Elbląg

O początku jesieni można przekonać się patrząc w kalendarz, natomiast gdy popatrzy się w niebo wydaje się, że lato trwa. Wymarzona pogoda na wypady motocyklowe. Tym razem zaproszenie przyszło od dyrektora muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. Dla obcych dyrektor, dla nas Lech :-) To człowiek renesansu. Czego nie robił? Czym się nie interesował? Wszystko z pasją i zaangażowaniem. Znamy się oczywiście dzięki wspólnej miłości do junaków. Razem z kamratami z czapteru Kaszëbë zaprasza na zwiedzanie, wspólną wycieczkę (w tym roku do zaprzyjaźnionego muzeum we Fromborku), ognisko, noc w muzeum (namioty stanęły na dziedzińcu, chętni mogli rozłożyć się w chacie Wikingów), wspólną fotkę wykonaną zabytkowym aparatem, a przede wszystkim spotkanie miłośników junaków.

Krzych zaplanował start w piątek około południa. Jacenty ze względu na obowiązki służbowe może ruszyć w sobotę z rana. Zaganianie do pracy dwudziestki pracowników, będących zbiorem silnych indywidualności, do łatwych nie należy. Chciałbym polecieć zarówno z Krzychem jak i z Jackiem. Jak rozwiązać ten dylemat? Na dodatek w moim motorze kilka dni temu wbudowałem silnik, który dopiero co skończyłem i przed przekazaniem go właścicielowi wstępnie docieram i testuję. Pojeździł już blisko 300 kilometrów. Można powrócić do mojego. Wymaga to jednak czasu. Wybór narzuca się sam. Pojadę w sobotę z Jackiem. W piątek z rana w nowym silniku zmieniłem olej, wyregulowałem zawory i sprawdziłem ustawienie zapłonu. Czas na wymontowanie i zamontowanie mojego.

Kątem oka patrzę na Krzycha przygotowania do drogi. Junak z przytroczonym worem stoi przed warsztatem. Olej dolany, koła dopompowane. Wszystko gotowe. Oj kusi, kusi. Koło południa zahaczyłem Krzycha. Z kim lecisz? Sam? O której startujesz? Za chwilę? A nie poczekałbyś momencik? Jak to na co? Na mnie. Tak, umówiłem się na jutro z Jackiem, ale i z Tobą chciałbym pojechać. Niedługo będę gotów. Muszę tylko zamienić silniki. Poczekasz? Myślę, że potrzebuję na to 2 godziny. No to klawo jak cholera. Biorę się za robotę.

Moje szacunki były troszkę zbyt optymistyczne. Zamiast dwóch, operacja zajęła prawie trzy godziny. Jeszcze tylko wyszorowanie rąk i można palić wrotki :-) Gotów do startu!!! Co z Jackiem? Jak to co? Pojadę z nim zgodnie z umową. Krzych robi wielkie oczy. Krzychu, lecimy razem, przywitamy się, siądziemy chwilkę przy ognisku i polecę z powrotem, a rano ruszę z Jacentym. Głupi pomysł? Może i głupi, ale jakże atrakcyjny :-)

Lecimy na Płońsk, potem kawałek 10'tką i dalej bokami przez Bieżuń, Lubawę, Iławę i Susz. Ile razy już tędy śmigaliśmy? Za każdym razem podziwiamy drogę jakbyśmy tu byli pierwszy raz.

Za Bieżuniem reflektor Krzycha zaczął figlarnie mrugać. Póki widno nie jest to wielkim problemem, ale za godzinę zrobi się ciemno i wtedy skończą się żarty. Krzych zorientował się w sytuacji. Co jakiś czas sprawdza czy ma światła i coś gmera przy stacyjce, ale nie staje. Na wlocie do Iławy nie wytrzymałem psychicznie i postanowiłem, że coś trzeba z tym zrobić. Zjeżdżam na parking przy cepeenie. Krzych oczywiście skręca za mną. Wywiązuje się krótka konwersacja:
(K) Coś muszę zrobić ze światłami.
(P) Nooo...
(K) Coś nie kontaktuje w stacyjce.
(P) Nooo...
(K) Przylepię kluczyk izolacją.
(P) Nooo... nie, zróbmy to porządnie!

