cudowny weekend
Od kilku miesięcy miałem problemy z łokciami. Na motocyklu było ok, z myszką i klawiaturą jeszcze szło jako tako, ale przy "majsterkowaniu" czasem ciężko było utrzymać narzędzie w rękach. Zimą powędrowałem do ortopedy. Pomyślał, pokombinował i zawyrokował, że to łokieć tenisisty. Dobre sobie. Tenisisty? Kilka lat temu na nartach naderwałem więzadła i już wtedy zapowiedzieli, że kariera tenisisty nie dla mnie więc nawet nie próbowałem. Skierował mnie na krioterapię i fale uderzeniowe. Nic to nie pomogło. Moja żoneczka też miała gotową diagnozę - to od motocykla. Dobre sobie. Od motocykla? Może samo przejdzie?
Nie przeszło i jeszcze się nasilało. Igor ma kolegę fizjoterapeutę. Czasami opowiadał jakich cudów dokonuje. W końcu zdecydowałem się. Dwa tygodnie temu pojechałem do Busza do Łodzi. Dzień dobry, dzień dobry... Proszę rozebrać się. Ściągam koszulinę. Dalej. Co dalej, łokcie mnie bolą. Dwa? Tak samo? To nie mogą być łokcie. Proszę rozebrać się do gatek. Obejrzał i rozmasował biodro. Kolejna wizyta za dwa tygodnie. Łokcie bolały dalej, a na dodatek przez kilka dni nie mogłem spać na lewym boku.
W piątek druga wizyta. Piękna letnia upalna pogoda. Cudownie sie śmiga na motocyklu mimo, że do Łodzi lecę autostradą. Po prostu cud :-) Dzień dobry, dzień dobry... Proszę roz... i już stałem w samych gaciach. Znowu lewe biodro i na dodatek szyja. No to już teraz będzie ok. Co? Już? Jeszcze bolą. Za dwa dni przejdzie. I PRZESZŁO!!! Drugi cud tego weekendu.
Z Łodzi śmigam w Bory Tucholskie gdzie ostatni tydzień sierpnia spędza najstarsza córka z mężem i wnuczką (wnuczka moja, a ich córka). Dwieście kilkadziesiąt kilometrów pustawymi krajówkami to też po prostu cud w taką pogodę. Wieczorem spacer z Tusią (córka) i Wandzią (wnuczka). Kolejny cud - frajda bycia dziadkiem. Tłumaczę Tusi, że co prawda ja miałem ładniejsze dzieci, ale to też jest niczegowate. Cud - nie zabiła mnie.
Wanda w mojej bluzce.

Wieczorem na bazę (samotny dom pod lasem wśród łąk i pól) dociera żoneczka. Następnego dnia jedziemy nad wodę. I tu kolejny cud. Kasia jedzie ze mną motocyklem!!! Kilkanaście lat nie dawała się namówić, a w sierpniu pojechała ze mną na działkę, potem do Kurdwanowa i teraz nad wodę. Kilka kilometrów szutrówkami przez las. Czyściuteńkie jezioro wśród lasów. Cud natury. Woda idealna. Nie ma lepiej.
Jedynym zgrzytem było towarzystwo parki w mocno średnim wieku. Leżeli na słonku i słuchali, na szczęście niezbyt głośno, Radia Pogoda. W przerwach na blok reklamowy szli się schłodzić do wody, ale radia nie wyłączali. Po dwóch godzinach poprosiłem o wyłączenie, ale pani oświadczyła głosem przekupki z bazaru, że nic z tego, bo oni lubią słuchać. I tu kolejny cud. Już miałem odpalić, że jeżeli ktoś jest taki brzydki, to powinien być przynajmniej miły, ale ugryzłem się w język. Cud! Na szczęście po półgodzinie zwinęli się.
W niedzielę z rana do kościoła. Korzystając z okazji, że w konfesjonale nudził się ksiądz, a ja przypomniałem sobie to i owo powędrowałem do spowiedzi. I tu kolejny cud. Tym razem techniki. Przez kratki zobaczyłem jak ksiądz pisze SMS'a. Nie chciałem dać wodzić się na pokuszenie czytając przez ramię cudzą korespondencję więc w dwóch zdaniach streściłem z czym przychodzę. On wpisując ostatnie literki i wciskając Wyślij wypowiedział niezbędne formuły i mogłem zmykać. Żoneczka zaniepokoiła się czemu tak szybko, ale zaczęły się modlitwy i dała spokój dochodzeniu. Cud :-)

