Heviz (H) podróż do wód

Korespondencja z listy DJ

We czwartek po pracy lecimy do (baczność!) Wodza. Nocleg w willi Stokrotka. W piątek dojazd i romantyczna kolacyjka w Heviz. W sobotę po śniadaniu 3-4 godziny pławienia się dla zdrowotności i powrót. Bierzemy z Olkiem śpiworki i jakieś płachty licząc na miły nocleg gdzieś w polskich górach. W niedzielę dom.
Pozdr PiotrC

----------------
Witka, mam nadzieje, że węgierscy Podróżnicy są już w domach, bo ostatni sygnał otrzymałem około 11 godziny z Żywca. Nie chcę się przed szereg wpychać, ale wiem, że było ciekawie, znaczy po Junakowemu :-))) PiotrCuś ! Opowiedz cóś !
Pozd K54

----------------
Pielgrzymka do sanktuarium Stokrotka i relolekcje u Wodza, piękna pogoda, w nocy i rano około zera więc chłodnawo, 3 godzinna kąpiel w ciepłym jeziorze, 2 godzina naprawa motocykla przed eleganckim hotelem okraszona kałużą z ok. 1,5 l oleju (posypałem liśćmi  i piaskiem więc olej powinien się wchłonąć) zakończona sukcesem, 3,5 dnia, 2200km, większość trasy 90-95 km/h,  od Piotrkowa do domu 135 km w równe 1,5h  (w tym korek z aut powracających z weekendu),  junak, bmw GS 1200, kawasaki vulcan, 00000 na liczniku (300.000 km od 2007 roku) ... sam smak motocyklizmu :-)
Pozdrawiam PiotrC


Krótko i na temat, tak więc nie bardzo jest co dodawać i upiększać, ale dla późniejszego wspomożenia zawodnej pamięci kilka słów opisu.

Dawno, dawno temu, za siedmioma .... na stacji Orlenu w Wejherowie poznałem przesympatycznego motocyklistę. Hirek wraz z kolegą śmiga po Polsce i Europie motocyklami BMW GS 1200, ale z sentymentem spogląda na junaka, przez co natknął się na opisy moich i Krzycha przygód. Pogadaliśmy chwilę wsparci o dystrybutor i umówiliśmy się na spotkanie w restauracji "Świętoszek Tartuffe" na Starym Mieście w Warszawie wraz z towarzyszami motocyklowych wypraw. Miejsce nieprzypadkowe, bo Hirek jest właścicielem tego klimatycznego lokalu. Po kilku tygodniach spotkaliśmy się w restauracyjnym ogródku na Rynku Starego Miasta we czterech. Kelnerzy oraz szef kuchni musieli wykazać się bezgraniczną cierpliwością w myśl zasady "obsługujemy do ostatniego gościa", w czasie gdy my snuliśmy wspomnienia. Jako się rzekło było to "dawno, dawno temu" w czasach, w których nikt nie słyszał o lockdown'ie, szczepionkach i maseczkach.

Późnym latem tego roku skontaktowaliśmy się powtórnie. Z drżeniem serca spytałem o los Świętoszka. Jest i działa mimo pandemii, lockdown'u i maseczek. To dzięki determinacji Hirka, i jak się spodziewam świętej cierpliwości jego żony. Przez wiele miesięcy zamknięty na trzy spusty lokal wymagał finansowania na poziomie minimum dwóch junaków po renowacji (i to z papierami) miesięcznie, i tak przez ponad rok. Ponad 20 junaków!!! Kogo na to stać? Miłośnicy starej polskiej motoryzacji wiedzą jak wielka jest to kwota. Przy desce serów okraszonej wiśniami z firmowej nalewki oraz łososiu Hirek zaproponował wspólny wypad po zdrowie i siły "do wód", a dokładnie do miejscowości Heviz na Węgrzech. Jest tam niewielkie jeziorko zasilane gorącymi źródłami słynące z leczniczych właściwości, co doceniają rzesze emerytów z całej Europy. Mieliśmy jechać we czterech w połowie września, ale jak to w życiu, wyjazd przesunął się na połowę października, a na dodatek połowa pierwotnego składu wypadła.       

