Junacy jadą do wód

Pięciu junaków (*) zaplanowało jesienny wypad do leczniczych wód w Heviz. Uprosili szefów (**) o wolne we czwartek i piątek. Do tego wolna sobota dana nam łaskawie przez władze PRL (pierwsza w dniu 21 lipca 1973 roku) i niedziela wolna od zawsze wg zamysłu stwórcy, który też lubił poleniuchować raz na kilka dni. Jak się ma tyle wolnego, to grzechem byłoby zmarnować taką okazję. 

(*) junak - dawniej młodzieniec

(**) Każdy z junaków za szefa ma samego siebie, więc we wszystkich przypadkach negocjacje były nader nietypowe, gdyż szefowie z jednej strony z łatwością demaskowali próby koloryzowania rzeczywistości, a z drugiej przymykali na to oko.

Skład osobowy mocno zróżnicowany. Od żwawych czterdziestolatków (o przykładzie żwawości będzie za chwilę), po borykającego się z kontuzją kręgosłupa sześćdziesięciolatka. Wszystkich nas łączy pasja do podróży motocyklowych. Sięgając tylko do przykładów z tego roku: Hirek zaliczył Nordkapp i objechał Bałtyk dookoła. Wojtek, który przygodę z motocyklem rozpoczął dwa lata temu, w tym roku nawinął na koła 21 tysięcy kilometrów!!! Jacek po kilkunastoletniej przerwie w tym roku dorwał się do motocykla i od maja do października, nie wiedzieć kiedy i gdzie, przejechał ponad 10 tysięcy. Olo miesiąc temu postanowił, że w cztery dni odwiedzi Niemcy, Danię, Szwecję, Norwegię, Holandię, Belgię i Luksemburg. Gdyby nie spalony gdzieś na granicy Norwegii i Szwecji alternator cel byłby osiągnięty. Awaria sprawiła, że ostatnich trzech krajów nie udało się odwiedzić, ale udało się wrócić na kołach zasilając instalację z zakupionego w Szwecji samochodowego akumulatora. Myślałem, że awarie dotykają tylko Junaki :-) Ja kręcąc się po Warszawie i Polsce też dopisałem do licznika kilkanaście tysięcy. Zeszłej jesieni wracając z Heviz miałem okrągły jubileusz 300 tysięcy, a tym razem licznik pokazał 319 tysięcy. Pokazał oczywiście tylko 19 tysięcy, bo ma jedynie 5 bębenków.

Przekrój motocykli był jeszcze bardziej zróżnicowany. BMW GS 1200 adventure, BMW GS 1250, Kawasaki Vulcan, Honda Shadow i Junak. To zróżnicowanie było przyczyną moich kłopotów technicznych, ale o tym będzie za chwilę.

Plan, tak jak i w zeszłym roku, był niezwykle prosty. Docieramy do Heviz, nocleg, 3 godzinna kąpiel w ciepłym jeziorze i dzida do domu. Mamy plan. Klawo jak cholera :-)

Hirek z Wojtkiem postanowili ruszyć we czwartek bladym świtem i jednym skokiem dotrzeć do celu. Dla Hirka, zagorzałego entuzjasty pławienia się w słynnych leczniczych wodach jeziorka w Heviz, jedna sobotnia kąpiel to zdecydowanie za mało. Postanowił zwiększyć dawkę o piątkowe pluskanie.

My z Jackiem i Olkiem umówiliśmy się o 16 w Nowym Mieście nad Pilicą. Olo dotarł tam samotnie z Łodzi, a ja umówiłem się z Jackiem w okolicach Grójca i Nowe Miasto atakowaliśmy wspólnie. Swoją drogą wyjazd Olka do ostatniej chwili nie był pewny, a właściwie wydawało się, że w tym roku będą z niego nici. Jak się okazuje awarie alternatorów w niektórych japońskich motocyklach zdarzają się często. Olkowy motocykl spędził blisko miesiąc u mechanika czekając na przewinięcie alternatora. Jeszcze w poniedziałek mechanik nie dawał Olkowi wielkich szans. Przewijacz jest stale zawalony robotą. Szczęśliwie w środę zameldował, że dostał części i bierze się do pracy. We czwartek rano motocykl był gotów. Uff, w ostatniej chwili.

