XII Nasze Wyprawy Motocyklowe Kowalówka 2023
Po dwuletniej przerwie Głazio zorganizował kolejną, już dwunastą, edycję spotkania motocyklistów wszelkiej maści pod nazwą Nasze Wyprawy Motocyklowe. Kto nie był do tej pory powinien śledzić w styczniu za rok informacje na stronie www.radiator-mototurystyka.pl i jak tylko znany będzie termin rezerwować sobie pokój w ośrodku "Leśna chata" w Kowalówce na Roztoczu, lub w którejś z pobliskich miejscowości. My z Krzychem polecamy niesamowite miejsce - Chutor Gorajec, ale o nim za chwilę.
Znacie Głazia? Tak myślałem :-) Nie znacie? :-0 Powinniście poznać!!! To dobry duch tej imprezy. Nie ma oficjalnych statystyk, ale szacuję, że w tym roku opowieści o wyprawach motocyklowych wysłuchało 200-300 osób. I ja tam byłem, coś tam piłem, spotkałem wielu znajomych z poprzednich edycji, a przede wszystkim słuchałem, słuchałem i nasłuchać się nie mogłem, czasami ze szczęką opadającą na kolana.

Ale po kolei. Jak co roku staramy się z Krzychem zarezerwować czas w lutym na NWM. Przyjemność uczestnictwa w imprezie łączymy zazwyczaj z frajdą przejażdżki motocyklowej. I tak miało być w tym roku. Jednak rodzinne komplikacje wymogły na Krzychu zmianę środka transportu na samochód. Usilnie namawiał mnie do wspólnej podróży argumentując, nie bez racji, że zapowiadany deszcz poparty niską temperaturą, a w nocy z soboty na niedzielę wzmocniony lekkim mrozem i śniegiem nie sprzyjają śmiganiu na dwóch kółkach. Argumentował, argumentował, ale z jego miny widziałem, że gdyby tylko mógł, to zlekceważyłby te rozsądne tłumaczenia i śmignął razem ze mną. Na wyjazd namówiłem też Jacka z Osiecka, a Jacek Wandę. Mieli śmignąć motorem, ale przyszło im do głowy, że zapowiadany deszcz poparty niską temperaturą, a w nocy z soboty na niedzielę wzmocniony... (słyszeliście to już?) i ostatecznie wybrali cztery kółka.
Około południa wciągnąłem na grzbiet bieliznę termiczną, lekki polar, kurtkę motocyklową i wściekle żółtą kurtkę dla budowlańców i innych nieszczęśników pracujących zimą na dworze. Do tego nowo zakupione spodnie firmy Rukka i mocno już wyeksploatowane ortaliony, w których jedna nogawka podarła się podczas wycieczki do Turcji. Rukka brzmi dumnie, ale ten konkretnie ciuch to mooocna używka za 250 złociszy, do tego zakupiona bez podpinki, którą to podpinkę pozyskałem z innych starych portek. Mój sponsor (żoneczka) na lepszy strój jakoś mnie nie namawia :-) Całość uzupełniłem złachanymi rękawicami, w których dziewięć palców jest całych, a na nie wbiłem jednopalczaste łapawice zdemobilizowane z armii holenderskiej pamiętające chyba wojny burskie (jeżeli nie obie to przynajmniej drugą). Z rana w motorze sprawdziłem poziom oleju, ciśnienie w gumach, lekko naciągnąłem i nasmarowałem łańcuch i uznałem, że jeździec i sprzęt są w życiowej formie. Krzych postanowił, że będzie mnie asekurować i poleci za mną.
Planowaliśmy trasę boczkami przez Dęblin, Puławy, Nałęczów i Bychawę. Zazwyczaj tras tak dokładnie nie planujemy, bo mając plan zawsze istnieje ryzyko, że się go nie uda zrealizować. Ale cóż. Zaplanowaliśmy. No i przed Michałowicami się nie udało po raz pierwszy :-) Krzych straciwszy nieco w warszawskich korkach jechał parę kilometrów za mną. W pewnym momencie drogę zagrodziły roboty drogowe. Objazd kierował w prawo, ale był niezbyt nachalnie oznaczony. Moje wsparcie poleciało w lewo, by po kilkudziesięciu kilometrach błąkania się po szarym i deszczowym pograniczu Mazowsza i Lubelszczyzny natknąć się na równiutką drogę ekspresową na Lublin. Ja pognałem w prawo, na razie zgodnie z planem. W Michałowicach musiałem dobrać paliwa. Przy okazji nawiązałem łączność z wozem technicznym. Ustaliliśmy, że Krzych poleci ekspresówkami do wysokości Bychawy, a potem spadnie na drogi wojewódzkie.
