wypad na rybkę
Poniedziałkowa rozmowa z Jackiem:
Piotr: Mam kilka wałków zdawczych do skompletowania z zębatkami i przeszlifowania nakrętek. Dacie radę to w miarę szybko ogarnąć?
Jacek: Pewnie. Podeślij, tylko napisz jakie zębatki mam dać. Skończyły się 20Z. Będą za kilka dni. Jeżeli chcesz takie, to musiałbyś chwilę poczekać.
Piotr: Ok. Może podjechalibyśmy na rybkę?
Jacek: Rybkę? Pewnie! Gdzie? Znam jedno miejsce w Piasecznie.
Piotr: Myślałem o wypadzie nad morze, na mierzeję wiślaną w okolicę Piasków. Wyjazd w piątek po robocie, nocleg na plaży, rybka w Krynicy i w sobotę powrót do domu. Razem około 800 kilometrów.
Jacek: W piątek nie mogę. Czy moglibyśmy polecieć w sobotę z rana? Spakowałbym się w piątek, wstałbym wcześnie i mógłbym być u ciebie między ósmą, a dziewiątą.
Piotr: Ok, tak planujmy. Po drodze można zawadzić o Malbork. Polecielibyśmy bokami. Motocykle zostawilibyśmy na parkingu leśnym w okolicy Piasków przy samej wydmie. Tam jest o tej porze roku cisza i spokój. Przekimamy się na plaży. Nie biorę nawet płachty. Posiedzimy przy ognisku. Może być?
Jacek: Bez namiotu? Ja wezmę namiot. Zwiedzimy zamek w Malborku?
Piotr: Możemy. Wałki poślę paczką. W dwóch chciałbym żebyście wstawili tuleje, przeszlifowali do nich wałki główne i spasowali to. Mam też do nich zębatki. W pozostałych tulejki zostają. Muszę kończyć. Do usłyszenia.
Jacek: Cześć!
W sobotę o ósmej info od Jacka "Ruszam". Umówiliśmy się na Orlenie niedaleko mojego domu. Trasę z Osiecka na Ursynów przemierzałem wielokrotnie. Wiem, że powinien zjawić się za około 50 minut. Przed dziewiątą ruszam. Na stacji Jacek akurat zatankował. Coś tam jeszcze poprawia w ubiorze. Chwila rozmowy przeciąga się do półgodziny. Jacek ma w głowie tyle pomysłów i tematów, którymi żyje, że nie mieszczą się pod czaszką i musi im dać ujście, gdy tylko spotyka uważnego słuchacza. Tym razem wkraczamy w świat makroekonomii i ekonomii małych firm. Klamrą spinającą te światy jest świat polityki połączony z zagadnieniami z pogranicza tego świata i kwestii duchowych. Taki koktajl dla osoby nieprzygotowanej mógłby być zabójczy. Choć mam do czynienia z tą mieszanką nie po raz pierwszy i tak czuję lekki zawrót głowy.
Ruszamy. Pierwszych 40 kilometrów wylotówką na Gdańsk. Od Kazunia spadamy na drogę wojewódzką. Słonko, błękitne niebo, boczne drogi o dobrej nawierzchni, luzik, cały dzień przed nami, w perspektywie nocleg na plaży... nie ma lepiej. Wisłę przekraczamy w Wyszogrodzie. Teraz kawałek 50'tką i skręt w drogę powiatową. Prowadzę przez Rypin. Tu dwie atrakcje. Śniadanie w knajpie i odwiedziny u miłej Pani w maleńkim sklepie na wlocie do miasta. Ile razy tędy jadę zawsze wpadam na soczek i krótką pogawędkę. Stajemy pod sklepem. Zanim zdjęliśmy kaski pozdrawia nas mąż Pani sklepowej. To bratnia dusza - motocyklista, tak jak i ich dwóch synów. Pani wita nas z uśmiechem. Lubię takie oswojone miejsca.
Brodnica, Iława, Malbork, Nowy Dwór Gdański i meldujemy się w Krynicy na obiecanej rybce. Tym razem wybór padł na "Strzechówkę", a w niej na sandacza. No Jacuś, dość biesiadowania i gadania, ogień na tłoki i dzida. Do celu kilkanaście kilometrów, a za 20 minut zrobi się ciemno. Lećmy!
Przed Piaskami skręcamy na leśny parking. Stoi tu kilkanaście kamperów. Koło jednego z nich zostawiamy motory i drepczemy na plażę zobaczyć zachód słońca. Zdążyliśmy w ostatniej chwili :-)

