Dzień dziewiąty poniedziałek 12 września 2022

Rano leniwa kawa.

Albania Mirasia

Ja, Piotrek, Kamyk i Arek postanawiamy wybrać się do Grecji, wszak to tylko 15 km do granicy. Jerry z dziewczynami idzie na plażę. Bogi za karę musi doprowadzić Junaka do porządku, bo już dość jazdy na przyczepce. Cały czas mu przerywa. Mam w zapasie zmodyfikowaną świecę i wręczam mu ją. Jak się później okazało do końca wyprawy Bogiego Junak nie buntował się. Modyfikacja świecy jest pomysłem naszego wałbrzyskiego guru junakowego Gerarda. Polega na lekkim spiłowaniu środkowej elektrody pod kątem mniejwięcej 45 st. W ten sposób jest zmieniona mapa zapłonu i zdaje ona egzamin.

Albania Mirasia

Po porannej kawce w czterech się kopie, się pali, się jedzie. Pogoda marzenie, cieplutko, lekki wiatr znad morza. Wyjeżdżamy z Ksamil na południe, w stronę Butrintu . Po drodze parę fotek po meczetem (wszak dla niektórych to egzotyka).

Albania Mirasia

Po paru kilometrach dojeżdżamy do rzeki, przez którą można się przedostać promem. Prom malutki, taki na cztery samochody. Chwilę oczekujemy na swoją kolejkę. Nasze Junaki wzbudzają duże zainteresowanie wśród turystów, na tyle duże, jedna dość atrakcyjna siada na Piotrkowego i już jest sesyjka. Kupa pytań, kupa śmiechu. Przychodzi nasza kolej, przeprawiamy się na drugą stronę.

Albania Mirasia

Jeszcze tylko kilka kilometrów i jest granica między Albanią i Grecją. Odprawa na granicy przebiega bezproblemowo i już śmigamy wzdłuż morza Jońskiego. Woda ma zupełnie inny kolor niż w Chorwacji. Jest głęboko turkusowa. Dojeżdżamy do maleńkiej osady Sagiada. Tutaj podjeżdżamy pod samo morze. Parę fotek na pamiątkę, Piotrek jak zwykle, rozbiera się i już się kąpie.

Albania Mirasia

Albania Mirasia

W małej tawernie Skaloma zamawiamy napoje i prawdziwą sałatkę grecką (ryby po grecku nie mieli). Tutaj czas stanął w miejscu. Nikt się nie spieszy, kelner leniwie się porusza, słoneczko świeci, ktoś obok coś konsumuje, my siedzimy przy stoliku i obserwujemy przyrodę. No sam smak... Teraz jak to piszę, to mam ciarki na plecach. Warto dla tej jednej chwili przemierzyć całą Europę, to był jak się potem okaże najpiękniejszy dzień w całej wyprawie. Po chyba dwóch godzinach płacimy rachunek (całe 36E na czterech) i leniwie ruszamy w drogę powrotną.

Albania Mirasia

Albania Mirasia

Po drodze zjeżdżamy parę metrów na plażę. Okazuje się, że jest tu nieczynny dawny kemping. Nie ma lepiej. Rozbieramy się do majtek i siup do wody, rozkosznie jest zanurzyć się we wrześniu w ciepłych, morskich turkusach. Po chwili wykręcamy majty, strzelamy z klamek i znów odprawa na granicy.

Albania Mirasia

Albania Mirasia

Po przyjeździe trochę lenistwa. Bogi niby usunął awarię... zobaczymy?? Wieczorem idziemy na kolację, robimy zakupy. Zawsze jak jestem w takich krajach, to cholernie lubię kupować ichnie przetwory, czyli papryki faszerowane, jakieś kapusty, oliwki tak dobre, że najlepiej smakują do destylatów i inne frykasy. W Polsce smakują wybornie.

Znowu nikt nie chrapał, chyba, że u Arka w pokoju?


<< dzień ósmy      dzień dziesiąty >>