piątek 26.04.2024

Chłodny, słoneczny poranek. Jacenty po trudach wielomiesięcznej pracy na dwie zmiany śpi smacznie, ja ruszam na łowy. W googlowej mapie wypatrzyłem w pobliskiej wiosce sklep, który otwierają o 6. Został jeszcze kwadrans. To akurat tyle, ile trzeba żeby leniwym krokiem dotrzeć na miejsce.

Punkt szósta otwierają się drzwi sklepu. Ahoj! Ahoj! Ahoj! rozbrzmiewa dookoła. Jak to w małej miejscowości, wszyscy się znają i pozdrawiają. Wyczytałem w necie, że Czesi, jeden z najbardziej zlaicyzowanych narodów świata, być może z czystej przekory postanowili, by w codziennych pozdrowieniach przywoływać imię Stwórcy. Według niektórych źródeł AHOJ to skrót od łacińskiego wyrażenia Ad HOnorem Jesu! (Ku chwale Jezusa!). Czy to prawda? Bóg i Czesi raczą wiedzieć.

Mamy wszystkie produkty na śniadanie, ze sklepu potrzebujemy tylko wody. Przy kasie uśmiech i uniwersalne Ahoj :-) Po powrocie na biwak zwijam matę oraz śpiwór i wstawiam wodę na herbatę i obowiązkową kawę.

W namiocie Jacka słychać ruch. Po chwili zamek w drzwiach otwiera się i widzę uśmiechniętą gębę :-) Pietrucha, ale zmarzłem! Musiałem wciągnąć bluzę, a na głowę komin. Choć, czeka gorąca woda. Nasyp sobie kawy do kubka. Pokaż jaki masz śpiwór. Jacenty, to śpiworek przeznaczony na ciepłe noce. Patrz, oznaczenie +20 temperatura komfortu. Na przyszłość musisz sobie sprawić coś cieplejszego, a teraz miej pod ręką kurtkę. Sporo daje narzucenie czegoś na grzbiet.

Siadamy wygodnie przy stole pod wiatą. Na stół wjeżdża skrzyneczka z wiktuałami. Chleb, masło, podsuszana kiełbasa krakowska, ser... Z parującym kubkiem herbaty w dłoniach przez chwilę odpływam. Mógłbym powiedzieć, że nie ma lepiej, gdyby nie SMS z wiadomością od żoneczki. Mógłbym powiedzieć... gdyby nie ten SMS.

Lekka zmiana planów. Zamiast przez Mikulov pojedziemy przez Znojmo. Gdzie dziś wypadnie postój na noc? Kto to wie. Jutro chcemy połazić po Wenecji. Trzeba podciągnąć się jak najbliżej. Realnie powinniśmy dociągnąć gdzieś w okolice granicy austriacko włoskiej. Na razie proszę TomTomka o poprowadzenie nas w kierunku Villach, z opcją trasy "ekologicznej" omijającej autostrady.

MC 2024

Pojedli? Popili? To dać psu mordy oblizać i w drogę. Pakujemy graty do worów, wory na bagażniki. Zanim ruszymy wysyłam mail na adres wypisany na karteczce przypiętej do zamkniętych drzwi, prosząc o informację jak możemy zapłacić za nocleg. Zwrotnie dostaję automatyczny mail informujący o nieprawidłowym adresie. Mówi się trudno, próbowałem.

Jeszcze jeden obowiązek przed nami. Koniecznie powinniśmy wymienić olej w Jackowym Junaku. Ustalamy, że poszukamy serwisu samochodowego gdzie można byłoby zlać zużyty olej. Ruszam, Jacek za mną. Co jakiś czas rzucam okiem w lustro. Niewielkie miasteczko. Naraz orientuję się, że Jacek znikł. Gdzie? Zawracam. Na wlocie do miasteczka, w jakiejś bramie wiodącej do grupy technicznych budynków widzę zgubę. Okazało się, że Jacenty wypatrzył w otwartych drzwiach kilka maszyn i uznał, że w niewielkiej fabryczce z pewnością da się pozbyć zużytego oleju. Stoi teraz otoczony wianuszkiem widzów ciekawych naszych Junaków i coś tam im opowiada. Dołączam do tej gromadki. Po chwili jeden z pracowników przynosi sporych rozmiarów kuwetę oraz szmaty do wytarcia rąk. Podchodzi do nas pan z pieskiem. Okazuje się, że to właściciel tej warsztato-fabryczki produkującej części do Scanii i DAF. Po wymianie oleju częstują kawą i zapraszają na zwiedzanie.

Junak Jacka po przebiegu 850 kilometrów od remontu silnika uznany został za dotarty. Oczywiście nie będziemy go gonili z maksymalną prędkością, ale 80-85 km/h nie powinno mu zaszkodzić. Jacek "dorasta". Rok temu siadał na świeżo złożony motor i z błogim uśmiechem upajał sie prędkością. Teraz tłumaczy mi: "Pietrucha, trzeba jechać tak, żeby osiągnąć cel, a nie pogonić przez kilkanaście kilometrów 115 km/h, a potem mieć kłopot z przytartym tłokiem." Święte słowa.

Wiosna, Morawy, łagodne wzgórza, soczysta zieleń przeplatana żółcią kwitnącego rzepaku... wydaje się, że piękniej już nie może być. Gdyby nie ten SMS...