Heviz

Na trzy dni przed wyjazdem zadzwoniłem do Olka. Ten to ma zaufanie do (dużo) starszego brata. Już po pięciu minutach rozmowy wstępnie zadeklarował chęć wzięcia udziału, oceniając szanse na 51%. Gdy po kwadransie żegnaliśmy się szanse wzrosły do 55%. Natychmiast zadzwoniłem do "żelaznej damy" z willi Stokrotka w Zakopanem rezerwując jeden pokój. Poinformowałem też Wodza o chęci nawiedzenia sanktuarium Junaka w Zakopanem i złożenia hołdu lennego. Wódz i "żelazna dama" to małżeństwo. Wódz społecznie dowodzi niesforną grupą "Dziki Junak", a żona dowodzi Wodzem oraz willą Stokrotka, gdzie każdy junakowiec znajdzie miejsce na chwilę wypoczynku w ciepłej domowej atmosferze u podnóża Tatr.

We środę szanse ostatecznie wzrosły do 100%. Olek zaakceptował plan podzielenia trasy na dwa etapy. We czwartek po robocie do Zakopanego, a w piątek dokończenie trasy. Hirek początkowo miał lecieć z nami, ale ostatecznie ważne czwartkowe spotkanie zmusiło go do zmiany planu. Postanowił wstać o pierwszej w nocy i ruszyć o drugiej na spotkanie z nami. Umówiliśmy się w Chyżnem. Prognozy pogody wskazywały, że będziemy mieli okienko pogodowe. Trzy dni z przewagą czystego nieba. Oczywiście o tej porze roku wiązało się to z niską temperaturą w nocy, a właściwie brakiem temperatury, bo czy 2-3 stopie Celsjusza można nazwać temperaturą?

Z Olkiem umówiłem się w Nowym Mieście nad Pilicą. To mniej więcej równy dystans z Warszawy i Łodzi. Zjedliśmy tu obiadek, i po krótkiej rozmowie z panem, który za młodu jeździł WSK'ą przez okrągły rok mieszkając w Rawie Mazowieckiej, a studiując w Warszawie, polecieliśmy w kierunku Zakopanego. Piękne żółte i czerwone drzewa, trochę słonka, krajobrazy bajkowe... Kraków przecięliśmy już po zmierzchu. Nie utknęliśmy w korkach, ale mocno nas spowolniły. W gęstym ruchu na wylocie w kierunku Zakopanego byliśmy najszybszymi pojazdami. Zazwyczaj pędzą tam po słynnych winklach ścigacze, ale nie wiedzieć czemu teraz ich nie było i musieliśmy ratować honor motocyklistów. Swoją drogą znani z oszczędności "Krakusy" wydali spore sumy na ustawienie wielu znaków (50) przed przejściami dla pieszych, ale ani jeden samochód nawet nie pomyślał, żeby to ograniczenie respektować. Wydatek zupełnie nietrafiony. Ciekawe jak tamtejsi piesi zachowują status "nietrafiony"?

W Stokrotce zameldowaliśmy się kwadrans po 21. Jak w "Panu Tadeuszu" Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa, W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań, Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań. Gdy się pan Jacot dosyć napytał, nabadał... siedliśmy do pysznego bigosu i siedzieliśmy tak gadając do późna w nocy. Trudno było przerwać, ale w końcu rozsądek przeważył i dobrze po północy pożegnaliśmy się z Wodzem i powędrowaliśmy na górę.

Wstaliśmy o 5:30 i o 6:15 odpaliliśmy maszyny.