Przez chwilę podziwiamy widoki. Plaża pustoszeje. Zagadujemy panią łowiącą ryby. Robi krótki wykład co i jak się tu łowi o tej porze roku. Dziś zasadzają się z mężem na flądry. Gdy chciała pokazać nam jak wygląda zestaw okazało się, że żyłka była splątana. To nic, mąż poradzi sobie. PIOTREEEEK!!! Po chwili wszystko było naprawione. Z krótkiej rozmowy widać, że łączy ich wspólna pasja do ryb, natury, ciszy i spokoju. Bardzo sympatyczna para.
My tu gadu gadu, a przygotowania do biwaczku w lesie. Na szczęście nie wymaga on wielu działań. Mata rzucona na piasek, śpiwór, coś pod głowę i gotowe. W ciągu kilku minut ściągamy z lasu kilka gałęzi na ognisko. Niedaleko na plaży siedzi rodzinka skupiona wokół małego ogniska. Proszę ich o kilka żarzących się węgielków, które zabieram na pożyczonej łopatce. Po chwili na naszym biwaku płonie małe ognisko. Morze szumi, księżyc przyświeca, pojawiają się pierwsze gwiazdy, w oddali na zachodzie lekka łuna nad horyzontem - to Gdańsk, ciepło, wieje lekki wschodni wiatr, słońce które schowało się za horyzontem daje o sobie znać w postaci lekkiej poświaty na północy... bajka. Która to godzina? Zbliża się północ. Czas spać. Naciągamy śpiwory na głowy. Szum fal...

Poranek wita czystym niebiem i słońcem. Szybko robi się ciepło. Nasz apartament w 1000 gwiazdkowym hotelu jest bardzo rozległy i ma zapewniony widok na morze. Czy można chcieć więcej?

Jeszcze chwila lenistwa.

Wysuwam się ze śpiwora przed siódmą. Jacek też wstał, ale po krótkiej wizycie w lasku powrócił do "łóżka". Brodzę w wodzie, zbieram muszelki, likwiduję ślady po ognisku.

Sprawnie zwijamy biwaczek. Do Krynicy kilka kilometrów. Składanie się w dziesiątki zakrętów na pustej drodze wijącej się wśród lasu to piękny początek dnia. Czas na śniadanie. Tym razem wybór pada na "Milano". Jeszcze wizyta w sklepie z zabawkami, fotka z dzikami, rozmowa z kolejnym dawnym junakowcem i ruszamy w dalszą drogę.

Postój w Malborku. Jak najłatwiej zdobyć zamek? Długotrwałe oblężenie nie wchodzi w grę, wszak musimy na wieczór być w domu. Postanawiamy przekupić strażników. Naruszyliśmy poważnie budżet na kulturę na lata 2023 i 2024 wydając po 80 złociszy. Cóż, za przyjemności i naukę trzeba płacić. Trzy godziny przeleciały nie wiadomo kiedy. Warto byłoby zostać tu dłużej, ale czas nas goni.
Malownicze wąziutkie i kręte boczne drogi, piękna pogoda, majowa zieleń... to coś co tygrysy lubią najbardziej. Na wysokości Pasłęka docieramy do ekspresówki S7, która zawiedzie nas do domu. Przy węźle dostrzegam napis "Restauracja Nova". Czas na obiad. Miejsce godne polecenia. Choć to świat ślimaków pozostajemy przy wieprzowinie. Mój schaboszczak ledwie zmieścił się na talerzu, ale nie zmieścił się w żołądku :-) Przemiła pani kelnerka opowiada o ślimakowych produktach. Jest tu coś na ząb i są wyroby kosmetyczne. Kupiłem lekki krem do twarzy, oczywiście dla żoneczki, bo mojej nic nie pomoże.