MC 2024

Na flagsztoku pojawiła się kolejna flaga.

MC 2024 
Na horyzoncie majaczą ośnieżone szczyty. Wspinamy się i zjeżdżamy w dół krętymi drogami. Las, łąka, strumień, maleńka miejscowość. Czy może być piękniej? Czasami stajemy tylko po to żeby nasycić wzrok kolejną bajkową perspektywą. Około południa dopada Jacka przemożna potrzeba drzemki. Piotruś, tylko piętnaście minut. Na piętnastu się nie skończy, ale nie ma co żałować. Niech sobie odpocznie. Młodość ma swoje prawa. Ja gapię się w przestrzeń. Czy może być piękniej?

MC 2024

Przecinamy Dunaj i przez pewien czas jedziemy wzdłuż rzeki. Spektakularne widoki, stare zamki i majestatyczne budowle. Wszystko jak z prospektów biur podróży.

MC 2024

Przejazd przez góry bocznymi drogami. Kolejne góry coraz wyższe, a biegi przy ich zdobywaniu coraz niższe. Na poboczu auta ze śnieżnymi czapami. Wdrapaliśmy się wysoko. Kilka kilkunastokilometrowych podjazdów na dwójce i jedynce zrobiło na moim Junaku wrażenie. Skrzynia zaczęła nie tyle wyć, co ryczeć. Na szczęście Jacek zatrzymał się na chwilę i wtedy sprawdziłem ile nie mam oleju w skrzyni :-) Nie miałem. Gdzie się podział? A może wcale go tam nie było? Po dolaniu wycie znikło. Mam nadzieję że bardzo jej nie zaszkodziłem. Wieczorem przypomniałem sobie jak z tym olejem było. Przed wyjazdem zmieniłem olej w silniku. Planowałem też wymianę w skrzyni, ale przy okazji stwierdziłem, że uszczelniacz wałka startera wysunął się ze swojego gniazda i olej wyciekał. Poprawiłem uszczelniacz, ale w ferworze walki nie zalałem skrzyni nowym olejem. Trochę starego zostało, lecz wystarczało to do pracy skrzyni na czwartym biegu. Wtedy koła nie przenoszą mocy i kręcą się bez obciążenia. Gdy do pracy zaangażowana była jedynka i dwójka skrzynia zawyła z bólu.

Szybkie zakupy. Chleb, wędlina, woda. Jacek ma wyczulone oko na obsługę, zwłaszcza gdy jest to ładna dziewczyna :-) Żeby  przedłużyć miłe chwile w klimatyzowanym wnętrzu prosi o wskazanie lokalnego piwa. Dziewczyna zgrabnie przemyka się między półkami, a my idąc za nią podziwiamy... biegły angielski.

Zrobiło się późno. Do Włoch dziś nie dociągniemy. Trzeba pomyśleć o noclegu. Poszukamy czegoś pod dachem. Dzięki temu możemy pociągnąć dłużej, bo nie trzeba będzie za dnia szukać miejsca na biwak. Po drugie usprawni to jutrzejszy start eliminując zwijanie namiotu, materacy, pakowanie gratów. Gdyby jeszcze dało się zjeść tam kolację i śniadanie byłoby idealnie. Warunki te może spełnić gasthof. Wspomagam się aplikacją Park4Night. Znajduję kilka potencjalnych miejsc wzdłuż trasy. Do pierwszego z nich mamy około 120 kilometrów. Jacuś mam coś. To już niedaleko, jakieś 80 kilometrów. Damy radę!!! Liczę, że dzięki temu sprytnemu manewrowi do celu dociągniemy jednym skokiem. 80 km to godzina z małym hakiem, a gdy po jakimś czasie mój towarzysz zorientuje się, że już dawno powinniśmy być na miejscu do celu pozostanie naprawdę niewiele. Sprytne?

Gasthof Götzl-Rosenkranz w Scheifling osiągamy około dziewiątej wieczorem. Rodzina właścicieli siedzi za stołem przy kolacji. Rodzice, dzieci, wnuki. Jesteśmy jedynymi gośćmi. Nestor rodu pokazuje pokój. Jest super. Stary dom, wyposażenie jeszcze nie antyczne, ale już nie współczesne, czyściutko, cieplutko, choć na dworze tylko z pięć stopni. Pytamy o możliwość zjedzenia czegoś ciepłego. Miły pan mówi, że musi porozmawiać z żoną. Po chwili wraca z dobrą wiadomością. Gospodyni przygotuje dla nas winersznycle z ziemniakami i sałatkę. Do tego piwo dla Jacka (ja herbata) i z głodnym można porozmawiać.

MC 2024

Syci wrażeń siedzimy przy piwie i gorącej herbacie w sali jadalnej pełniącej też rolę baru i rozmawiamy z synem gospodarza. Sezon trwa u nich od maja do września. Nastawiają się na rowerzystów pokonujących górskie trasy biegnące tu aż z Salzburga. Poza sezonem praktycznie nikt tu nie zagląda.

Szybki prysznic i kończymy drugi dzień podróży. Czy damy radę zasnąć po tylu wraże...  Zasypiamy natychmiast. 


<< czwartek         sobota >>