Stokrotka

Stokrotka

Przed Kirami w pierwszych promieniach słońca zobaczyliśmy płaty śniegu. To pamiątka po zeszłotygodniowym opadzie. Nerwowo szurałem podeszwą po asfalcie, ale tarcie wydawało się być satysfakcjonujące,  szron osadzał się tylko na łąkach. W Chyżnem zameldowaliśmy się o 7, i mimo płynących z głośników skocznych taktów góralskiej muzyki z przyjemnością zasiedliśmy do jajecznicy w ciepłym wnętrzu zajazdu. W tym czasie Hirek toczył heroiczny bój z chłodem i sennością. Bój był zwycięski i o 8:15 nastąpiło spotkanie. Teraz Hirek zaatakował jajecznicę. Należało mu się po nocnej jeździe. Twardy zawodnik. Popił kawką i o 9 byliśmy gotowi do drogi.

w drodze do Heviz

Jeszcze tankowanie do pełna, ogień na tłoki i dzida. Na Słowacji trochę słonka, trochę chmur i dość chłodno. Chcieliśmy rozgrzać się kawą na tutejszym CPN'ie, żeby nie dostać kataru lub zapalenia gardła, ale tu z chorobami, a właściwie jedną, nie ma żartów. Jeżeli komuś zimno to może wypić kawę, ale tylko na zewnątrz. Na nic zdały się tłumaczenia, że zmarznięci, że motocykliści, że można się przeziębić i zapaść na Covid. Trudno, możecie sobie zapaść, ale zgodnie z prawem na dworze. Kawy nie wypiliśmy.

W pewnym momencie wydawało mi się, że mam halucynacje. Z daleka zobaczyłem niecodzienny obrazek. Przy drodze stała dziewczyna i opierała się o drzwi. Tylko ona i te drzwi. Mijając zauważyłem, że trzymała się klamki. Chyba gdzieś je targała i zrobiła sobie przerwę. Uspokoiłem się nieco widząc, że to nie ułuda zmęczonego umysłu, niemniej aby nie kusić losu postanowiłem, że zrobimy przerwę na posiłek. To mi, jako najwolniejszemu, przypadł przywilej prowadzenia i nawigowania. W niewielkiej wiosce zobaczyłem restaurację. Pustka na parkingu i, jak sie okazało, we wnętrzu, ale karta dań imponująca. Widząc nasze niezdecydowanie kelner polecił michę wszystkiego. W menu opisana była jako porcja dla dwóch osób, ale zapewnił, że wystarczy na 3. Wystarczyłaby i na 4. Kelner pochwalił się, że jeden ze stałych gości daje jej radę sam. Obowiązkowo gorąca herbata, a na zakończenie podwójne espresso i można pomykać dalej.

Kawałeczek podparliśmy się drogą ekspresową R1, z niej przeskoczyliśmy na krajówkę 76, a potem lokalnymi, aż do granicy. Most na Dunaju i meldujemy się na Węgrzech. Pierwsze skrzyżowanie za granicą i spod świateł startują dwa porszaki. Dobrze się bratankom powodzi :-)

Ponieważ zapadł już zmrok nie mogliśmy dostrzec krajobrazu, ale mnogość zakrętów wskazywała, że jest to miejsce godne uwagi. Nic straconego. Jutro nadrobimy podziwianie wracając przez Węgry tą samą drogą. Krótki postój na stacji w celu zarezerwowania noclegu. Moją uwagę przyciągnął hotel o jakże charakterystycznej i aktualnej nazwie Korona. Na dodatek wg ebooking.com oferowano tam niedrogie dwuosobowe pokoje w cenie 150 zł. Jedynki były po 250 zł. Chyba byłem nieco otumaniony drogą, bo zamówiłem jedynkę i dwójkę, zamiast dwóch dwójek :-)

O 21 dotarliśmy do celu. Bardzo ładny hotelik, możliwość zaparkowania motocykli na wewnętrznym, zamkniętym parkingu, klimatyczna restauracja, dobre żarcie, a jutro do głównej atrakcji miasteczka, czyli zakładu wodoleczniczego raptem 900 metrów. Nie ma lepiej.

Nasza dwójka okazała się identyczna jak jedynka Hirka. Pewnym mankamentem było to, że stało w niej małżeńskie łoże. Olek na wstępie zapytał mnie o preferencje. No Olo, chyba wiesz, mam żonę, trójkę dzieci... Chodziło mu jednak o to czy wolę stronę od okna, czy od ściany. Rzuciłem na miękką wykładzinę narzutę ściągniętą z łóżka, na to kąpielowy ręcznik, który spełnił rolę prześcieradła, poduszka, kołdra i problem preferencji mieliśmy z głowy.