Po śniadaniu znowu jezioro i znowu jedziemy razem. Po kąpieli całą rodzinką polecieliśmy na lody do Tlenia. Kolejka, jak to w upał i wakacyjną niedzielę. Naraz pani z za lady wyciąga rękę z ogromniastym lodem. Kto chce? Za darmo!!! Nikt się nie zgłosił więc przezwyciężyłem wrodzoną nieśmiałość i załapałem się. Cud, że nie zemdliło mnie, bo lodzisko było słusznych rozmiarów. Na szczęście Kasia pomogła. Koło budki z lodami stargany. Kupiliśmy wiejskie jajka (gdyby sprzedawli miejskie to byłby cud). Całe 30 sztuk wpakowałem do sakwy. Cud, że nie stłukło się ani jedno. Pakując miła rozmowa z motocyklistami, którzy przyjechali dwoma wielkimi smokami. Jeden z nich przyznał się, że żartowali sobie z kolegą z moich nalepek na błotniku. Kręcili głowami, gdy opowiedziałem o ostatnich kilku wycieczkach. I tu kolejny cud. Często żoneczka w takich sytuacjach wyskakuje z tekstem "No co Ty opowiadasz..." Tym razem potakiwała :-)
Nie przeszło i jeszcze się nasilało. Igor ma kolegę fizjoterapeutę. Czasami opowiadał jakich cudów dokonuje. W końcu zdecydowałem się. Dwa tygodnie temu pojechałem do Busza do Łodzi. Dzień dobry, dzień dobry... Proszę rozebrać się. Ściągam koszulinę. Dalej. Co dalej, łokcie mnie bolą. Dwa? Tak samo? To nie mogą być łokcie. Proszę rozebrać się do gatek. Obejrzał i rozmasował biodro. Kolejna wizyta za dwa tygodnie. Łokcie bolały dalej, a na dodatek przez kilka dni nie mogłem spać na lewym boku.
W piątek druga wizyta. Piękna letnia upalna pogoda. Cudownie sie śmiga na motocyklu mimo, że do Łodzi lecę autostradą. Po prostu cud :-) Dzień dobry, dzień dobry... Proszę roz... i już stałem w samych gaciach. Znowu lewe biodro i na dodatek szyja. No to już teraz będzie ok. Co? Już? Jeszcze bolą. Za dwa dni przejdzie. I PRZESZŁO!!! Drugi cud tego weekendu.
Z Łodzi śmigam w Bory Tucholskie gdzie ostatni tydzień sierpnia spędza najstarsza córka z mężem i wnuczką (wnuczka moja, a ich córka). Dwieście kilkadziesiąt kilometrów pustawymi krajówkami to też po prostu cud w taką pogodę. Wieczorem spacer z Tusią (córka) i Wandzią (wnuczka). Kolejny cud - frajda bycia dziadkiem. Tłumaczę Tusi, że co prawda ja miałem ładniejsze dzieci, ale to też jest niczegowate. Cud - nie zabiła mnie.
Wanda w mojej bluzce.

Wieczorem na bazę (samotny dom pod lasem wśród łąk i pól) dociera żoneczka. Następnego dnia jedziemy nad wodę. I tu kolejny cud. Kasia jedzie ze mną motocyklem!!! Kilkanaście lat nie dawała się namówić, a w sierpniu pojechała ze mną na działkę, potem do Kurdwanowa i teraz nad wodę. Kilka kilometrów szutrówkami przez las. Czyściuteńkie jezioro wśród lasów. Cud natury. Woda idealna. Nie ma lepiej.
Jedynym zgrzytem było towarzystwo parki w mocno średnim wieku. Leżeli na słonku i słuchali, na szczęście niezbyt głośno, Radia Pogoda. W przerwach na blok reklamowy szli się schłodzić do wody, ale radia nie wyłączali. Po dwóch godzinach poprosiłem o wyłączenie, ale pani oświadczyła głosem przekupki z bazaru, że nic z tego, bo oni lubią słuchać. I tu kolejny cud. Już miałem odpalić, że jeżeli ktoś jest taki brzydki, to powinien być przynajmniej miły, ale ugryzłem się w język. Cud! Na szczęście po półgodzinie zwinęli się.
W niedzielę z rana do kościoła. Korzystając z okazji, że w konfesjonale nudził się ksiądz, a ja przypomniałem sobie to i owo powędrowałem do spowiedzi. I tu kolejny cud. Tym razem techniki. Przez kratki zobaczyłem jak ksiądz pisze SMS'a. Nie chciałem dać wodzić się na pokuszenie czytając przez ramię cudzą korespondencję więc w dwóch zdaniach streściłem z czym przychodzę. On wpisując ostatnie literki i wciskając Wyślij wypowiedział niezbędne formuły i mogłem zmykać. Żoneczka zaniepokoiła się czemu tak szybko, ale zaczęły się modlitwy i dała spokój dochodzeniu. Cud :-)

Po śniadaniu znowu jezioro i znowu jedziemy razem. Po kąpieli całą rodzinką polecieliśmy na lody do Tlenia. Kolejka, jak to w upał i wakacyjną niedzielę. Naraz pani z za lady wyciąga rękę z ogromniastym lodem. Kto chce? Za darmo!!! Nikt się nie zgłosił więc przezwyciężyłem wrodzoną nieśmiałość i załapałem się. Cud, że nie zemdliło mnie, bo lodzisko było słusznych rozmiarów. Na szczęście Kasia pomogła. Koło budki z lodami stargany. Kupiliśmy wiejskie jajka (gdyby sprzedawli miejskie to byłby cud). Całe 30 sztuk wpakowałem do sakwy. Cud, że nie stłukło się ani jedno. Pakując miła rozmowa z motocyklistami, którzy przyjechali dwoma wielkimi smokami. Jeden z nich przyznał się, że żartowali sobie z kolegą z moich nalepek na błotniku. Kręcili głowami, gdy opowiedziałem o ostatnich kilku wycieczkach. I tu kolejny cud. Często żoneczka w takich sytuacjach wyskakuje z tekstem "No co Ty opowiadasz..." Tym razem potakiwała :-)