Ja miałem działać zgodnie z pierwotnym planem. I działałem, ale tylko przez 50 kilometrów. W pewnym momencie silnik zaczął dziwnie pracować. Gdy szedł całą naprzód było ok, ale już średnie i wolne obroty szarpały i nie dawały się utrzymać. Ki czort? Zapłon? Świeca? Kabel WN? Iskrownik? Kondensator? Nie ma co gdybać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to sprawdzi się na miejscu. Zostało 200 kilometrów i prawie pełny zbiornik. Jeżeli polecę drogami omijającymi miejscowości, a tam gdzie się nie da ich ominąć dopisze mi szczęście i nie będę musiał stawać, to trzymając wysokie obroty jakoś powinienem dociągnąć. Wysokie obroty na czwórce to 90-100 km/h. W miejscowościach w ostateczności wbijałem jedynkę, co przy skrzyni MK2 oznacza 50 km/h. Wolniej nie bardzo się dawało. W Biłgoraju prawie pokonała mnie wlekąca się ciężarówka. Na szczęście jedno z rond miało niską wyspę. Zawalidroga powlekła się dookoła, a ja hyc środkiem i dało się utrzymać obroty. Uff, jeszcze raz się udało!!!
Silnik zgasł 200 metrów przed metą. Gdy próbowałem go odpalić stanął za mną.... Krzych. To się nazywa precyzja. Gdy było potrzebne wsparcie nie czekałem na nie dłużej niż pięć minut i o własnych siłach osiągnąłem cel :-)
Działania serwisowe. Mnóstwo pozdrowień, powitań, serdeczności, ktoś podaje filiżankę herbaty, inny proponuje kieliszeczek wódki, wyciągnieta ręka ze szklanką z piwem... Gaworzę, przybijam piątki, piję herbatę, odmawiam wyższych frakcji, ktoś wziął kask żeby zająć miejsce na widowni, kręcę śrubkami... Jak się okazało problem tkwił w gaźniku. Wytarła się zapinka trzymająca iglicę w Amalu, iglica wbiła się w rozpylacz i gaźnik zgłupiał dokumentnie. Zapinkę zastąpił drucik wygrzebany w puszcze ze śrubkami. Jakoś udało się uruchomić silnik po tej prowizorycznej naprawie, ale szału nie było. Postanowiłem, że powrócę do działań serwisowych w niedzielę rano, tak żeby nie tracić nic z programu imprezy. Trzeba szybko ściągnąć ciuchy i wpadam na salę.
Pierwsi opowiadają o Złombolu Klamot z Loczkiem - ojciec i syn. Żeby każdy ojciec miał takiego syna, a każdy syn takiego ojca. Marzenie :-)
Uwaga - klikając w obrazki poszczególnych prezentacji możecie przeczytać krótki opis.

Chwila przerwy na łyk Coca Coli i kolejna sesja. Tym razem Renata i Zbyszek o podróży do Pakistanu tam gdzie bliżej jest do nieba. Zanim dotarli w pobliże nieba musieli przebijać się przez ziemskie piekiełko, a tam gdzie diabeł nie może babę pośle. I tak było w ich przypadku. Renata twardo dyskutowała z facetami zupełnie nienawykłymi nie tylko do słuchania, co nawet do rozmowy z kobietami. Do tego uzbrojeni byli w kałachy. Twarda sztuka.

Czas na odpoczynek. Motor zostaje, my autami jedziemy do Gorajca. Jedenasta w nocy, końcówka lutego, wioska zamieszkała przez 40 osób, środek pól i lasów. Myśleliśmy, że będziemy jedynymi gośćmi. Tymczasem w ogromniastej sali jadalnej połączonej z kuchnią, udekorowanej folkowymi dziełami sztuki, starymi sprzętami, regałem z książkami, instrumentami, rzeźbami, zdjęciami... pojawiają się kolejni goście. Trzech motocyklistów, kilka osób anglojęzycznych, ukraińska rodzinka. Jak się okazało to niezwykłe miejsce cały rok tętni życiem. Kulminacją jest Folkowisko organizowane w lipcu. Grają tu kapele z najwyższej półki, jest mnóstwo aktywności, przewijają się tysiące ludzi. Dzieje się. Klikajcie na obrazek!!!