Rano śniadanie. Jak się później okazało był to jedyny posiłek tego dnia, ale o tym potem. Gdybyśmy wiedzieli pewnie zjedlibyśmy po dodatkowej bułce. Po śniadaniu pakowanie, motocykle zostawiamy na hotelowym parkingu i ruszamy ku tutejszej atrakcji. Cytując wikipedię:

"Hévíz – największe naturalne jezioro termalne w Europie, położone w południowo-zachodnich Węgrzech, kilka kilometrów na zachód od południowego krańca jeziora Balaton. Powierzchnia jeziora wynosi 4,4 ha, głębokość do 38,5 metra, temperatura wody waha się od 24 °C zimą do 36 °C latem. Jest zasilane przez źródło z wodą o temperaturze 39,8 °C o wydajności 410 litrów na sekundę. Wysoka temperatura wody umożliwia uprawę tropikalnych lilii wodnych, sprowadzonych w XIX wieku z Indii. Woda jeziora wykazuje działanie lecznicze, znane już za czasów rzymskich. W leżącym nad jeziorem miasteczku Hévíz w XIX wieku powstało bardzo znane i popularne uzdrowisko."

Heviz 
źródło Wikipedia

Po drodze wyposażyliśmy się w piankowe pomoce nautyczne, gdyż zgodnie z informacjami przekazanymi przy śniadaniu przez Hirka, tutejszego bywalca, mieliśmy pływać minimum trzy godziny i piankowa pomoc mogła się przydać. Wydawało mi się, że w sobotni ranek w drugiej połowie października nie będzie zbyt wielu chętnych do kąpieli. A jednak się myliłem. Pewnie, nie było to co w lecie, ale chętnych było sporo. Dookoła rozbrzmiewał węgierski, niemiecki, rosyjski, ukraiński, polski... rzeczywiście ściągają tu chętni z szerokiego świata. Kupiliśmy czterogodzinne wejściówki. Trzy godziny w dobrze ciepłej wodzie zleciały jak z bicza strzelił. Gdyby nie perspektywa drogi powrotnej pewnie moglibyśmy się pluskać dłużej. Jednak jak mus, to mus. Wyłazimy. Hirek uparł się i postanowił wykorzystać cały należny czas. Ok, czekamy z Olkiem na ławeczce przed wejściem, wygrzewając się na zapas na słońcu. 

w drodze do Heviz

Po chwili pojawił się nasz towarzysz podróży. W drodze do hotelu planując trasę postanowiliśmy, że kilka godzin dnia wykorzystamy na jazdę, i mimo lekkiego ssania w żołądkach odpuścimy posiłek w Heviz. Na jedzenie mieliśmy zatrzymać się gdzieś po drodze. Pogodę mieliśmy jak na zamówienie. Słonecznie i piętnaście stopni. Jedynym mankamentem z mojego punktu widzenia był silny wiatr z północy, czyli kierunku w którym podążaliśmy. O ile wczoraj pomykałem 90-95 km/h, to dziś 85 km/h było wszystkim na co stać było mój motocykl. Jednak kręta i urozmaicona droga i tak nie pozwalałaby na dużo większą prędkość. Było pięknie. Górki, dołki, lasy, łąki, pola, feeria barw, wąska szosa, maleńkie miejscowości.... to raj dla motocyklisty.

Po dwóch godzinach jazdy przerwa na tankowanie. Z półki na stacji benzynowej złapałem jogurt i bułkę. Tym razem jest słońce i dość ciepło więc nie ma problemu żeby zjeść na zewnątrz. Jednak problem był. Podchodząc do motocykla zauważyłem plamę oleju pod tablicą rejestracyjną!!!??? Czy to możliwe, skąd tu olej? A jednak możliwe. Olej walił z odmy, chlapał na tylne koło i dalej rozbryzgiwał się zraszając obficie tablicę.

serwis

Sprawdzam poziom. Bagnet nie sięga. Trzeba dolać i obserwować. Zatarła się tuleja w kole pośrednim prądnicy? Stanęła pompa? Zatkał się przewód olejowy? Pożyjemy zobaczymy. Wlewam pół litra oleju. Koniuszek bagnetu delikatnie się w nim zanurza. Jeszcze tylko uzupełnienie śrubki mocującej ramkę reflektora, która zgubiła się 50 kilometrów temu. Jeszcze nieudana próba przełożenia prawego lusterka na lewą stronę, bo lewe się ułamało. Można jechać.