Znam niechęć Krzycha do grzebania w kabelkach. Wiem, że muszę przejąć inicjatywę, bo w przeciwnym przypadku doraźna naprawa za pomocą izolacji może zawieść w najmniej korzystnym momencie gdzieś w ciemnym lesie na łuku drogi. Może mam zbyt rozwiniętą wyobraźnię, ale nie lubię myśli o grzebaniu Krzycha. Brrr.

Wyciągam z piórnika klucze i latarkę. Ściągaj reflektor. Co my tu mamy? Poruszaj kluczykiem. Nie kontaktuje blaszka podająca napięcie na stacyjkę. Przepinamy główny kabelek zasilający bezpośrednio do zwory stacyjki z pominięciem chimerycznej blaszki. Na szczęście przemyślny Krzych ma w instalacji wyłącznik odcinający akumulator. Za jego pomocą będzie można wyłączyć całą instalację. Uff, na szczęście problem dał się rozwiązać prosto i skutecznie. Ruszamy. Za chwilę zrobi się noc, ale teraz ciemność nie straszna.

Ostatnie kilometry, wąskie drogi Żuław, ciepła noc... bajka. Naraz w poprzek jezdni widzimy usypany wał ziemi. Koniec drogi. Remont mostu wiodącego na drugą stronę kanału. Żadnych informacji o objeździe. Pewnie zarządca drogi założył, że tędy jeżdżą tylko miejscowi i im taka informacja nie jest potrzebna. Postanawiamy pokonać tę przeszkodę. Najpierw demontujemy dwa znaki drogowe zagradzające dostęp do kładek dla pieszych. Z barierek blokujących drogę robimy trap i po nim po kolei wtaczamy motory. Po drugiej stronie wita nas miły pan. Mówi, że ten most już od dłuższego czasu jest w remoncie. Jego wuj pokonał go WSK'ą jadąc za stadem gołębi. Ponieważ był pod znacznym wpływem alkoholu nawet nie zauważył przeszkody. Jeszcze chwila na przywrócenie pierwotnego układu znaków i gnamy dalej.

Elbląg   

W gościnnych progach muzeum meldujemy się około dwudziestej. Serdeczne powitania, krótkie posiedzenie przy ognisku i zawijam w drogę powrotną. Tym razem wybieram ekspresówkę S7. Po niecałych czterech godzinach melduję się w domu. Gorąca herbata, prysznic (też gorący) i szybko spać. Jutro z rana, a właściwie dziś, bo jest nieco po północy, jestem umówiony z Jackiem.

Zanim zacznę kolejny dzień motocyklowy trzy godziny przyjemności bycia dziadkiem. Dziś nocuje u nas wnuczka Wanda lat pięć. Moja żoneczka po tygodniu ciężkiej pracy w sobotę lubi chwilę dłużej pospać. Wanda zrywa się radosna jak skowronek o siódmej. Szybko się ubieramy i lecimy na spacer z psem i chwilę uciechy na placu zabaw. Po drodze odwiedzamy sklep gdzie kupujemy pudrowe cukierki. To stały punkt programu. Po spacerze zostawiamy psa w domu nad miską kaszy, a sami pędzimy na bazarek. Taki sobotni rytuał. Do kosza trafiają owoce, warzywa, świeże bułki, jajka, twaróg, a do kieszeni dwa lizaki. Jeden dla Dziuni, a drugi dla jej braciszka Jurka. Mimo, że z bazarku do domu mamy 500 metrów droga powrotna zajmuje pół godziny. Idziemy po krawężniku, potem nie można nastąpić na łączenie się płyt chodnikowych, oglądamy wielce intrygujące owady o pomarańczowych plecach, idziemy po poprzeczce płotu, śpiewamy piosenki, które znamy tylko my, chowamy się w krzakach, sprawdzamy które krzewy mają kolce, zaglądamy czy nie ma czegoś ciekawego w śmietniku, oglądamy oczko wodne, znowu kryjemy się w krzakach... Przyznacie, że pół godziny to za mało na te wszystkie atrakcje.

