty. Spać.

Wtorek 440 km
Mimo, że na dziś zakładałem pokonanie sporego dystansu nie mam sumienia budzić Jacka. Pakuję spokojnie graty, wędruję pod prysznic i do recepcji po świeże bagietki. Pierwotny plan przewidywał dotarcie na wysokość Frankfurtu nad Menem. To 630 kilometrów, a więc około 10 godzin w trasie. Chciałbym zanocować na dziko. To dodatkowa frajda i ciekawy element wyprawy. Do tej pory nie było warunków. Trzeba będzie ograniczyć nieco dystans, tak żeby móc poszukać miejsca na biwak przy świetle dziennym. Gdzie to będzie? Zobaczymy. Taka zagadka to też dodatkowa frajda. Mamy pewien margines. Na jutro planowałem Zgorzelec. Od Frankfurtu byłoby to 570 kilometrów. Jeżeli dziś przejedziemy mniej, to jutro dołożymy  brakujący kawałek.

Przed dziesiątą zarządzam pobudkę. Jacek w znakomitym humorze żwawo wysuwa się z namiotu i zaraz włącza mu się funkcja Play. Kto go zna wie o czym mówię :-) Na gorąco opowiadamy sobie o wrażeniach z wczorajszego emocjonującego wieczoru. Czego tam nie było. Znane miejsca, miejsca, których nie znaliśmy, ale wyglądały na super znane. Tłumna knajpa. Kawiarnia, a w niej dwie panie, którym przyglądaliśmy się z upodobaniem, a po deserze Jacek... Jedna ciemna pani, której pęciny... Kwestie rasowe. 3/4 napotkanych osób w kolorze ciemnym lub bardzo ciemnym (biali to mniejszość) być może jest, lub stanie się obywatelami Francji, ale czy Francuzami? A może w trzecim pokoleniu sami będą traktowali Francję jako swoje miejsce? Łuk Triumfalny. Usterka instalacji... Takie rozmowy to super frajda. No, dość tego. Jacek pod prysznic. Robimy śniadanie, pakujemy się i ogień na tłoki. Wyruszyliśmy około jedenastej. Jak wakacje, to wakacje.

Szybkie zakupy w sklepie z lokalnymi produktami. Sałatka z ziemniaków i ogórków to jedno z moich ulubionych dań. Sałatka z jakiś ziaren. Dwie puszki czegoś mięsnego, ogórki, grzybki. Zarządzam postój na posiłek w wioseczce w górach. Mamy wszystko czego nam trzeba oprócz wody. Biorę menażkę i wędruję na poszukiwania. Wszędzie pusto. Przy jednym z domów kręci się pan na traktorku. Kosi trawę. Furtka zamknięta, ale nie zablokowana. Wchodzę na podwórko. W Holandii to by nie przeszło (pamiętacie gburowatego gościa i jego żmijowatą żonę?), tu jakoś nikt na mnie nie wrzeszczy. Pan wyłącza traktorek żebyśmy się mogli porozumieć. Na prośbę o wodę uśmiecha się przyjaźnie i prowadzi do domu. Tam od razu idzie w kierunku lodówki i wyciąga flaszki ze schłodzoną wodą mineralną. Pokazując menażkę wyjaśniam, że zależy mi na wodzie z kranu. Widzę lekkie zdziwienie w jego oczach, ale od razu wskazuje zlew. Ot taki drobny, ale sympatyczny akcent. Chęć pomocy i podzielenia się z gościem. Miłe.

Po posiłku i krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Już widzę, że Frankfurt trzeba odłożyć na inną okazję. Nie dolecimy tam dziś. Kończy nam się Francja, przemykamy przez kawałek Belgii i cały Luksemburg. Około 20 przekraczamy granicę niemiecką. Do zachodu słońca mamy około pół godziny. Trzeba się intensywnie rozglądać. Dookoła góry i sporo lasów. Jest potencjał. Na TomTomku wypatrzyłem nieodległy zjazd z autostrady, od którego odchodzi lokalna droga wiodąca przez zalesiony teren. Na odcinku 10 kilometrów nie ma przy niej miejscowości. Tam poszukamy. Kwadrans po 20 wjeżdżamy na upatrzoną drogę. Po 2 kilometrach odchodzi od niej leśna dróżka. Na gliniastej ziemi nie odcisnęły się ostatnio jakiekolwiek ślady opon. Kiedyś droga mogła być blokowana szlabanem, ale teraz jest otwarty. Rdza i rosnące wokół niego krzaki wskazują, że dawno nie był zamykany. Idę na rekonesans. Po 200 metrach upewniam się, że to nasze dzisiejsze miejsce na nocleg. Odpalamy maszyny. Jacek zapuścił się jeszcze 100 metrów dalej i znalazł małą polankę porośniętą trawą. Silniki stop.