Z rana śniadanie. Jednak wcześniej trzeba było ruszyć po zaopatrzenie. I tu Krzych dał mały popis swoich możliwości. Co dokładnie narozrabiał, o to pytajcie Go osobiście. Albo dobra, trochę uchylę rąbka tajemnicy. Na zakupy pojechaliśmy autem. Sklep wypatrzyliśmy na łuku drogi po lewej stronie. Krzych śmiało przekroczył namalowaną w tym miejscu podwójną ciągłą linię i zamierzał wbić się na parking przed sklepem. Na drodze stanął wysoki krawężnik. Tu akcja przyspieszyła. Gdy wykonywaliśmy manewr podejścia z naprzeciwka nadjechało auto. My zamiast zmykać musieliśmy się omalże zatrzymać żeby delikatnie pokonać krawężnik. Tamten na szczęście chciał (właściwie nie miał wyboru) i mógł uciec na przeciwległy pas jezdni, na którym przed sekundą byliśmy my. Z podwójną ciągłą poradził sobie z łatwością, podobnie jak Krzych z krawężnikiem. Jeszcze nie zdążyłem zamknąć drzwi kiedy koło nas zatrzymało się cywilne auto, a w nim dwóch eleganckich policjantów w białych czapkach. To nie byli przebierańcy. Nasz niefrasobliwy kierowca musiał dmuchać w tester trzeźwości, który pokazał 0,0. Potem poszło z górki. Jeden ze stróży porządku ma starą wyremontowaną MZ'tkę, której zdjęcia miał w telefonie. Miał też zdjęcie dziewczyny. Krzych z wrodzoną domyślnością dopytywał czy ona też jest po remoncie. Okazało się, że to córka, i wg zeznań ojca nie wymaga jeszcze remontu. Na takiej miłej pogawędce zeszło kilka minut. W efekcie wygłoszone zostało pouczenie i wyedukowany Krzych mógł schować się przed deszczem w sklepie, gdzie ja w międzyczasie kończyłem zakupy. Pani sklepowa pomstowała na tych figlarnych policjantów, którzy często łapią jej klientów wykonujących takie same manewry jak Krzych.

Po śniadaniu zwiedziliśmy zabytkową cerkiew. Oprowadzała i opowiadała mama pani domu.

Po zwiedzaniu pojechaliśmy na sobotnie sesje. Pierwszą z nich (dalsze przygody Renaty i Zbyszka) opuściłem, bo musiałem sprawdzić efekt wczorajszej naprawy i wziąć paliwo. Niestety silnik pracował tylko trochę lepiej. Ciągle dusi się i kaszle. Trzeba będzie to poprawić.
Kolejna opowieść to podróże rodzinne z dzieciakami na motorach z wózkami. Żeby każde dziecko miało takich rodziców, a każdy rodzic motor z wózkiem i takie dzieci :-)
Pamiętajcie o klikaniu w obrazek poniżej.
Kolejny prelegent w wieku 24 lat wybrał się na wyprawę dookoła świata. Tomek połowę tej podróży odbył z dziewczyną, którą poznał w Londynie. Porozmawiali 4 godziny. To wystarczyło, żeby wybrali się razem na kilka miesięcy w nieznane. USA, Meksyk, pętla wokół Ameryki Południowej, znowu USA. Gdzieś po drodze żołnierze kartelu narkotykowego chcieli położyć kres tej wyprawie, przebijali się przez błota, góry... na koniec Tomek stracił wzrok. Musiał przerwać podróż. Leczył się alko i aktywnością. Żeby nie tracić czasu zorganizował charytatywną zbiórkę karmy dla zwierząt ze schronisk. Uzbierał, bagatela, 15 ton. Potem zorganizował 30 busów, które rozwiozły zebrane żarcie do schronisk. Przed kolejną częścią wyprawy musiał zapracować na pokrycie kosztów swojej pasji, po czym ruszył do Azji. W Iranie kupił 3 paczki paierosów po 30 groszy, które zamienił na 7600 złotych na aukcjach charytatywnych, a uzyskane środki przekazał goszczącemu go Irańczykowi. Ale to nie był zwykły transfer, oj nie był. W Kazachstanie podczas jakiejść ostrej imprezki założył się o 3 litry wódki, że da radę dojechać do końca lutego do Władywostoku. O zakładzie dowiedział się z filmiku, który nagrał podczas tej imprezy. Samego zakładu nie pamiętał. Pokonał zimą Syberię mimo, że tego nie miał w planach i... wygrał zakład, ale łatwo nie było. Było mega grubo!!! Pamiętacie o klikaniu?