Nocleg mieliśmy umówiony w Zakopanem u (baczność!) Wodza Jacota. Dotarliśmy tam około 22. Po drodze toczyłem ciężki, na szczęście zwycięski, bój ze skrzynią biegów. Ostatnio czasami wyskakiwała mi czwórka. Działo się to zazwyczaj gdy motor szedł pełnym ogniem. Ponieważ większość czasu jeżdżę po Warszawie więc nie działo się to zbyt często. Na wszelki wypadek, ot tak dla wsparcia psychicznego, wrzuciłem do sakwy koło przesuwne wałka głównego. To ono zazębiając się z wałkiem wyjściowym daje czwarty bieg. Zważywszy na dość późną porę i spory dystans starałem się wycisnąć z Junaka maksymalnie ile było możliwe, oczywiście poza terenem zabudowanym. Czwórka wyskakiwała coraz częściej i w końcu na ostatnich 200 kilometrach, gdy przekraczałem 95km/h zdarzało się to co kilkaset metrów. Za każdym razem silnik wył, motor zwalniał, a ja nerwowo wbijałem czwórkę. Czasami zapobiegawczo trzymałem dźwignię, co w efekcie doprowadziło do przegrzania koła, przesuwki i wałka :-( Dla uspokojenia nerwów liczyłem "wyskoki". Na dystansie 200 kilometrów stało się to 218 razy.

Dla urozmaicenia gdzieś przed Jędrzejowem zgubiło mi się światło. Pogrzebałem w plątaninie kabli w lampie, wysłuchując uzasadnionych połajanek ze strony Jacka, który uważa, że motocykl powinien być doprowadzony do stanu lepszego niż fabryka przewidziała. Zobaczymy jak to będzie z jego Junakiem, który ponoć już w przyszłym roku ma być gotowy. Niczego ciekawego w czeluściach lampy nie znalazłem, ale światło tak jak nagle znikło, tak w sposób przecudowny znalazło się. Bardzo mnie to ucieszyło, bo ciemność już nastała.

Szczęśliwie dotarliśmy do willi Stokrotka. Serdeczne powitania z Wodzem i Gosią. Kilka dni wcześniej prosiłem żeby nie planowali dla nas kolacji, bo wyskoczymy zażyć życia na Krupówki. Ze względu na późną porę i konieczność rzucenia okiem do skrzyni plan ten nie powiódł się. Na szczęście zapobiegliwa gospodyni zakręciła się w kuchni i po chwili postawiła przed nami gorącą kiełbasę. Do tego ogórki, chlebek, herbatka i z głodnym mogliśmy porozmawiać. DZIĘKUJEMY!!!!

Rozmowę toczoną przy stole kontynuowaliśmy z Wodzem na dworze przy moim motorze. Olek i Jacek powędrowali na górę. Położyłem Junaka na prawym boku, Jacot oświetlił pole operacyjne silną lampą i w ciągu 45 minut wyprułem skrzynię, zamieniłem kółko, złożyłem wszystko do kupy uszczelniając dekiel bitumiczną masą dekarską. Większość elementów skrzyni jeździ od początku historii motocykla. Przynajmniej ja ich nie zmieniałem. 360 tysięcy odcisnęło ślad na wszystkich powierzchniach współpracujących. Wałek wyjściowy był baaardzo wyeksploatowany. Liczyłem jednak, że zmiana jednego elementu spowoduje, że zazębiające się kły będą układały się inaczej i szwankujący bieg znajdzie się. Na efekt musiałem poczekać do następnego dnia. Tak czy tak zapasowego wałka nie miałem.

Na piątek zapowiadane były opady idące od południa przez całą Słowację. Nieocenione mapy meteo wskazywały, że do Zakopanego dotrą około dziewiątej. Postanowiliśmy, że ruszymy o siódmej, żeby przynajmniej start i pierwsze kilometry były po suchym. Pakowanie, ubieranie, wizyta na stacji benzynowej, start. Szybkie śniadanie w Chyżnem i ogień na tłoki. Z pewną nieśmiałością odkręciłem manetkę. Na liczniku 70, 80, 90, 95... skrzynia działa :-) Nie było tak zupełnie różowo, bo co kilkanaście minut czwórka wyskakiwała, ale w porównaniu z wczorajszym dniem to był luksus.

Przez całą Słowację towarzyszył nam deszcz więc nie robiliśmy przystanków na podziwianie okolicy, tylko gnaliśmy do przodu stając na stacjach dla rozgrzewki i wyprostowania gnatów co 150 kilometrów. Ja, jako najwolniejszy z przodu, za mną Jacek niecierpliwie kręcący się to tu, to tam i Olek obserwujący sytuację z bezpiecznej odległości. TomTomek (mój GPS) pokazywał 90-95km/h, czwórka w miarę siedziała na miejscu, deszczyk pokapywał, było w miarę ciepło... klawa jazda. Na licznych wahadłach Jacek mobilizował nas do przebijania się na sam przód kolejki. Dla mnie to codzienność, ale rozsądny Olo musiał mieć kwaśną minę. Jednak trzymał fason i gnał za nami pod prąd.

