Żelazny Tyłek 1000 mil/24h
Jako nastolatek dostałem na urodziny zbiór wierszy Mariana Załuckiego. Wiersze jako prezent dla chłopaka? Podziękowałem grzecznie i uśmiechnąłem się tak, żeby darczyńcy zdawało sie, że to szczery uśmiech, ale szczerze mówiąc nie zamierzałem nawet zaglądać do środka. Jednak musiałem zajrzeć, bo do dziś, choć minęło lat z górą czterdzieści, potrafię zacytować fragment jednego z wierszy. Szło to tak:
Szanowni Panowie!...
Nie po to medycyna
przedłużyła nam życie,
żebyśmy tylko młodym
zazdrościli skrycie,
lecz – jak zalecają nam seksuolodzy –
s a m i swych dzikich zmysłów
nie trzymali na wodzy.
I czy chcemy, czy nie chcemy,
czy nas stać, czy nas nie stać –
właściwie aż do końca
nam nie wolno zaprzestać!
Bo człowiek w całym życiu
pełnym zmagań i burz
dwa rodzaje radości
ma w swoim rejestrze:
najpierw, że taki młody – aż już...
Potem, że taki stary – a jeszcze!
Który z nas pierwszy na to wpadł? Nie pamiętam, ale co jakiś czas jeden nagabywał drugiego. Jedziemy? Ostatnio podzieliliśmy się na liście Dzikiego Junaka naszym pomysłem. Zapowiedzieliśmy nawet, że gdy tylko noce będą ciepłe i zapowiedzą okno pogodowe startujemy. Kwiecień i maj tego roku nie rozpieszczały. Najpierw zimno, potem deszczowo i burzowo. Mijały tygodnie i ciągle okno pogodowe się odsuwało. W połowie maja w prognozach pojawiły się zapowiedzi poprawy pogody.
Pod koniec maja miała miejsce mniej więcej taka konwersacja: Krzychu jutro start? Jaki start? No wiesz jaki. A, ten? Dobra, może być jutro. Tyle trzeba było, żeby podjąć próbę.
Zameldowałem się na Księżycu ze śpiworem. Po drodze zmokłem, ale przez noc strój powinien wyschnąć. Krzych jest zawsze gotowy i śpiwór ma w samochodzie. Mamy plan. Śpimy do 3:30, pobudka, po kanapce i o 4:00 dzida. Od początku jednak nie szło najlepiej. Musiałem zrobić mały serwis motocykla. Zacząłem około 22 i przeciągnął się do 23:30. Ząbki, paciorek i spać, bo za 3 godziny z małym hakiem pobudka. Krzych zaległ w pokoju serwisu osprzętu, ja postanowiłem spać na górze u Canaletta. Zapach lakierów powinien ułatwić zasypianie. Jednak za ścianą zaprzyjaźnieni mechanicy działali pełna parą. Do nocnego wysiłku dopingowali się głośnymi pokrzykiwaniami (nie zawsze cenzuralnymi) i jeszcze głośniejszą muzyką. O 2 odnieśli sukces i odpalili auto, do którego wkładali nowy silnik. Ryk diesla na wysokich obrotach i wiwaty mechaników wyrwały mnie z lekkiej drzemki. I choć o 2:30 zaległa cisza, to do 3:30 nie mogłem już usnąć. Nerwy? Pewnie tak.
Wyjrzałem za drzwi, a tam ściana deszczu. No to po zawodach.
Jak się okazało ziarno padło na dobry grunt, bo o wyzwaniu zaczął myśleć również Kangur, i to on (na dodatek z wozem) zrobił to jako pierwszy. Ze względu na korki i ograniczenia wynikające z jazdy z wozem miał lekkie przekroczenie limitu czasu, ale naszym zdaniem 10% tolerancji nie umniejsza sukcesu.
Minął miesiąc. Kolejna zapowiedź okna pogodowego. Ślę mail do Krzycha:
Wyglada na to , ze w piątek bedzie okno pogodowe. Twoj motocykl w zyciowej formie. W moim jutro naciagne lancuch i doleje oliwy. My juz mlodsi nie bedziemy. Poprobujemy?
PiotrCSBC
Po chwili nadchodzi odpowiedź:
Dobrze, że zaznaczyłeś o tej młodości ...
Śpiworek i materac zaraz spakuję :-))))
Tylko jutro w ciągu dnia muszę odstawić Wnusi Jowelek do serwisu :-)))
Znaczy jutro po południu jadę do domu się wykąpać i wracam na Księżyc spać :-)))))
Egon, Klawo jak cholera :-))))
PozdrCSBK54
Wieczorem zatwierdzamy trasę, kalkulujemy czasy i porównujemy to z prognozą opadów. Wygląda na to, że do Krakowa po suchym, potem na południu być może zahaczymy o burze, ale im dalej na północ tym prawdopodobieństwo zmoknięcia będzie malało.
Trasa: Warszawa, Kraków, Wrocław, Zielona Góra, Szczecin, Koszalin, Gdańsk, Płońsk (tu przekroczymy 1.000 mil, a dokładnie 1612 km), Warszawa (1660 km).