Po powrocie śniadanie. Dziuniu ile kanapek zjesz? Piętnaście. A co będziesz piła? Kakao. Robię sześć malutkich kanapeczek. Każda inna. Ta z szynką i pomidorkiem, ta z serem, ta... Czego bym nie zrobił i tak wszystkie dodatki lądują na moim talerzu, a bułka smarowana jest pracowicie miodem :-)

Po śniadaniu uczymy pluszaki pisania literki A. Nieźle im poszło. Poradził sobie z tym nawet rekin bez rąk. Teraz pluszaki ustawiają się w kolejce do lekarza. Pudrowe cukierki wydawane są szczodrze na receptę. Znikają gdzieś w tajemniczy sposób. Wszystkie zostały zjedzone przez stado futrzaków? Nie bardzo w to wierzę, ale Dziunia zaświadcza, że tak było. Zbliża się dziesiąta. Czas wyciągnąć babcię z łóżka, a dziadek zrywa się na wycieczkę.

Właśnie nową zaczął podróż, by ją skończyć w Pacanowie, a co przeżył i co widział film ten wszystko wam opowie :-) 



Punkt dziesiąta Jacek podjeżdża pod bramę mojego garażu. Krótka odprawa: polecimy przez Iławę, potem za Suszem krótki postój przy ruinach pałacu i niespodzianka. Startujemy. Jadąc dziesiątką po drodze zatrzymujemy się w Drobinie w GrillBarze "Stara Wędzarnia". Przejeżdżałem tędy dziesiątki razy, szyld wydziałem, ale nigdy nie wpadłem. Tym razem wpadliśmy i było warto. Po późnym śniadaniu Jacek zrobił mały przegląd motocykla. Dopatrzył się, że tylny amortyzator jest luźny. Rozkręcił się? Niestety okazało się, że pękł. Trudno. Nic na to poradzić nie można. Trzeba z tym żyć. Jechać można. Jak pokazał kolejny dzień dało się nawet szybko jechać po wyboistych drogach. Kiedyś jechałem z dwoma pękniętymi i też się dało, tyle że pogięły się szklanki.

Pomny dwóch poprzednich "przycierek" Jackowego motocykla jadę 75-80 km/h. Trzeba w końcu spokojnie dotrzeć jego silnik. Piękna pogoda, piękna droga, wspaniałe widoki... nie ma co się spieszyć. Za Suszem stajemy na chwilę w Kamieńcu żeby zobaczyć ruiny pałacu Finckensteinów.

Teraz zapowiadana niespodzianka. To wczorajsza atrakcja wieczoru - most w remoncie. Tym razem możemy go dokładnie obejrzeć w świetle dnia. Jeszcze raz demontuję znaki drogowe i z barierek robię trapy do pokonania schodków. Jacek, czy to z lenistwa, czy młodzieńczej brawury, uruchamia silnik i przeprowadza motocykl na półsprzęgle z wbitą jedynką. Może sobie na to pozwolić, bo w naszych Junakach mamy zamontowane sprzęgła zbudowane na bazie sprzęgła z suzuki gs 500. Testujemy je intensywnie :-) Ja nie odważyłem się i przepchałem motor ręcznie.  Po chwili jesteśmy po drugiej stronie.

Do celu docieramy wczesnym popołudniem. Jacenty rozbija namiot, a ja będę spał w chacie Wikingów. Lech zaprasza na zwiedzanie muzeum. To coś dla ducha. Teraz coś dla ciała. Razem z kumplem Jacka, który przyjechał ze Szczecina wędrujemy na krótki spacer po "starówce". Powstała grubo po wojnie na miejscu zrujnowanej (między innymi o tym mówi ekspozycja w muzeum), ale została zaprojektowana tak zmyślnie, że ma swoisty klimat. Wpadamy do sympatycznej knajpki na obiad. Powrót na bazę. Tu płonie ognisko i toczą się opowieści motocyklowe.