Do zachodu słońca pozostało kilka minut. W jego ostatnich promieniach widzimy, że ziemia jest poryta przez dziki. To nic, zapalimy ognisko więc żaden dziki zwierz do nas nie podejdzie :-)  Szybko zbieramy opał. Jacenty przyciągnął dwa grube konary. Będzie na czym siedzieć. W czasie kiedy układam stosik i rozpalam ogień Jacek rozłożył swój namiot. Po kilku dniach to już rutyna. Ja przenocuję pod gołym niebem. Czyste niebo, księżyc i gwiazdy zapowiadają pogodną noc. Trzeba jednak liczyć się z niską temperaturą, wszak to dopiero początek maja.

Obowiązki biwakowe wypełnione. Siadamy przy ognisku z gorącą herbatą i jak zahipnotyzowani gapimy się w ogień. Cisza, spokój... to coś co tygrysy lubią najbardziej.

Normandia


Środa 750 km
Rano już przed siódmą ruch na naszym małym biwaku. Suszę śpiwór w pierwszych promieniach słońca prześwitujących przez liście drzew. Pakujemy graty. Śniadanie zjemy w drodze. O ósmej odpalamy silniki i dzida. Do Zgorzelca mamy 750 kilometrów. Polecimy autostradami i drogami szybkiego ruchu. Powinno pójść sprawnie, ale i tak jest to spory kawałek, więc trzeba zagęszczać ruchy. Jacenty zachęcony moimi opowiadaniami włącza sobie audiobook "Ojciec chrzestny". Na YouTube jest dostępna pierwsza godzina. Nie starczyła mu do pierwszego postoju. Gdy stanęliśmy zaczął kombinować jakby tu słuchać dalej. Historia Vito Corleone i jego rodziny wyraźnie go wciągnęła. Ostatecznie zaczepił na kierownicy mój telefon. Mam w audiotece kupionych wiele książek i dostęp do tysięcy innych dzięki subskrypcji. Ojciec chrzestny w interpretacji doborowej stawki aktorów trwa ponad 18 godzin. Będę miał Jacka z głowy dziś i jutro.

Jazda autostradami z pozoru może wydawać się nudna. Ja na szczęście lubię każdą formę przemieszczania się Junakiem. Jacek, który do tej pory przeciągał wszystkie postoje i wymagał żeby stawać co 120-150 km, co na moje standardy jest nieco za krótkim odcinkiem, nagle stał się fanem długodystansowej jazdy. Wszystko za sprawą rodzinki Corleone. Na postojach dopytywał jakie będą dalsze losy tego i owego i po szybkim tankowaniu domagał się startu żeby dowiedzieć się co będzie dalej. Dzień minął bez przygód na wyprzedzaniu kolejnych tirów. Dzięki skrzyni biegów MK2 szło to dość sprawnie. Po minięciu kabiny natychmiast wbijałem się przed pędzącą górę stali, tak aby dać wolną drogę gnającym z dużą prędkością osobówkom. O tym wbijaniu się będę miał okazję pomyśleć nazajutrz. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Polską granicę przekroczyliśmy około 22. Zaraz za granicą odbiliśmy na Zgorzelec i zaatakowaliśmy knajpę przy stacji Orlen. Musieliśmy wywrzeć korzystne wrażenie na paniach za ladą, bo po krótkiej rozmowie zaproponowały, że moglibyśmy je zabrać ze sobą. Co prawda myślały tylko o podwiezieniu do miasteczka, ale zawsze :-) Zachowaliśmy jednak rozsądek. Po pierwsze nie mieliśmy dla nich kasków, po drugie zmarzłyby, po trzecie wreszcie razem miały nieco ponad sto dwadzieścia lat, a były tylko we dwie :-)