Czas na posiłek. Dosiada się do nas Piotrek, który Papakiem (skuterek 50ccm) objechał prawie cały świat dookoła. Pamir Highway, bezdroża Mongolii, śnieżną Syberię... Udałoby sie to gdyby nie wypadek w Kanadzie. Teraz po kilku operacjach doszedł do siebie, pracuje na platformach na morzu Północnym i planuje podjęcie przerwanej podróży. Poznaliśmy się kilka lat temu gdy opowiadał o swoich przeżyciach. Cały czas ma ogień w sercu, szaleństwo w oczach i benzynę we krwi. Czy uda mu się zrealizować marzenia?

Ostatnia sesja to wyprawa Łukasza i Marty do Nowej Zelandii. 15 miesięcy zleciało jak z płatka, a nam 2 godziny opowieści wydawały się jakby były to dwie minuty. Uff, głowa pęka od wrażeń. Pamiętacie o klikaniu w obrazek?

Na zakończenie dnia koncert, który opuszczam. Dosiadam Junaka i gnam do Gorajca. Jacek wciąga Wandę na parkiet. Krzych pełni rolę szofera. Przed północą ściągają na bazę. Z głową pełną wrażeń nie mogę zasnąć. Nie pomaga w tym nawet kojące pochrapywanie Krzycha.
Nazajutrz wstałem o 6:30 i podreptałem do motoru. Okazało się, że główną przyczyną problemów jest ciągle iglica. Tym razem prowizoryczne mocowanie z drutu zaplątało się w sprężynę i iglica była wyciągnięta z rozpylacza. Instaluję podgięta przez Krzycha oryginalną zapinkę, dokładam mały pierścień z drutu. Jeszcze drutem pozyskanym z... no mniejsza o to, mocuję automat Stop i gnam na mszę, która odprawiana jest w cerkiewce o 7:45. Zdążyłem w ostatniej chwili. Przed kościołem, ale po przeciwnej stronie drogi zastałem grupkę kilku mężczyzn. Pytam grzecznie czy czekają na PKS. Coś tam odburknęli. Pytam dalej czy dziś będzie msza. Mówią, że będzie o 7:45. Rzut oka na zegarek 7:46. Wchodzę do środka. Z mną ruszyli lokalesi. W środku siedziały już ich kobiety. Ponoć to uświęcony zwyczaj. Baby czekają w środku, chłopy omawiają wydarzenia ostatniego tygodnia ćmiąc papierosy przed wejściem. I tak od setek lat.
Czas na śniadanie. Dwoni do mnie jeden z podróżników motocyklami z wózkiem i pyta czy nie znaleźlibyśmy czasu na odwiedziny u Żaby. Na spotkanie z Kasią i Żabą zawsze mamy czas. Wanda i Jacek będą mieli okazje poznac kolejnego zakręconego motocyklistę i zobaczyć jego skarby.

Już pierwsza? Czas startować do domu. Jacek z Wandą wstępują po drodze do słynnej Karpiówki w Bełżcu, a my z Krzychem dzida. Ciemne chmury posypują śniegiem. Na szczęście jezdnia ma temperaturę +3 stopnie. Powietrze nie ma temperatury. Na przydrożnych wyświetlaczach widnieje -0,5 stopnia. Pierwsza setka drogą krajową przez Zamość do Lublina. Dalej ekspresówka. Pochylam się nad kierownicą. Krzych z tyłu śledzi wskazania prędkości na GPS'ie. Podobno lecieliśmy 100 km/h. Tego nie wiem na pewno, bo wyłączył się mój GPS. Jednak coś w tym może być, bo wskazówka bujała się pomiędzy 90, a 110 km/h.
W całej trasie powrotnej (320 km) zrobiliśmy jeden postój na dobranie paliwa, ciepłą kawę i rogalik z czekoladą. Trochę też zagrzałem się. Rozstaliśmy się tam gdzie odbija eska w kierunku Ursynowa i dalej na Poznań. Ja poprzestałem na Ursynowie.