serwis

Jadąc rzucam okiem na ciągnący coraz słabiej silnik. Teraz olej wyłazi między blokiem, a napędem iskrownika w postaci spektakularnych bąbli. Nie ma żartów, coś się dzieje. Jeżeli czeka mnie serwis, to lepiej zrobić go teraz (akurat minęliśmy granicę ze Słowacją i przejeżdżaliśmy przez miasto) niż gdzieś w głuszy. Staję przed hotelem na miejscach zarezerwowanych dla taksówek. Miesca jest sporo więc jakoś się pomieścimy z motocyklami i taksówkami (nie pojawiła się żadna).

serwis

Nic się samo nie wymyśli. Trzeba sprawdzać. Stawiam na problem z odpompowaniem oleju spod tłoka lub na odmę. Trzeba zrzucić lewą kapę. Przed tym jednak należy zdjąć bak, bo jest prawie pełny i kładąc motocykl paliwo polałoby się dookoła. Odkręcając kapę kombinuję co zrobię gdyby okazało się, że przyczyną jest urwanie blachy ustalającej wirnik pompy. Historia notuje takie przypadki. Nie obejdzie się bez spawarki. Sobotnie popołudnie. Pewnie dziś i w niedzielę niczego nie załatwię. Trzeba zapewnić sobie wsparcie z kraju, i to zanim potencjalni wybawcy zabawią się w sobotni wieczór. Pierwszy telefon do syna, który miał być dziś na balandze u kolegi. Staszku możesz prowadzić? Tak? Uff, być może będę potrzebował wsparcia. Jestem na granicy Węgier i Słowacji. Ok, dam znać. Teraz Krzych. Krzychu, nie nie wsiadaj w auto, to na razie tylko teoretyczne pytanie. Być może będę potrzebował blachy zamykającej lewe łożysko wału. Możliwe, że pękł ząb od pompy. Staszek potrzebowałby dostać się na Księżyc po części. NIE WSIADAJ W AUTO!!!! Jak sprawdzę dam znać.

Kapa zdjęta. Teraz dekiel rozrządu i koło ssania. Blacha cała. Nie jest to odma. Czas na opcję numer trzy, czyli zatkany ssak pompy, na co wskazuje fakt, że skoro pompa się kręci, a pod tłokiem chlupocze cały olej, to coś musi go powstrzymywać przed powrotem do zbiornika. Kapę można już przykręcić, a zrzucić należy miskę olejową. Teraz się poleje olej, ale nie ma na to rady. Z trawnika zgarniam parę garści liści i ziemi usypując absorpcyjną kupkę pod silnikiem. Luuuu! Bingo. W misce olejowej umieściłem dwa magnesy, w tym jeden tuż pod ssakiem pompy. Co mnie podkusiło? Na tym magnesie osadziły się drobinki wytarte z gładzi cylindra i pierścieni. Drobinki te wraz z olejem utworzyły "jeża", który sięgnął grzbietem ssaka i nieszczęście gotowe. Wywalam ten magnes, wycieram miskę i udrażniam pompę. To zajmuje raptem 10 minut. Bardzo prosta awaria i na dodatek można jej było uniknąć wymieniając na czas olej. Z braku czasu odkładałem ten serwis i w efekcie od ostatniej wymiany przejechałem ponad 15 tysięcy. Nie ma na kogo zwalić winy. Mea culpa!!!

Montuję co zdemontowałem, wlewam pół litra oleju (tyle wystarczy do najbliższej stacji), myję ręce w benzynie i w czasie tych operacji ustalamy plan. Jest już 18:30, nic żeśmy nie jedli od rana, oprócz przekąski na poprzedniej stacji i kebaba, którego Hirek zdążył złapać w pobliskiej budzie w czasie gdy oddawałem się przyjemnościom serwisu. Olo kup mi proszę Colę, bo w gardle zaschło. Dzięki. Proponuję podjechać do najbliższej stacji po olej i dalej dzida. Na kolację staniemy gdzieś po drodze żeby się ogrzać, pod warunkiem, że znajdziemy jakiś lokal. Jak wiemy na słowackich stacjach nie dadzą nam się ugrzać. Hirek rzuca propozycję, żeby lecieć do domu bez nocowania. Jest tak przywiązany do tej myśli, że postanawiam nie podejmować dyskusji. Pożyjemy zobaczymy. Do domu mamy ok. 700 kilometrów. Robi się zimno. Start.