Dodatkową atrakcją był wielki telewizor wiszący nad naszymi głowami. Akurat leciał przegląd wydarzeń ostatnich dni, a w nim piękna i pełna emocji konferencja jakiejś grupki politycznej, na której czele kroczy pan Zbigniew Ziobro. Co prawda nie przemawiał osobiście, tylko jego przyboczny, ale też było śmiesznie, a trochę groźnie. Jacek rozpoznał go od razu. Czyżby był zwolennikiem zjednoczonej prawicy? Ryczał do mikrofonu jakby nie rozumiał, że to urządzenie połączone jest z systemem wzmacniaczy i głośników. Nigdy nie dopuścimy do powrotu Tuska. Tak nam dopomóż Bóg!!! Ciekawe czy transcendentny ma jakieś preferencje wyborcze. Od lat prowadzimy z Jackiem rozmowy polityczne. Doprowadza to czasami do podgrzania emocji. Mój adwersarz wali we mnie jak w worek bokserski zasypując kolejnymi przykładami przemyślnej, jadowitej, cynicznej i obłudnej działalności aktualnie rządzącej nami koalicji (przypominam potomnym, że w maju 2023 roku jest to PiS pod przewodnictwem diabolicznego Kaczafiego, plus cośtamcośtam z innymi, równie malowniczymi wodzami). Ja robię uniki, zasłony i spoza szczelnej gardy ze łzami w oczach bronię się z grzechów młodości. Każdemu mogło się zdarzyć popełnić błąd. Mnie nawet kilka razy. Ważne żeby nie tkwić w błędzie. No dobra, przyznam się. Może to mi przyniesie ulgę? Czas na come out. Głosowałem na PiS. Uff, ulżyło!!! Żarty żartami, ale faktycznie dyskutujemy na tematy polityczne. Często w postaci maili, czasami przy stole w warsztacie Jacka. Do tego wiara, moralność, etyka... To naprawdę ciekawe i inspirujące rozmowy, które wielce sobie cenię. Myślę, że Jacek też.

Przez booking.com rezerwuję pokój w Zgorzelcu. To tylko 3,5 kilometra. Pani co prawda już tam nie ma, ale dostajemy adres, numer pokoju i kod do drzwi. Mimo późnej pory kilka razy niepokoiliśmy sympatyczną gospodynię głupimi pytaniami przez telefon. A to nie mogliśmy odszukać numeru 68. Było po kolei 66, 67 i potem 69. Pani powiedziała, że 69 i 68 to to samo. Potem udało mi się otworzyć dzwi wejściowe, ale za nimi nie było pokoi. Kolejny telefon i okazało się, że 68 to jednak nie jest zupełnie 69 tylko jego lewa strona. Pokonaliśmy drzwi, znaleźliśmy pokój, zamek zadziałał. Nieco nas skonfundował fakt, że mamy małżeńskie łoże, ale jakoś na tę noc tak ułożymy sobie nasze stosunki żeby nie narażać się na plotki. Wyszliśmy po graty. Drzwi się zamknęły z lekkim trzaskiem. Wprowadziliśmy z pamięci kod (mój telefon z SMS'em od pani został w pokoju). Pipipi i czerwona dioda. Jeszcze dwie próby i dioda zaczęła migać, a pipipi nie ustawało. Telefon do pani. To blokada antywłamaniowa. Po pięciu minutach możemy próbować dalej. Zaatakowałem okno, które pozostawiłem uchylone. Już prawie czułem, że będzie sukces (prawie czyni różnicę) gdy minęło pięć minut i tym razem Jacek wprowadził prawidłowy kod. Uff.

Dzień pełen emocji dobiegł końca, a właściwie było już po północy. Z emocji nie pamiętam czy zrobiliśmy herbatę. Nie wiem też czy Jacek chrapie i się rozkopuje. Zapadłem w nicość.  