Krótki wypad, a wrażeń jak ze sporej wyprawy. Sam smak motocyklizmu. Gdzie dalej?
Znacie Głazia? Tak myślałem :-) Nie znacie? :-0 Powinniście poznać!!! To dobry duch tej imprezy. Nie ma oficjalnych statystyk, ale szacuję, że w tym roku opowieści o wyprawach motocyklowych wysłuchało 200-300 osób. I ja tam byłem, coś tam piłem, spotkałem wielu znajomych z poprzednich edycji, a przede wszystkim słuchałem, słuchałem i nasłuchać się nie mogłem, czasami ze szczęką opadającą na kolana.

Ale po kolei. Jak co roku staramy się z Krzychem zarezerwować czas w lutym na NWM. Przyjemność uczestnictwa w imprezie łączymy zazwyczaj z frajdą przejażdżki motocyklowej. I tak miało być w tym roku. Jednak rodzinne komplikacje wymogły na Krzychu zmianę środka transportu na samochód. Usilnie namawiał mnie do wspólnej podróży argumentując, nie bez racji, że zapowiadany deszcz poparty niską temperaturą, a w nocy z soboty na niedzielę wzmocniony lekkim mrozem i śniegiem nie sprzyjają śmiganiu na dwóch kółkach. Argumentował, argumentował, ale z jego miny widziałem, że gdyby tylko mógł, to zlekceważyłby te rozsądne tłumaczenia i śmignął razem ze mną. Na wyjazd namówiłem też Jacka z Osiecka, a Jacek Wandę. Mieli śmignąć motorem, ale przyszło im do głowy, że zapowiadany deszcz poparty niską temperaturą, a w nocy z soboty na niedzielę wzmocniony... (słyszeliście to już?) i ostatecznie wybrali cztery kółka.
Około południa wciągnąłem na grzbiet bieliznę termiczną, lekki polar, kurtkę motocyklową i wściekle żółtą kurtkę dla budowlańców i innych nieszczęśników pracujących zimą na dworze. Do tego nowo zakupione spodnie firmy Rukka i mocno już wyeksploatowane ortaliony, w których jedna nogawka podarła się podczas wycieczki do Turcji. Rukka brzmi dumnie, ale ten konkretnie ciuch to mooocna używka za 250 złociszy, do tego zakupiona bez podpinki, którą to podpinkę pozyskałem z innych starych portek. Mój sponsor (żoneczka) na lepszy strój jakoś mnie nie namawia :-) Całość uzupełniłem złachanymi rękawicami, w których dziewięć palców jest całych, a na nie wbiłem jednopalczaste łapawice zdemobilizowane z armii holenderskiej pamiętające chyba wojny burskie (jeżeli nie obie to przynajmniej drugą). Z rana w motorze sprawdziłem poziom oleju, ciśnienie w gumach, lekko naciągnąłem i nasmarowałem łańcuch i uznałem, że jeździec i sprzęt są w życiowej formie. Krzych postanowił, że będzie mnie asekurować i poleci za mną.
Planowaliśmy trasę boczkami przez Dęblin, Puławy, Nałęczów i Bychawę. Zazwyczaj tras tak dokładnie nie planujemy, bo mając plan zawsze istnieje ryzyko, że się go nie uda zrealizować. Ale cóż. Zaplanowaliśmy. No i przed Michałowicami się nie udało po raz pierwszy :-) Krzych straciwszy nieco w warszawskich korkach jechał parę kilometrów za mną. W pewnym momencie drogę zagrodziły roboty drogowe. Objazd kierował w prawo, ale był niezbyt nachalnie oznaczony. Moje wsparcie poleciało w lewo, by po kilkudziesięciu kilometrach błąkania się po szarym i deszczowym pograniczu Mazowsza i Lubelszczyzny natknąć się na równiutką drogę ekspresową na Lublin. Ja pognałem w prawo, na razie zgodnie z planem. W Michałowicach musiałem dobrać paliwa. Przy okazji nawiązałem łączność z wozem technicznym. Ustaliliśmy, że Krzych poleci ekspresówkami do wysokości Bychawy, a potem spadnie na drogi wojewódzkie.
Ja miałem działać zgodnie z pierwotnym planem. I działałem, ale tylko przez 50 kilometrów. W pewnym momencie silnik zaczął dziwnie pracować. Gdy szedł całą naprzód było ok, ale już średnie i wolne obroty szarpały i nie dawały się utrzymać. Ki czort? Zapłon? Świeca? Kabel WN? Iskrownik? Kondensator? Nie ma co gdybać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to sprawdzi się na miejscu. Zostało 200 kilometrów i prawie pełny zbiornik. Jeżeli polecę drogami omijającymi miejscowości, a tam gdzie się nie da ich ominąć dopisze mi szczęście i nie będę musiał stawać, to trzymając wysokie obroty jakoś powinienem dociągnąć. Wysokie obroty na czwórce to 90-100 km/h. W miejscowościach w ostateczności wbijałem jedynkę, co przy skrzyni MK2 oznacza 50 km/h. Wolniej nie bardzo się dawało. W Biłgoraju prawie pokonała mnie wlekąca się ciężarówka. Na szczęście jedno z rond miało niską wyspę. Zawalidroga powlekła się dookoła, a ja hyc środkiem i dało się utrzymać obroty. Uff, jeszcze raz się udało!!!
Silnik zgasł 200 metrów przed metą. Gdy próbowałem go odpalić stanął za mną.... Krzych. To się nazywa precyzja. Gdy było potrzebne wsparcie nie czekałem na nie dłużej niż pięć minut i o własnych siłach osiągnąłem cel :-)
Działania serwisowe. Mnóstwo pozdrowień, powitań, serdeczności, ktoś podaje filiżankę herbaty, inny proponuje kieliszeczek wódki, wyciągnieta ręka ze szklanką z piwem... Gaworzę, przybijam piątki, piję herbatę, odmawiam wyższych frakcji, ktoś wziął kask żeby zająć miejsce na widowni, kręcę śrubkami... Jak się okazało problem tkwił w gaźniku. Wytarła się zapinka trzymająca iglicę w Amalu, iglica wbiła się w rozpylacz i gaźnik zgłupiał dokumentnie. Zapinkę zastąpił drucik wygrzebany w puszcze ze śrubkami. Jakoś udało się uruchomić silnik po tej prowizorycznej naprawie, ale szału nie było. Postanowiłem, że powrócę do działań serwisowych w niedzielę rano, tak żeby nie tracić nic z programu imprezy. Trzeba szybko ściągnąć ciuchy i wpadam na salę.
Pierwsi opowiadają o Złombolu Klamot z Loczkiem - ojciec i syn. Żeby każdy ojciec miał takiego syna, a każdy syn takiego ojca. Marzenie :-)
Uwaga - klikając w obrazki poszczególnych prezentacji możecie przeczytać krótki opis.