Trzeba ruszać. Ponieważ zrobiło się późno polecimy S7. 280 kilometrów to dystans akurat na przetrawienie obfitego posiłku. Jacek umila sobie drogę słuchając muzyki z YouTube, ja poprzestaję na podziwianiu okolicy. O godzinie 22 żegnamy się pod MacDonalds'em w Wilanowie. Jackowi pozostało 45 kilometrów, ja już prawie w domu.
Dwa dni, jedna noc, a mamy wrażenie, że byliśmy na sporej wyprawie. Boczne drogi, słońce, zieleń, plaża, ognisko, morze, rybka, zamek w Malborku, ślimaki, ekspresówka... tyle wrażeń, że trudno usnąć. Sam smak motocyklizmu. Do następnego razu.
Piotr: Mam kilka wałków zdawczych do skompletowania z zębatkami i przeszlifowania nakrętek. Dacie radę to w miarę szybko ogarnąć?
Jacek: Pewnie. Podeślij, tylko napisz jakie zębatki mam dać. Skończyły się 20Z. Będą za kilka dni. Jeżeli chcesz takie, to musiałbyś chwilę poczekać.
Piotr: Ok. Może podjechalibyśmy na rybkę?
Jacek: Rybkę? Pewnie! Gdzie? Znam jedno miejsce w Piasecznie.
Piotr: Myślałem o wypadzie nad morze, na mierzeję wiślaną w okolicę Piasków. Wyjazd w piątek po robocie, nocleg na plaży, rybka w Krynicy i w sobotę powrót do domu. Razem około 800 kilometrów.
Jacek: W piątek nie mogę. Czy moglibyśmy polecieć w sobotę z rana? Spakowałbym się w piątek, wstałbym wcześnie i mógłbym być u ciebie między ósmą, a dziewiątą.
Piotr: Ok, tak planujmy. Po drodze można zawadzić o Malbork. Polecielibyśmy bokami. Motocykle zostawilibyśmy na parkingu leśnym w okolicy Piasków przy samej wydmie. Tam jest o tej porze roku cisza i spokój. Przekimamy się na plaży. Nie biorę nawet płachty. Posiedzimy przy ognisku. Może być?
Jacek: Bez namiotu? Ja wezmę namiot. Zwiedzimy zamek w Malborku?
Piotr: Możemy. Wałki poślę paczką. W dwóch chciałbym żebyście wstawili tuleje, przeszlifowali do nich wałki główne i spasowali to. Mam też do nich zębatki. W pozostałych tulejki zostają. Muszę kończyć. Do usłyszenia.
Jacek: Cześć!
W sobotę o ósmej info od Jacka "Ruszam". Umówiliśmy się na Orlenie niedaleko mojego domu. Trasę z Osiecka na Ursynów przemierzałem wielokrotnie. Wiem, że powinien zjawić się za około 50 minut. Przed dziewiątą ruszam. Na stacji Jacek akurat zatankował. Coś tam jeszcze poprawia w ubiorze. Chwila rozmowy przeciąga się do półgodziny. Jacek ma w głowie tyle pomysłów i tematów, którymi żyje, że nie mieszczą się pod czaszką i musi im dać ujście, gdy tylko spotyka uważnego słuchacza. Tym razem wkraczamy w świat makroekonomii i ekonomii małych firm. Klamrą spinającą te światy jest świat polityki połączony z zagadnieniami z pogranicza tego świata i kwestii duchowych. Taki koktajl dla osoby nieprzygotowanej mógłby być zabójczy. Choć mam do czynienia z tą mieszanką nie po raz pierwszy i tak czuję lekki zawrót głowy.
Ruszamy. Pierwszych 40 kilometrów wylotówką na Gdańsk. Od Kazunia spadamy na drogę wojewódzką. Słonko, błękitne niebo, boczne drogi o dobrej nawierzchni, luzik, cały dzień przed nami, w perspektywie nocleg na plaży... nie ma lepiej. Wisłę przekraczamy w Wyszogrodzie. Teraz kawałek 50'tką i skręt w drogę powiatową. Prowadzę przez Rypin. Tu dwie atrakcje. Śniadanie w knajpie i odwiedziny u miłej Pani w maleńkim sklepie na wlocie do miasta. Ile razy tędy jadę zawsze wpadam na soczek i krótką pogawędkę. Stajemy pod sklepem. Zanim zdjęliśmy kaski pozdrawia nas mąż Pani sklepowej. To bratnia dusza - motocyklista, tak jak i ich dwóch synów. Pani wita nas z uśmiechem. Lubię takie oswojone miejsca.
Brodnica, Iława, Malbork, Nowy Dwór Gdański i meldujemy się w Krynicy na obiecanej rybce. Tym razem wybór padł na "Strzechówkę", a w niej na sandacza. No Jacuś, dość biesiadowania i gadania, ogień na tłoki i dzida. Do celu kilkanaście kilometrów, a za 20 minut zrobi się ciemno. Lećmy!
Przed Piaskami skręcamy na leśny parking. Stoi tu kilkanaście kamperów. Koło jednego z nich zostawiamy motory i drepczemy na plażę zobaczyć zachód słońca. Zdążyliśmy w ostatniej chwili :-)

