do Moskwy (dni 1-4)

izi


Tak poznałem Rafała, bo okazało się, że obaj przejechaliśmy całą Rosjęprawie tą samą drogą, tak, że było, o czym pogadać i kilka skrzynek trunku zniszczyć. Odwiedziny, a to we Wrocławiu, a to w Warszawie są ot tego czasu bardzo częste, bo my to raczej pogadać lubimy niż coś w internecie pisać.

W roku 2006 Sasza nam oznajmił, że nawiedzi za rok nasz kraj, cholera trza się przygotować, remont motura i chałupy zrobić, nową fryzurę zapodać. Łysol w tak zwanym międzyczasie zmienia Super Tenerę na Africę. Po długich rozmowach z Saszą, ten drugi stwierdza, że też musi mieć Africę i sprowadza ją z Japonii. W między czasie my z Rafałem zakupujemy całe dodatkowe wyposażenie i wysyłamy na Kamczatkę. Motor gotowy i Sasza w 2007 rusza do nas. No to z Movistarem knujemy plan, że wyjedziemy mu na przeciw i spotkamy się na Ukrainie na zlocie Goblin.

Ale zanim tam docieramy wpadamy do znajomych do Mołdawii na 6 lecie czaptera klubu Padonki http://www.padonki.ru/ i tam odnajdujemy Saszę. Opis to pewnie ukaże się za cztery lata. Potem to Sasza wraca z nami do Polski (niektórzy mieli go okazję poznać, bo pokręciliśmy się tu i tam).

Od pewnego czasu knuliśmy z Movistarem wycieczkę do Magadanu, a że Kamczatka już blisko, to pewnego wieczoru przy Nałęczowiance obiecałem Saszy, że przyjadę do niego. A że słowo rzecz święta, cóż było robić, i tak w 2008 roku znalazłem się na Kamczatce razem z Robertem vel Movistarem.

Opowieść ta, czy też próba opowieści, powstaje przez wuja SAMA Sambora, który przymuszał nas ciągle do pisania notatek z podróży i po powrocie kazał wszystko opisać, a nigdy do tej pory nie robiliśmy takich rzeczy, (bo się nam nie chciało) tak, że nie wiemy jak nam to wyjdzie.

Nie wiemy też czy będzie to ciekawe, czy kogoś w ogóle zainteresuje czy tylko zanudzi. Taka próba. Tu zacytuję notatkę z dnia 40-ego: „Śpimy na łące, wstajemy, przejechane 240km, tankowanie ja 20l, R 22l,przejechane 210km, tankowanie ja 19l R 21l, jemy, przejechane 107km tankowanie, ja 12l, R14l, urwało się mocowanie stelaża od ramy, przejechane280, tankowanie, ja 19l R 20l, przejechane 230, tankowanie, ja 15l, R 17l, spanie w lasku brzozowym"

Tydzień przed i tydzień po wyglądały całkiem podobnie, może tylko w innych miejscach spaliśmy.

Ja, to ja czyli Izi, a R to Robert vel Movistar.

Podziękowania dla Hajnego z forum www.africatwin.cz za opony, które nam załatwił na wyprawę. Samborowi (on wie za co), Ervinowi z Koszyc (za gruszkówkę którą obiecaliśmy dowieźć na Kamczatkę i słowa dotrzymaliśmy), Marpowi (za podtrzymywanie na duchu, że też chciało mu się z Wrocławia jechać do Terespola nas pożegnać), Wasilczukowi (za wałówkę  ), Jarkowi (za dzień wcześniej ) i wszystkim, którzy odprowadzali nas do granicy.

Przygotowania: Dwa dni przed wyjazdem Robert wysyła mnie do Biedronki po liofilizaty (jakby w Rosji nie było nic do jedzenia). Idę tym bardziej, że przypomniałem sobie, że nie mam karimaty, a w Biedronce jakieś promocje. Robert posiada profesjonalną karimatę Term-a-rest, którą rok wcześniej wyciągnął z kontenera, co z Indii wracał i była uwiązana do jakiegoś motocykla BMW zwanego potocznie „krową". Za 22zł nabywam super hiper karimatę w technologii rejlii (fakt że potem okazało się że 20 cm za krótką). Karimata, karimatą, ale może jeszcze jakiś namiot by się przydał. Akurat na namioty też jest promocja z 39,90 przecena na 19,90, biorę 1 szt. I pluję sobie w brodę, że za karimatę dałem więcej, do cholery. Na wszelki wypadek Movistar zaopatruje się w hurtowni u kolegi Maćka, co też AT śmiga, w 2 szt.Izi-tentów. No chyba wszystko jest. Można ruszać.

Movistar wyrobił nowe międzynarodowe prawo jazdy, bo podobno potrzebne. Ja mam od dwóch lat nieważne międzynarodowe prawo jazdy i na nim jadę, a co potem się będziemy martwić.