Po drodze rozgrzewałem się kolejnymi dawkami adrenaliny gdy wyprzedzałem w niezbyt dozwolonych miejscach wlokące się auta. Przez pierwszych sto kilometrów o chłodzie pozwalały zapomnieć emocje. Czy z silnikiem wszystko w porządku? Musiało być dobrze, bo po serwisie nabrał wigoru. Mieląc olej pod tłokiem pracował jak sprężarka i tracił na to wiele mocy, której demonem i przy pełnej sprawności nie jest. Oprócz obserwowania pracy silnika i ewentualnych wycieków oleju podczas zatrzymywania się na skrzyżowaniach śledziłem wskazania licznika. 99980, 99990, 99995, 99999, 00000. Kolejny raz mam motocykl z "zerowym" przebiegiem. To już 300 tysięcy, tyle że fabryka dała nam licznik o pięciu bębenkach, stąd same zera. 

00000
00000 16 października 21:03 :-)

Wjeżdżamy w góry. Do domu ponad 500 kilometrów. Na mijanym termometrze -1 st. Celsjusza. Czy damy radę dotrzeć do własnych łóżek? Gdybyśmy musieli pewnie udałoby się to. Mijam znak informujący, że za 2 kilometry będzie hotel. Już go widać. Nie konsultując zawijam pod recepcję. Są wolne miejsca. Trzeba zostawić po 40 eurosiów. Wpadamy do ciepłych pokoi. Ząbki, paciorek i .... gadamy z Olkiem do drugiej w nocy. Mamy tyle do opowiedzenia gdyż widujemy się dość rzadko. Ostatnio byliśmy razem na wyprawie do Maroka. Od tego czasu wiele się wydarzyło. Do tego wspominki o Ojcu... Koniecznie w przyszłym roku trzeba gdzieś śmignąć razem. Może Igor da się namówić? Do tego Krzych i byłaby wspaniała przygoda, niezależnie gdzie byśmy pojechali. Już prawie jedziemy, a teraz spać, bo jutro kawałek drogi przed nami.

Rano szron na motocyklach, ale na szczęście droga sucha. Wcinamy śniadanie i dzida.

poranek 

Szmaty pod silnikiem ułożone na wszelki wypadek, ale tam już sucho. Za to spod tablicy ciągle kapie olej :-) Widzicie plamkę na asfalcie pod sakwą w dolnym prawym rogu zdjęcia?

Mgła się podniosła. Wyszło słońce i znowu wspaniałe widoki. W ocienionych miejscach widać szron. Koledzy intensywnie podgrzewają manetki. Ja w celu przywrócenia krążenia muszę zadowalać się co jakiś czas intensywnymi ruchami palców.


Hirek

Żywiec, Bielsko Biała, Częstochowę omijamy autostradą. Aż do Piotrkowa brak stacji i knajpek. Nawet nie ma gdzie się pożegnać. Za pierwszym zjazdem na Piotrków Olo macha na pożegnanie i leci na Łódź. My z Hirkiem stajemy na początku S8 w polsko-włoskiej knajpce Pauza. Włoskie dania muszą poczekać. Zamawiamy wątróbkę z cebulą. Niebo w gębie. Ostatnich 135 km przejechaliśmy w równe 1,5 godziny, co daje dobrą jak na junaka średnią 90 km/h zważywszy, że na wjeździe na nasz Ursynów musieliśmy przepychać się w korku.

Niby tylko 3 dni, a tyle się wydarzyło jak na "prawdziwej" wyprawie. Dobrze, że Hirek nas namówił. Czy będzie powtórka? Pewnie, że tak. Sam smak motocyklizmu :-)