Przekroczyliśmy Dunaj. Skończyła się Słowacja i skończył się deszcz. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów nudnej szosy w okolicy Gyor i wpadamy na lokalne dróżki wśród łagodnych wzgórz. Pamiętałem je z zeszłego roku i z góry cieszyłem się na widoki, zakręty, pola, lasy, wioseczki... to coś co tygrysy lubią najbardziej.

Do celu dotarliśmy około osiemnastej. Szczęśliwym trafem na stacji na wlocie do Heviz zobaczyliśmy uśmiechniętego Hirka. On kojarzy mi się właśnie z uśmiechem. Może dlatego, że spotykamy się zazwyczaj w "sytuacjach motocyklowych"? Szybki skręt i po chwili serdeczne uściski i prezentacja. Z Wojtkiem widzimy się pierwszy raz, a po chwili czuję, że znamy się od lat.

Tankowanie, hotel, motocykle do podziemnego garażu, krótka chwila na przebranie i wędrujemy na kolację. My, młodzi faceci, lub przynajmniej w kwiecie wieku, a gadamy jak "stare baby". Od tematów motocyklowych do polityki. Jak wiadomo polityki lepiej nie ruszać, ale trudno od niej uciec, bo silnie wpływa na nasze życie. Co to? Zamykają knajpę? Zrobiło się późno. Wracając do hotelu wpadamy jeszcze na kawkę i ciacha. Tu też zamykają? Wracając do hotelu omal nie wpadamy do namiotu z którego dochodzą skoczne nuty, a przez uchylone drzwi widzimy kilka dziewczyn samotnie siedzących przy stoliku. Tańce? Ja mam na ten temat wyrobione zdanie. Taniec, to czynność uwłaczająca ludzkiej godności. Tak uważam pewnie dlatego, że tańczyć nie umiem. Jacek jest na przeciwnym biegunie. Rwie się do tego namiotu. Ostatecznie nie wpadamy i przed północą lądujemy w pokojach, umówiwszy się uprzednio na ósmą na śniadanie.

Olek postanowił, że odpuści przyjemność moczenia się w jeziorku. W zamian za to wstanie wcześniej i zrobi rundkę po okolicy. W jego rozumieniu jest to wypad do Chorwacji i Słowenii :-) Spotkamy się po pluskaniu, lub będzie nas łapał w trasie powrotnej.

Rano śniadanie, już bez Olka, pakowanie i ruszamy ku celowi naszej wycieczki. Wypada wszak minimum raz do roku pojechać do wód !!! Tak samo myśli cały tłumek wędrujący przez miasteczko z charakterystycznymi kolorowymi piankowymi pływakami. Przez dwie godziny pływamy. To dla Hirka zdecydowanie za mało, ale mężnie przerywa przyjemność. Na szczęście czeka nas dziś jeszcze jedna przyjemność - jazda. Telefon do Olka. Jest na granicy węgiersko-słoweńskiej. Będzie nas gonił.

Przed trasą warto wrzucić coś na ruszt. Stajemy u stóp zamku w malowniczym miasteczku nieopodal Heviz. Zobaczymy go dopiero na fotce, bo od strony restauracji zasłaniają go drzewa. To pierwiastek absurdu, zamiast zwiedzać ładujemy się do knajpy. Wojtek zdaje telefoniczną relację żonie. Przechodząc obok słyszę "...jedzie z nami facet, który daje sygnały machając rękoma...". To chyba o mnie. Miłe wnętrze, muzykant przygrywający na cymbałach niczym Jankiel, młoda ładna kelnerka w ludowym stroju. Tego Jackowi było za wiele. Zerwał się od stołu i po chwili tańcował z kelnerką na środku sali. Wszyscy kelnerzy gapili się zapomniawszy o gościach. W drzwiach kuchni pojawiło się kilka głów. Jacek nieźle tańczy. Było na co popatrzeć.