Dzień przed wyjazdem tzw. dzień -1 (kochana pani Maria). Jadąc na ostatnią pożegnalną kolację do mojej ulubionej restauracji „La Siesta" (http://www.lasiesta.net.pl/pl/orestauracji/) łamię sobie/pęka mi ząb, jest godzina 18.00 dzień przed wyjazdem. Co jest do cholery, mamy nie jechać? Dzwonię do p.Marii, mojej dentystki, czy coś da radę zrobić, bo jutro o 12.00 start na Kamczatkę. Umawiamy się na 9,00 może coś da się poradzić.

Jadąc już do domu przypominam sobie, że w robocie zostawiłem baterie do aparatu. Co jest do cholery mamy nie jechać? A rano, gdy testowałem Africę stopił się ślimak do napędu prędkościomierza. Co do cholery nie jechać mamy? Nie ze mną te numery.
Wracam po baterię do roboty. Z drugiej Africy, co stoi w garażu przekładam ślimak, a ząb zostaje rano załatany.

cd(może)n
__________________
Robert "Izi" Africa
________________________________________
Ostatnio edytowane przez Izi : 10.10.2008 o 13:04


Dzień 2. Próba przejazdu. Przejechane 1243km.

Rano pobudka, pakowanko i wszyscy ruszamy do Brześcia-Terespola.

izi

Tam jeszcze ma na nas czekać Wasilczuk z ekipą. No i kurna się zaczynaTRZODA. W Siedlcach Robert wjeżdża w dupę pani z niebieskiego VW Poloa, a że to blondynka, to się cyrk zaczyna i jazda bez trzymanki. Oświadczenia, policja, teściowa, strat ocenianie (Mamy kurwa nie jechać ja się pytam).

izi

W końcu jakoś docieramy do granicy, tam szybko wymieniamy się zawieszeniami przednimi z Wasilczukiem, co by AT prosto jechała, całusy, uściski, machanie zasmarkanymi chusteczkami, wałuwa na drogę od Pawła vel Wasilczuka, bo niestety samogon który mieli cały wytrąbili.

izi

My na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja), reszta na zachód, poza jednym Ervinem, który na południe jedzie, do Koszyc.

Dzięki wam dziewczyny i chłopaki za wszystko. Na granicy okazuje się,że powinniśmy mieć wizy tranzytowe na wjazd do Białorusi. Podobno to od nowego roku weszło w życie (Sambor masz w ryj). Nie stresujemy się zbytnio, to dopiero początek wycieczki i kupę czasu mamy. Pomyśleliśmy, że szanowni celnicy do łapki coś chcieli. Po 3 godzinach negocjacji, podchodów i czego tam jeszcze, mamy już wszystkie papierki, pieczątkii na własne ryzyko chcemy jechać dalej (już tak kiedyś w Mołdawii podróżowaliśmy jak wizy jeszcze obowiązywały i fajnie było), ale nagle jedna nadgorliwa pani, (dlaczego to zawsze są kobiety) upiera się, i na każdym załatwionym papierku, na każdej załatwionej z mozołem pieczątce przybija nam inną z napisem „Anulowano" i do konsulatu odsyła w sobotę. Wywiad z polskim celnikiem potwierdza jednak, że musimy mieć wizę tranzytową. Mamy nie jechać czy jak do cholery? Rzucamy, więc monetą, reszka jedziemy dalej omijając Białoruś przez Litwę, Łotwę, orzeł przez Ukrainę.

Wypada orzeł, sms do Fuksa, który zanabył AT od Pawła z Jasła i w Kijowie od pół roku mieszka, że niech się dzisiaj szukuje na odwiedziny. Tak, więc DZIDA na Dorohusk, potem Kijów, wbijamy się na 200 kilometrowy zamknięty i remontowany odcinek drogi o 24.00. OFF-road nocą na Ukrainie to jest to. Docieramy doFuksa o 4.00 tam NAJEBKA i spać.

________________________________________
Ostatnio edytowane przez Robert Movistar : 13.10.2008 o 13:09


Dzień 3. My w matuszce Rasiji. Przejechane 355km.

Pobudka z samego rana o 12.00 czasu Ukraina. Wyjazd 13.00. Szybkie pożegnanie z Fuksem. Ciepło jak zwykle. Wbiliśmy się znowu w 200 kilometrowy odcinek z zakazem wjazdu (te drogi coś jęczą, że na 2012 rok szykują czy jakoś tak). Odcinkami jedzie się jak po stole, żadnych zakrętów, aut tyle co miejscowi. Po drodze zatrzymuje nas policja na radar za przekroczenie prędkości. Dodatkowo próbuje nam wmówić (tu pokazuje nam mapę z 1997 roku z zaznaczoną na czerwono i zielono drogą. Czerwona to ta, którą jedziemy a nie powinniśmy, zielona to ta właściwa tyle że chyba ze 100 km trzeba by było nadrobić), że złamaliśmy wszystkie zasady ruchu. Jak Africą na Ukrainie można przekroczyć prędkość? Po 15 minutach rozmowy, milicjant/policjant chciał nam dać w końcu pieniądze na jedzenie.

Jako że ciągle zakazem jedziemy, dojeżdżamy do budowy mostu. Dwóch pracowników chcąc zarobić na browar, pomagają nam przewalić motocykle przez tory kolejowe.