Na razie startujemy do Żabki po jedzonko. Ciepły wieczór, kolacja na dworze, znikają ostatnie wątpliwości :-) Plan na jutro to pobudka o 5:15, śniadanie i start o 6. Proste? Proste!

Odpaliliśmy o 5:50. Pierwsze kroki na Orlen. Tankowanie i fotka dokumentująca start. Ma na niej być licznik i kwit ze stacji z datą i godziną. Jest 26 czerwca 2020 roku godzina 6:05

26-06-2020 6:05, licznik 73525, start
Pierwszych 200 km zgodnie z przyjętymi przed startem założeniami: prędkość ok. 85km/h, tankowanie co 200 km, co powinno zająć 2,5 godziny, 20 minut na rozprostowanie kości i dalej. 8 odcinków po 200 km i 3 godziny powinno zapewnić sukces. Bułka z masłem.

2020-06-26 08:51, licznik 73649, dystans 224 km
Do Krakowa niecała stówka. Czas i dystans zgodne z planem. Dobra nasza. Przyroda postanowiła nie przeszkadzać. Chmury z prawej i lewej, a przed nami czysto. Wpadamy w krakowskie korki. Tu Kangur stracił mnóstwo czasu. Nas na solówkach korki nie wstrzymują. Przemykamy się dzielnie ugruntowując wśród "krakusów" opinię o manierach kierowców z Warszawy.
Przed Gliwicami na naszej drodze stanęła czarna chmura rozświetlana błyskawicami, z wiszącymi pod nią smugami deszczu. Wbijamy na parking i wciągamy przeciwdeszczówki. Od tego momentu junak Krzycha nieco zaniemógł. Nie chce odpalić. Kopanie, kopanie, kopanie i JEST!!! Ruszamy. Wiatr szarpie kierownicą, pierwsze krople deszczu, a po chwili urwanie chmury. Patrzę w lustro - nie ma Krzycha. Przez strugi wody dostrzegam żółtą postać na poboczu autostrady. Zostawiam motocykl i gnam pasem awaryjnym. Spod kół aut fontanny wody. Krzych odczynia wszystkie znane rytuały i pod nosem wymawia wszelkie znane zaklęcia. W pewnym momencie JEST!!! Siadam jako pasażer i jedziemy do mojego junaka. Nie czekaj tylko startuj. Zaraz Cię będę gonił. Dogoniłem tym łatwiej, że akurat silnik znowu zgasł. Kolejne minuty prób, wykręcenie świecy, benzyna na tłok, zmiana świecy, rzut oka do iskrownika, zmiana przerwy na świecy, kopanie, kopanie.... i JEST!!!
Lecimy. Po kilku kilometrach buuuuuu i stop. Krzychu popróbujmy jakiś zmian. Masz suchą świecę? Zmieńmy komorę gaźnika na moja zapasową. Może to coś da? Kopanie, pchanie, pchanie, kopanie, kopanie.... i JEST!!! Nie czekaj tylko startuj. Zaraz Cię będę gonił. Dogoniłem tym łatwiej, że akurat silnik znowu zgasł. Masz może gaźnik na zapasie? Krzycha mina mówi wszystko. Zawsze ma jeden lub dwa, nie mówiąc o kilkunastu kilogramach innych części. Tym razem zostały na Księżycu. Następuje szybka zamiana całych gaźników. Mój do Krzycha, jego do mnie. Kopanie, pchanie, pchanie, kopanie, kopanie.... i DUPA!!! Za kilometr powinna być stacja. Zjedźmy z drogi, bo autostrada to nie jest bezpieczne miejsce na poszerzony serwis. Krzych niechętnie wyciąga taśmę do holowania, ale właściwie nie mamy wyboru.
Tankowanie i szybki serwis. Co teraz? Krzychu wsadź mój zapasowy iskrownik. Co robisz durną minę? Zawsze w końcu to robimy i dojeżdżamy do domu :-)