Koniec pląsów. Kelnerka aż dostała pąsów, ale przyniosła wszystko co zamówiliśmy. W międzyczasie dołączył do nas Olek. Jacek zaaferowany opowiadał o wrażeniach z tańca. Olo skwitował to: mężczyzna bardzo długo pozostaje pod wrażeniem jakie zrobił na kobiecie :-)

Pojedli? Popili? To dać psu mordy oblizać i w drogę. Zbieramy się. Na parkingu podszedł do nas Węgier poznawszy Junaka. Na telefonie miał wiele fotek swoich sprzętów. Ma w kolekcji dziewięć Rometów różnej maści!!! Nie moglismy nie pogadać. Zrobiło się późno. O 15 ruszamy w doroge powrotną. Do plolskiej granicy około 500 kilometrów. Gdzie wypadnie nocleg? Zobaczymy. 

Heviz


Heviz

Znowu łagodne wzgórza, zakręty, wioseczki, lasy i rozlegełe pola. Bajka. Staram się utrzymywać w miarę stałą prędkość 90-100 km/h. Oczywiście w wioskach wolniutko, na zjazdach nieco więcej, a pod górę nieco mniej. Ot ograniczenia techniczne. Hirek zarządził uporządkowanie peletonu. Ja z przodu trzymając się osi jezdni, za mną Jacek przy prawym skraju, Wojtek środkiem, Olo prawą i zamykający Hirek środkiem. To teoria i stan idealny. W praktyce na zakrętach idę od środka do prawego skraju i dalej na środek (prawe) lub od prawej ku środkowi i do prawej (lewe). Jacek wierci się od lewej do prawej. Pozostali trzymają się ustaleń.

Jeszcze poprzedniego dnia od znacznych wibracji wynikających z prędkości poluzowało mi się kolanko i naruszyło gwint w głowicy. Dziś dalszy ciąg destrukcji. Niestety kolejna głowica musi trafić w ręce Kangura (w tym roku załatwiłem już jedną w ten sam sposób). Postój awaryjny. Jacek wędruje wzdłuż płotu z siatki szukając drutu. Wspomógł się kombinerkami i pozyskał dobre osiemdziesiąt centymetrów. Spokojnie, płot nie ucierpiał (zanadto). Wiążę kolanko do ramy, a dodatkowo Jacek oplata nakrętkę kolanka czepiając drut do magistrali. Ta konstrukcja wytrzymała aż do domu. Można lecieć.


Heviz


Heviz


Heviz

Po 250 kilometrach zrobiło się ciemno. Do tego mgła i czasami leciutki deszczyk. Na postoju przy okazji tankowania Olek zaprotestował i zażądał zmniejszenia prędkości. To był bardzo mądry ruch. Bańska Bystrzyca. Stąd do granicy około 170 km. Jest 21:15. Decydujemy się na nocleg. Wojtek znajduje hotel poprzez ebooking i prowadzi nas do celu. Niestety wszystkie knajpy w mieście kończą pracę o 22 i pozostaje nam zamówienie kebabowej kolacji z dowozem. Chwilę gaworzymy i spać. 

Rano śniadanie, pamiątkowe fotki i do domu. Hirek z Wojtkiem wybierają opcję "po szerokim" i dają ostro w palnik. My ruszamy we trzech. Słońce, góry, kolorowe drzewa... nie można oderwac wzroku.

Heviz


Heviz

Granica, Korbielów, postój w karczmie w Jeleśni. Olek musi być w miarę wcześnie w domu więc nawet nie pije herbaty tylko startuje w kierunku Żywca. Stamtąd wpada na szerokie drogi ekspresowe i dociera do domu wczesnym popołudniem. My z Jackem delektujemy się jazdą. Najpierw przebijamy się przez śląskie labirynty miejscowości przechodzących płynnie jedna w drugą, a potem bocznymi drogami doliną Pilicy. Po drodze "obowiązkowy" punkt - moje drzewo. To miejsce odwiedzam zawsze jadąc w tych okolicach i fotografuję w różnych porach roku i kolorach. Teraz to jest też drzewo Jacka :-)

Heviz

Zrobiło się ciemno. Do domu 100 kilometrów. Co jakiś czas zaczyna wypadać zapłon. Szybka zmiana świecy i nura w czarną noc. Kolejna miejscowość za 10 kilometrów. Lepiej żeby nie trzeba było grzebać gdzieś przy drodze. Ciągle przerywa ale jedzie. Na stacji zmiana kondensatora. Nie pomogło. Ale skoro jedzie to może dojedzie? Koło Grójca żegnamy się z Jackiem. Około 22 otwieram bramę garażu.

Trzy i pół dnia, 1700 km, a wrażeń jak z dużej wyprawy. Warto było? Warto!!! Przy pożegnaniu w Bańskiej Bystrzycy Olek pytał czy w przyszłym roku też pojedziemy do wód. Pojedziemy odpowiedzieliśmy zgodnym chórem.