Czwartek ja 70 km, Jacek 560 km
Rano worki na motory, śniadanie, tym razem herbata i kawa były, wizyta niezwykle sympatycznej właścicielki i ogień na tłoki. Do domu 560 kilometrów. Wbijamy na autostradę. Naraz silnik się zakrztusił, jeszcze raz i jeszcze. Na tym odcinku autostrada nie ma pasów awaryjnych, a zatoczki są co kilometr. Szczęśliwie akurat zbliżaliśmy się do jednej z nich. Stajemy. Rzut oka na iskrownik. Pod dekielkiem ok. Poskrobałem czule platynki. Silnik nie chciał odpalić. Jacek kopnął energicznie i udało się. Start. Niestety nie mogę się rozpędzić. 75 km/h to maks. Na szczęście za dwieście metrów jest zjazd. Zaraz po opuszczeniu autostrady silnik staje. Trzymałem rękę na sprzęgle więc nie zablokowało koła i stoczyłem się na zieloną trawkę. Piękne słońce, czyste niebo, zrobiło się ciepło. Ściągam kurtkę i kask. Trzeba szukać przyczyny problemu. Chcąc zweryfikować iskrownik nacisnąłem na starter. Stoi sztywno i ani drgnie. Zatarcie tłoka? Wał? Trzeba szukać. Bak precz, potem wydech, głowica... Tłok rusza się lekko na boki. Denko ładnie pokryte nagarem. Świeca kawa z mlekiem. Ściągamy cylinder. Już wiadomo. To korba stanęła. Koniec trasy. Na dodatek pękła rama!!! Wymęczyłem staruszka.

Strach pomyśleć co by było gdyby korba stanęła zaraz po wyprzedzeniu tira. Mogłoby wtedy zablokować koło, a kierowca usłyszałby tylko głuchy stuk spod kabiny. Pomyślałby pewnie wtedy, że trafił psa. Może przyszłaby mu do głowy myśl, że był to duży pies, na dodatek z łańcuchem i budą. Tyle by z tego było. Muszę zmienić technikę jazdy. To jeden z wniosków tej eskapady.  

Normandia

Normandia

W czasie gdy rozbierałem motor Jacek ze słuchawkami w uszach udał się na maleńką drzemkę. Musi mieć zaufanie do mnie skoro nie chciał uczestniczyć w technicznych działaniach. Nic to, trzeba szukać pomocy. W między czasie ruszyła machina Dziczej Pomocy uruchomiona przez Krzycha. Kilka propozycji transportu i noclegu w okolicy. Zadzwoniłem do Olka. Olku, stoję przed Wrocławiem. Silnik. Słuchaj, zaraz sprawdzę. Jest podobno świetny fachowiec w Osiecku. Zaraz znajdę do niego numer, to ci podam :-)))) W jednej chwili podjął decyzję. Bus jest na budowie. Zaraz dogadam się z pracownikami. Oddzwonił po chwili. Ruszę o pierwszej, będę przed szesnastą. Czekaj na mnie i nic tam nie grzeb, bo jeszcze bardziej popsujesz. Tu trzeba szukać pomocy u znających się na Junakach. Podeślij pinezkę. Cześć.

W między czasie Jacenty przeszedł się na pobliski parking dla tirów. Jest tam knajpka, trawka, ławki, cień i spokój. To tylko 200 metrów stąd. Pozbierałem graty i przepchnąłem biednego Junaka. Co robimy? Od początku umówiliśmy się, że jeżeli jednemu z nas padnie motor to drugi wraca do Osiecka sam. W sobotę Zosia ma komunię i Jacek nie może dać ciała. Musi być w domu. Mimo tej umowy ociąga się i muszę go przekonywać żeby jechał. Nic tu nie pomoże, Olek w drodze, miejsce bezpieczne. Jeszcze spytał czy mam gotówkę. Nie miałem i nie miałem pomysłu do czego mogłaby się przydać. Wyciągnął tysiąc złotych. Masz, nigdy nic nie wiadomo. Przed rozstaniem zainstalowaliśmy na jego telefonie aplikację audioteki, gdzie jest możliwość podzielenia się dostępem do książek. Udostępniłem Ojca Chrzestnego i to ostatecznie przekonało mojego towarzysza podróży. Pozna zakończenie historii. Skończył słuchać kilkanaście kilometrów przed domem. Wrócił chwilę po 20. Leć. Lecę. Cześć.

Z moim bratem Olkiem spotykamy się dość rzadko. On od świtu do nocy walczy z pracownikami, zbrojeniami, betonem, szalunkami. Ot los przedsiębiorcy. Teraz mieliśmy okazję do pogadania przez kilka godzin. Przed północą zrzuciliśmy motor na Księżycu. Olku serdeczne dzięki za pomoc. Ty wiesz ile frajdy sprawiła mi ta wspólna podróż.

I tak dobiegła końca wycieczka do Normandii. Niby tylko 8 dni i 4 tysiące (Jacek około 4300 km), a wrażeń jak z długiej trasy. Będzie co wspominać. Mi się podobało. Myślę, że Jackowi też. Sam smak motocyklizmu :-)