Chwila przerwy na łyk Coca Coli i kolejna sesja. Tym razem Renata i Zbyszek o podróży do Pakistanu tam gdzie bliżej jest do nieba. Zanim dotarli w pobliże nieba musieli przebijać się przez ziemskie piekiełko, a tam gdzie diabeł nie może babę pośle. I tak było w ich przypadku. Renata twardo dyskutowała z facetami zupełnie nienawykłymi nie tylko do słuchania, co nawet do rozmowy z kobietami. Do tego uzbrojeni byli w kałachy. Twarda sztuka.

Czas na odpoczynek. Motor zostaje, my autami jedziemy do Gorajca. Jedenasta w nocy, końcówka lutego, wioska zamieszkała przez 40 osób, środek pól i lasów. Myśleliśmy, że będziemy jedynymi gośćmi. Tymczasem w ogromniastej sali jadalnej połączonej z kuchnią, udekorowanej folkowymi dziełami sztuki, starymi sprzętami, regałem z książkami, instrumentami, rzeźbami, zdjęciami... pojawiają się kolejni goście. Trzech motocyklistów, kilka osób anglojęzycznych, ukraińska rodzinka. Jak się okazało to niezwykłe miejsce cały rok tętni życiem. Kulminacją jest Folkowisko organizowane w lipcu. Grają tu kapele z najwyższej półki, jest mnóstwo aktywności, przewijają się tysiące ludzi. Dzieje się. Klikajcie na obrazek!!!