Przez chwilę podziwiamy widoki. Plaża pustoszeje. Zagadujemy panią łowiącą ryby. Robi krótki wykład co i jak się tu łowi o tej porze roku. Dziś zasadzają się z mężem na flądry. Gdy chciała pokazać nam jak wygląda zestaw okazało się, że żyłka była splątana. To nic, mąż poradzi sobie. PIOTREEEEK!!! Po chwili wszystko było naprawione. Z krótkiej rozmowy widać, że łączy ich wspólna pasja do ryb, natury, ciszy i spokoju. Bardzo sympatyczna para.
My tu gadu gadu, a przygotowania do biwaczku w lesie. Na szczęście nie wymaga on wielu działań. Mata rzucona na piasek, śpiwór, coś pod głowę i gotowe. W ciągu kilku minut ściągamy z lasu kilka gałęzi na ognisko. Niedaleko na plaży siedzi rodzinka skupiona wokół małego ogniska. Proszę ich o kilka żarzących się węgielków, które zabieram na pożyczonej łopatce. Po chwili na naszym biwaku płonie małe ognisko. Morze szumi, księżyc przyświeca, pojawiają się pierwsze gwiazdy, w oddali na zachodzie lekka łuna nad horyzontem - to Gdańsk, ciepło, wieje lekki wschodni wiatr, słońce które schowało się za horyzontem daje o sobie znać w postaci lekkiej poświaty na północy... bajka. Która to godzina? Zbliża się północ. Czas spać. Naciągamy śpiwory na głowy. Szum fal...

Poranek wita czystym niebiem i słońcem. Szybko robi się ciepło. Nasz apartament w 1000 gwiazdkowym hotelu jest bardzo rozległy i ma zapewniony widok na morze. Czy można chcieć więcej?

Jeszcze chwila lenistwa.

Wysuwam się ze śpiwora przed siódmą. Jacek też wstał, ale po krótkiej wizycie w lasku powrócił do "łóżka". Brodzę w wodzie, zbieram muszelki, likwiduję ślady po ognisku.

Sprawnie zwijamy biwaczek. Do Krynicy kilka kilometrów. Składanie się w dziesiątki zakrętów na pustej drodze wijącej się wśród lasu to piękny początek dnia. Czas na śniadanie. Tym razem wybór pada na "Milano". Jeszcze wizyta w sklepie z zabawkami, fotka z dzikami, rozmowa z kolejnym dawnym junakowcem i ruszamy w dalszą drogę.

Postój w Malborku. Jak najłatwiej zdobyć zamek? Długotrwałe oblężenie nie wchodzi w grę, wszak musimy na wieczór być w domu. Postanawiamy przekupić strażników. Naruszyliśmy poważnie budżet na kulturę na lata 2023 i 2024 wydając po 80 złociszy. Cóż, za przyjemności i naukę trzeba płacić. Trzy godziny przeleciały nie wiadomo kiedy. Warto byłoby zostać tu dłużej, ale czas nas goni.
Malownicze wąziutkie i kręte boczne drogi, piękna pogoda, majowa zieleń... to coś co tygrysy lubią najbardziej. Na wysokości Pasłęka docieramy do ekspresówki S7, która zawiedzie nas do domu. Przy węźle dostrzegam napis "Restauracja Nova". Czas na obiad. Miejsce godne polecenia. Choć to świat ślimaków pozostajemy przy wieprzowinie. Mój schaboszczak ledwie zmieścił się na talerzu, ale nie zmieścił się w żołądku :-) Przemiła pani kelnerka opowiada o ślimakowych produktach. Jest tu coś na ząb i są wyroby kosmetyczne. Kupiłem lekki krem do twarzy, oczywiście dla żoneczki, bo mojej nic nie pomoże.

Trzeba ruszać. Ponieważ zrobiło się późno polecimy S7. 280 kilometrów to dystans akurat na przetrawienie obfitego posiłku. Jacek umila sobie drogę słuchając muzyki z YouTube, ja poprzestaję na podziwianiu okolicy. O godzinie 22 żegnamy się pod MacDonalds'em w Wilanowie. Jackowi pozostało 45 kilometrów, ja już prawie w domu.
Dwa dni, jedna noc, a mamy wrażenie, że byliśmy na sporej wyprawie. Boczne drogi, słońce, zieleń, plaża, ognisko, morze, rybka, zamek w Malborku, ślimaki, ekspresówka... tyle wrażeń, że trudno usnąć. Sam smak motocyklizmu. Do następnego razu.