Docieramy do granicy UA-RUS tam spędzamy 4 godziny i jesteśmy w Rosji! Bez jakichkolwiek problemów, trwało to dłużej niż zwykle, gdyż nie mieliśmy żadnej ichniej waluty, a tylko w takich chcieli opłaty żebyśmy uiszczali. Oczywiście musieliśmy też załatwić z jedną panią celnik wwóz motocykli (znów kobieta). „Wriemiennyj wwoz” jest wydawany standartowo na 2 tygodnie, ale my po małej bajerze i suvenirze w postaci exluzywnej wódki „Gorzkiej Żołądkowej” miętowej załatwiamy sobie wwóz na 1 miesiąc, chcieliśmy na 2 miesiące, ale krzyknęła nam 5000 rubli za dwóch. Po małych negocjacjach cena spadła do 2000 za dwóch, ale to i tak za dużo. Tłumaczyła, że niżej nie może zejść, bo musi się z koleżanką podzielić.

Jako że ciemno się zaczęło robić śpimy zaraz za granicą w hotelu 1000 gwiazdkowym. Tak jak tam komary wpierniczały, to chyba nigdzie na tym wyjeździe. Tak nam się przynajmniej wydawało…

izi

izi


Dzień 4. ALF. Przejechane 550km.

Rano pobudka, pakowanie i w drogę. Ruch spory, mijamy miasta obwodnicami, więc nie musimy się przez nie pchać. Przed Moskwą ruch robi się naprawdę duży. Raz trzy, raz cztery pasy w jedną stronę. W samym mieście jest już po 5 pasów. Mercedes S, to chyba jedno z najbardziej marnych aut jakie tam jeżdżą. Robią się korki, przez które się przeciskamy. Jedna obwodnica, potem druga, potem już Złote Kolco. Docieramy w końcu do Aleksa vel Alfa. Na jakiś czas zamieszkamy u niego.

izi


izi

Parkujemy moto. Alf mieszka 15 min z buta od Placu Czerwonego. Od jutra zaczniemy załatwiać wysyłkę nas i moto na Kamczatkę. My niby mamy bilety, moto niby też załatwione, za pomocą dwóch znajomych Koli i Andrieja, ale że w Rosji byliśmy już kilka razy wiemy, że to takie proste nie jest.

Tu należałoby się cofnąć o co najmniej 2 lata. Jak poznałem Andrieja i Kolję. Zadzwonił do mnie Sqwer (www.sqwer.cz ,) że jeden znajomy Rosjanin rozwalił się pod Rzymem jak wracał ze zlotu Varadero na Sycylii i trza go szybko ściągnąć do Rosji, bo wiza mu się kończy za trzy dni i mogą być problemy z opuszczeniem Unii Europejskiej. Bierzemy busa i dzida na zmianę non-stop do Rzymu tam najebka, pakowanko moto na pakę, koleś do kabiny i dzida na Brześć-Terespol.

Tu to można by całą epopeję opisać jeszcze. Bo nas dwóch w busie + Andriej + za nami na moto jeden koleś na trampku drugi na Africy. Kola na Trampku zalicza jeszcze na austryjackiej autostradzie 300m spotkanie z tamtejszym asfaltem. Czasu coraz mniej, wizy się kończą i kupa innych problemów. Najważniejsze, że zdążyliśmy i wszystko się udało, a Andriej miał dług do odpracowania.

Fakt że kontakt się urwał jak kiedyś telefon z namiarami zgubiłem, cholera nie tylko ten kontakt się urwał, ale powoli zaczynam wierzyć w przypadki. O co biega? W roku 2008 coś tam pomagałem przy organizacji zlotu w Kletnie, a zawsze informację o nim wieszam na czeskim forum AT ( http://www.africatwin.cz/prehled_akci.asp?stranka=2 ) Nagle telefon -”Cześć tu Andriej z Moskwy mogę przyjechać na zlot do Kletna znalazłem informacje na czeskiej stronie”  ja - „ sie głupio pytasz, dawaj” Okazało się jednak, że coś tam w pracy nie wypaliło, czy baba się na wyjazd nie zgodziła, i nie dotarł. Ale kontakt odnowiony.

Andriej od roku siedzi na Słowenii bo tam babę poznał. Mija kilka dni, mamy problemy z załatwieniem wysyłki motocykli z Moskwy. Dzwonię do niego czy nie zna kogoś kto może nam pomóc, w końcu całe życie mieszkał w Moskwie. On, nie ma sprawy tu masz namiary do Kolji, ten co z Rzymu też jechał, dzwoń do niego wszystko załatwi. Kilka telefonów i maili do Moskwy i wszystko załatwione. Mamy tylko moto dostarczyć. Jest tylko jeden problem. Kiedy my dotrzemy do Moskwy Kolja na wakacjach będzie u Andrjeja na Słoweni, ale dostajemy namiary na Aleksa, który nam wszystko załatwi i jakby co pomoże. I tak poznaliśmy Aleksa vel ALFA. Tak naprawdę, jutro sądny dzień...

<< wstęp   przystanek Moskwa >>