Z rana śniadanie. Jednak wcześniej trzeba było ruszyć po zaopatrzenie. I tu Krzych dał mały popis swoich możliwości. Co dokładnie narozrabiał, o to pytajcie Go osobiście. Albo dobra, trochę uchylę rąbka tajemnicy. Na zakupy pojechaliśmy autem. Sklep wypatrzyliśmy na łuku drogi po lewej stronie. Krzych śmiało przekroczył namalowaną w tym miejscu podwójną ciągłą linię i zamierzał wbić się na parking przed sklepem. Na drodze stanął wysoki krawężnik. Tu akcja przyspieszyła. Gdy wykonywaliśmy manewr podejścia z naprzeciwka nadjechało auto. My zamiast zmykać musieliśmy się omalże zatrzymać żeby delikatnie pokonać krawężnik. Tamten na szczęście chciał (właściwie nie miał wyboru) i mógł uciec na przeciwległy pas jezdni, na którym przed sekundą byliśmy my. Z podwójną ciągłą poradził sobie z łatwością, podobnie jak Krzych z krawężnikiem. Jeszcze nie zdążyłem zamknąć drzwi kiedy koło nas zatrzymało się cywilne auto, a w nim dwóch eleganckich policjantów w białych czapkach. To nie byli przebierańcy. Nasz niefrasobliwy kierowca musiał dmuchać w tester trzeźwości, który pokazał 0,0. Potem poszło z górki. Jeden ze stróży porządku ma starą wyremontowaną MZ'tkę, której zdjęcia miał w telefonie. Miał też zdjęcie dziewczyny. Krzych z wrodzoną domyślnością dopytywał czy ona też jest po remoncie. Okazało się, że to córka, i wg zeznań ojca nie wymaga jeszcze remontu. Na takiej miłej pogawędce zeszło kilka minut. W efekcie wygłoszone zostało pouczenie i wyedukowany Krzych mógł schować się przed deszczem w sklepie, gdzie ja w międzyczasie kończyłem zakupy. Pani sklepowa pomstowała na tych figlarnych policjantów, którzy często łapią jej klientów wykonujących takie same manewry jak Krzych.

Po śniadaniu zwiedziliśmy zabytkową cerkiew. Oprowadzała i opowiadała mama pani domu.

Po zwiedzaniu pojechaliśmy na sobotnie sesje. Pierwszą z nich (dalsze przygody Renaty i Zbyszka) opuściłem, bo musiałem sprawdzić efekt wczorajszej naprawy i wziąć paliwo. Niestety silnik pracował tylko trochę lepiej. Ciągle dusi się i kaszle. Trzeba będzie to poprawić.
Kolejna opowieść to podróże rodzinne z dzieciakami na motorach z wózkami. Żeby każde dziecko miało takich rodziców, a każdy rodzic motor z wózkiem i takie dzieci :-)
Pamiętajcie o klikaniu w obrazek poniżej.
Kolejny prelegent w wieku 24 lat wybrał się na wyprawę dookoła świata. Tomek połowę tej podróży odbył z dziewczyną, którą poznał w Londynie. Porozmawiali 4 godziny. To wystarczyło, żeby wybrali się razem na kilka miesięcy w nieznane. USA, Meksyk, pętla wokół Ameryki Południowej, znowu USA. Gdzieś po drodze żołnierze kartelu narkotykowego chcieli położyć kres tej wyprawie, przebijali się przez błota, góry... na koniec Tomek stracił wzrok. Musiał przerwać podróż. Leczył się alko i aktywnością. Żeby nie tracić czasu zorganizował charytatywną zbiórkę karmy dla zwierząt ze schronisk. Uzbierał, bagatela, 15 ton. Potem zorganizował 30 busów, które rozwiozły zebrane żarcie do schronisk. Przed kolejną częścią wyprawy musiał zapracować na pokrycie kosztów swojej pasji, po czym ruszył do Azji. W Iranie kupił 3 paczki paierosów po 30 groszy, które zamienił na 7600 złotych na aukcjach charytatywnych, a uzyskane środki przekazał goszczącemu go Irańczykowi. Ale to nie był zwykły transfer, oj nie był. W Kazachstanie podczas jakiejść ostrej imprezki założył się o 3 litry wódki, że da radę dojechać do końca lutego do Władywostoku. O zakładzie dowiedział się z filmiku, który nagrał podczas tej imprezy. Samego zakładu nie pamiętał. Pokonał zimą Syberię mimo, że tego nie miał w planach i... wygrał zakład, ale łatwo nie było. Było mega grubo!!! Pamiętacie o klikaniu?