Jako atrakcja wieczoru akcja odpalenia dyrektorskiego Junaka. Kamyk dzielnie łączył kable, kilku kamratów kopało i po chwili wnętrze Wikingowej chaty wypełnił gulgot silnika. Pełny sukces. Trzeba dokonać kilku poprawek w instalacji elektrycznej, zmienić olej i w przyszłym roku Lech powita nas na Junaku. Pada pytanie. Przyjedziecie w przyszłym roku? OCZYWIŚCIE!!!    

Elbląg

Rano pobudka, szybkie pakowanie gratów i jesteśmy z Jackiem gotowi do drogi. Jeszcze wpadł Lech z zabytkowym, to chyba oczywiste, aparatem żeby cyknąć pamiątkową fotkę, jeszcze uściski i grzejemy. O jedenastej jesteśmy umówieni z Wandą i córkami Jacka, oraz ich znajomymi w Ukcie nad Krutynią. W planach krótki spływ tą malowniczą rzeką. W okresie wakacji jest tam niezły tłum. O tej porze powinno być spokojnie i pusto. Przed nami 180 kilometrów. Do spotkania zostało niecałe trzy godziny. Trzeba się sprężać, pamiętając jednak o niedotartym silniku.

Jak to z Junakami bywa. Po godzinie zaczęło się ruszać kolanko w Jacka Junaku. Stajemy na cepeenie. Ukruszył się kołnierz kolanka. Na razie tylko na 1/3 obwodu. Trzeba poprawić ułożenie uszczelki, pod nakrętkę dokładam pierścień z drutu. Teraz moooocno dokręcić i w drogę. W Dobrym Mieście wpadamy ma DK 51. Droga ta naprzemiennie ma po jednym i dwa pasy ruchu. Szeroka, poprowadzona poza miejscowościami. Kusi żeby odwinąć manetkę. No i Jacka poniosło. Wyprzedził mnie i uśmiechając się szeroko pognał w siną dal. Pamiętam tę jego minę z wyjazdu do Mirasia i wypadu w Góry Świętokrzyskie. Gonię. Gdy się zrównaliśmy mój GPS pokazywał 112 km/h. "Idealna" prędkość dla silnika, który przejechał 400 km ;-)

Po kilkudziesięciu kilometrach spadamy na boczne drogi. Bajka!!! Zakręty, górki, dołki, lasy, pola, łąki, pusto, dziury, wertepy... Jackowe przednie zawieszenie zmodyfikowane na wzór BMW spisywało się świetnie. Gorzej z moim, powycieranym na rozmaitych drogach przez blisko 300 tysięcy kilometrów (dokładnie to 293 tysiące). Ciekawe jak przeżyło to brutalne traktowanie jego tylne zawieszenie z pękniętym amortyzatorem? Jakoś dało radę, bo utrzymywał się na drodze, mimo tego, że srogo łoiliśmy.

Na spotkanie zdążyliśmy. Cztery godziny na kajakach minęły jak jedna chwilka. Tak jak przypuszczaliśmy. Pusto, cicho, spokojnie. Słonko grzało, widoki bajkowe. Nie ma lepiej.

Po spływie obiad i ruszamy w drogę powrotną. Niedaleko Szczytna coś się zaczęło dziać. Czyżby jednak kolejna "przycierka"? Szybciej niż 80 km/h nie dało się jechać. Stajemy. Na wszelki wypadek dzwonię do Gołota. Mamy do niego 40 kilometrów i w razie draki możemy liczyć na wsparcie. Jednak gdy silnik nieco ostygł dał się odpalić i przy prędkości nieprzekraczającej 75-80 km/h kręcił się normalnie. Jak jedzie to nie ma co narzekać. Co się stało zweryfikuje się w warsztacie. 

O 22:20 żegnamy się na wysokości Osiecka. Jackowi zostało 8 kilometrów. Ja mam stąd do domu 45. Serdeczne uściski i każdy leci w swoją stronę.

Piękne trzy dni. 1300 kilometrów. Dwa razy Elbląg, boczne drogi, kajaki, towarzysze podróży Krzych i Jacek... sam smak motocyklizmu :-)