2020-06-26 14:13, licznik 74016, dystans 491 km
Szybkie wprawne ruchy. Gaźnik na miejscu. Teraz ustawienie zapłonu. Jakiś stojący z boku kibic z pieskiem, widząc nasze wysiłki, dopytuje się czy mamy paliwo. MAMY!!! A może trzeba zmienić świecę? ZMIENIONA!!! Inny przyjaźnie zagaduje i pyta, ile jeszcze mamy do przejechania? Zostało 1280 km, odpowiadam nie odrywając się od pracy. Odpuścił dalsze pytania. Chyba potraktował tę odpowiedź jako niegrzeczne odburknięcie. Krzych nerwowo zerka na zegarek. Damy radę? Co tam się zastanawiać. Damy w 24 godziny, czy nie, ale pętlę trzeba dokończyć. Kopanie, pchanie, pchanie... nie mam już siły, ale w ostatniej chwili odpalił. Po kilku metrach zgasł. Kilka wdechów w celu uregulowania oddechu. Tym czasem Krzych kopnął i odpalił. Dobra nasza. Dzida.
Lecimy. Ile czasu zużyliśmy na serwisy? Wychodzi, że około 2 godzin. To znaczny procent czasu, który mieliśmy na odpoczynki. Nie będziemy więc odpoczywać. Wrocław mijamy z dwugodzinnym opóźnieniem. Od tego momentu na postojach tylko tankowanie, ogień na tłoki i dzida. Żadnego siedzenia, jedzenia czy kawki.
Kolejna burza. Stajemy pod wiaduktem i wciągamy przeciwdeszczówki.
Co to, znowu problem? Krzych przechyla się do przodu i maca lampę. Właśnie rozprysło się szkło reflektora. Jeszcze przed Krakowem spod kół jadącej przed nami ciężarówki wyskoczył kamień i uderzył w szybe reflektora. Szkło popękało, ale zostało na miejscu. Teraz rozleciało się na kawałki. Stajemy na chwilę. Tu nic nie poradzimy. Autostrada to nie miejsce na takie zabawy. Ściągamy stroje przeciwdeszczowe (to ich ostatnie użycie jako ochrona przed wodą) i dzida.
Dalej było już z górki. Problemy techniczne ustąpiły. Musieliśmy podnieść prędkość do 90-95 km/h, a dystans między tankowaniami wydłużyć do 280 km. Więcej nie bardzo się dało, bo mój motocykl zaczął palić (to Krzychowy gaźnik) jak smok, ale te 280 km pozwoliło zmniejszyć liczbę tankowań do siedmiu. Zawsze coś, gdy gra idzie o minuty.
Na kolejnej stacji Krzych uprosił panią kasjerkę o nożyczki i przezroczystą taśmę. Sztywna folia po żarówkach znaleziona w śmietniku zastąpiła fragmenty wytłuczonego szkła reflektora. Od tego momentu świecił on lepiej niż gdy był cały.
Szczecin mijaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Koszalin z piętnastominutowym, a na wysokości Gdańska byliśmy już prawie o czasie. Oczywiście nadal nie było mowy o takich luksusach jak jedzenie czy picie. Tankowanie, kasa, siusiu (o ile absolutnie koniecznie) i w drogę.
1000 mil osiągnęliśmy na wysokości Płońska. Była 5:56. Do pełnych 24 godzin zostało jedenaście minut. Za nami 1.612 km

27-06-2020 05:54, licznik 75137, dystans 1612 km

Zmęczeni, ale szczęśliwi :-)
Postaramy się zarejestrować naszą trasę i uzyskać certyfikat Iron Butt Associacion. Kombinujemy też nad samozwańczym "przyznawaniem" honorowych odznak naszego polskiego junakowego żelaznego tyłka. Uwaga, zanim wsiądziecie i odpalicie na taką trasę koniecznie pomyślcie o bezpieczeństwie. Tu, wbrew pozorom, nie ma żartów. O wypadek nietrudno. Pierwsze oznaki senności to ewidentny sygnał, że trzeba stanąć!!! Zresztą to dotyczy każdej dłuższej trasy.
Podsumowując. Czy była to frajda? BYŁA!!! Czy junaki dają radę? DAJĄ :-) Nie ma lepiej, sam smak motocyklizmu :-))))
A co teraz?
I czy chcemy, czy nie chcemy,
czy nas stać, czy nas nie stać –
właściwie aż do końca
nam nie wolno zaprzestać!
Bo człowiek w całym życiu
pełnym zmagań i burz
dwa rodzaje radości
ma w swoim rejestrze:
najpierw, że taki młody – aż już...
Potem, że taki stary – a jeszcze!