Czas na posiłek. Dosiada się do nas Piotrek, który Papakiem (skuterek 50ccm) objechał prawie cały świat dookoła. Pamir Highway, bezdroża Mongolii, śnieżną Syberię... Udałoby sie to gdyby nie wypadek w Kanadzie. Teraz po kilku operacjach doszedł do siebie, pracuje na platformach na morzu Północnym i planuje podjęcie przerwanej podróży. Poznaliśmy się kilka lat temu gdy opowiadał o swoich przeżyciach. Cały czas ma ogień w sercu, szaleństwo w oczach i benzynę we krwi. Czy uda mu się zrealizować marzenia?

Ostatnia sesja to wyprawa Łukasza i Marty do Nowej Zelandii. 15 miesięcy zleciało jak z płatka, a nam 2 godziny opowieści wydawały się jakby były to dwie minuty. Uff, głowa pęka od wrażeń. Pamiętacie o klikaniu w obrazek?

Na zakończenie dnia koncert, który opuszczam. Dosiadam Junaka i gnam do Gorajca. Jacek wciąga Wandę na parkiet. Krzych pełni rolę szofera. Przed północą ściągają na bazę. Z głową pełną wrażeń nie mogę zasnąć. Nie pomaga w tym nawet kojące pochrapywanie Krzycha.
Nazajutrz wstałem o 6:30 i podreptałem do motoru. Okazało się, że główną przyczyną problemów jest ciągle iglica. Tym razem prowizoryczne mocowanie z drutu zaplątało się w sprężynę i iglica była wyciągnięta z rozpylacza. Instaluję podgięta przez Krzycha oryginalną zapinkę, dokładam mały pierścień z drutu. Jeszcze drutem pozyskanym z... no mniejsza o to, mocuję automat Stop i gnam na mszę, która odprawiana jest w cerkiewce o 7:45. Zdążyłem w ostatniej chwili. Przed kościołem, ale po przeciwnej stronie drogi zastałem grupkę kilku mężczyzn. Pytam grzecznie czy czekają na PKS. Coś tam odburknęli. Pytam dalej czy dziś będzie msza. Mówią, że będzie o 7:45. Rzut oka na zegarek 7:46. Wchodzę do środka. Z mną ruszyli lokalesi. W środku siedziały już ich kobiety. Ponoć to uświęcony zwyczaj. Baby czekają w środku, chłopy omawiają wydarzenia ostatniego tygodnia ćmiąc papierosy przed wejściem. I tak od setek lat.
Czas na śniadanie. Dwoni do mnie jeden z podróżników motocyklami z wózkiem i pyta czy nie znaleźlibyśmy czasu na odwiedziny u Żaby. Na spotkanie z Kasią i Żabą zawsze mamy czas. Wanda i Jacek będą mieli okazje poznac kolejnego zakręconego motocyklistę i zobaczyć jego skarby.

Już pierwsza? Czas startować do domu. Jacek z Wandą wstępują po drodze do słynnej Karpiówki w Bełżcu, a my z Krzychem dzida. Ciemne chmury posypują śniegiem. Na szczęście jezdnia ma temperaturę +3 stopnie. Powietrze nie ma temperatury. Na przydrożnych wyświetlaczach widnieje -0,5 stopnia. Pierwsza setka drogą krajową przez Zamość do Lublina. Dalej ekspresówka. Pochylam się nad kierownicą. Krzych z tyłu śledzi wskazania prędkości na GPS'ie. Podobno lecieliśmy 100 km/h. Tego nie wiem na pewno, bo wyłączył się mój GPS. Jednak coś w tym może być, bo wskazówka bujała się pomiędzy 90, a 110 km/h.
W całej trasie powrotnej (320 km) zrobiliśmy jeden postój na dobranie paliwa, ciepłą kawę i rogalik z czekoladą. Trochę też zagrzałem się. Rozstaliśmy się tam gdzie odbija eska w kierunku Ursynowa i dalej na Poznań. Ja poprzestałem na Ursynowie.

Krótki wypad, a wrażeń jak ze sporej wyprawy. Sam smak motocyklizmu. Gdzie dalej?