Dzień jedenasty środa 14 września 2022
Rano stały rytuał, nieźle już nam idzie składanie obozowiska, Jerry opanował składanie swojego namiotu do perfekcji, zajmuje mu to góra 2 minuty. Wyjeżdżamy z Kruje, kierujemy się w stronę Czarnogóry, jeszcze tylko Szkoder i mijamy granicę.

Uczestnik Złombolu
W Podgoricy moje i Kamyka sprzęgło odmówiło posłuszeństwa, w korku spuchły, szybka regulacja i już podążamy za resztą ekipy, która czeka na nas parę set metrów dalej. Po drodze gubi się nam Arek. Wcale się tym nie przejmuję, Arek to doświadczony motocyklowy podróżnik i zawsze znajdzie właściwą drogę, tak jest i tym razem, przy wjeździe w góry Durmitor zgrywamy się w punkt.

Góry Durmitor odwiedziłem w tamtym roku po raz pierwszy dzięki namowom właśnie wyżej wspomnianego Arka. Drugi raz odwiedziłem je w tym roku z małżonką w maju, ale nie było nam dane ich przejechać z powodu zasp śnieżnych. Tak, tak, zasp śnieżnych w maju.


To jest wolność
Miejsce noclegu tym razem wyznaczyłem na dzikim kempingu Sarban. Sam zjazd do miejsca noclegu dla motorów nie jest jakiś trudny, ale już podjazd może być problemowy dla busa. Po demokratycznej naradzie ustalamy, że nasz nocleg odbędzie się w tej dziczy gdzie nie ma ani internetu, ani zasięgu telefonii komórkowej. Co prawda 15 kilometrów dalej jest miejscowość Pluzine i tam są kempingi z dostępem do sanitariatów, ale nasze wspaniałe dziewczyny zdecydowały, że chcą właśnie w takim miejscu spędzić dzisiejszą noc.

Wszystkie bambetle znosimy z parkingu dosłownie na plecach. Po rozbiciu namiotów dziewczyny przygotowują kolację.

Drobne roboty przy Junakach, najbardziej zapracowany Kamyk który do Durmitotu przyjechał na lawecie. Ściemnia się dość szybko, a wraz z zachodzącym słońcem spada temperatura powietrza. Wszyscy zakładają dodatkowe ubrania bo ziąb się robi straszny, do tego dochodzi wiatr, jedynie owce nic z tego sobie nie robią. Na tym dzikim kempingu oprócz nas jest jeszcze parę samochodów, ktoś nawet próbuje rozpalić ognisko.

Po zmierzchu wiatr ustaje, ale zimnica pozostaje. Niebo rekompensuje nam wszystkie niedogodności, gwiazdy są tak nisko, że można je rękami z nieba rwać, takiego nieba chyba nie widziałem nigdy w czasie mojego nie krótkiego życia.

No kto chrapie??
<< dzień dziesiąty dzień dwunasty >>

Uczestnik Złombolu
W Podgoricy moje i Kamyka sprzęgło odmówiło posłuszeństwa, w korku spuchły, szybka regulacja i już podążamy za resztą ekipy, która czeka na nas parę set metrów dalej. Po drodze gubi się nam Arek. Wcale się tym nie przejmuję, Arek to doświadczony motocyklowy podróżnik i zawsze znajdzie właściwą drogę, tak jest i tym razem, przy wjeździe w góry Durmitor zgrywamy się w punkt.

Góry Durmitor odwiedziłem w tamtym roku po raz pierwszy dzięki namowom właśnie wyżej wspomnianego Arka. Drugi raz odwiedziłem je w tym roku z małżonką w maju, ale nie było nam dane ich przejechać z powodu zasp śnieżnych. Tak, tak, zasp śnieżnych w maju.


To jest wolność
Miejsce noclegu tym razem wyznaczyłem na dzikim kempingu Sarban. Sam zjazd do miejsca noclegu dla motorów nie jest jakiś trudny, ale już podjazd może być problemowy dla busa. Po demokratycznej naradzie ustalamy, że nasz nocleg odbędzie się w tej dziczy gdzie nie ma ani internetu, ani zasięgu telefonii komórkowej. Co prawda 15 kilometrów dalej jest miejscowość Pluzine i tam są kempingi z dostępem do sanitariatów, ale nasze wspaniałe dziewczyny zdecydowały, że chcą właśnie w takim miejscu spędzić dzisiejszą noc.

Wszystkie bambetle znosimy z parkingu dosłownie na plecach. Po rozbiciu namiotów dziewczyny przygotowują kolację.

Drobne roboty przy Junakach, najbardziej zapracowany Kamyk który do Durmitotu przyjechał na lawecie. Ściemnia się dość szybko, a wraz z zachodzącym słońcem spada temperatura powietrza. Wszyscy zakładają dodatkowe ubrania bo ziąb się robi straszny, do tego dochodzi wiatr, jedynie owce nic z tego sobie nie robią. Na tym dzikim kempingu oprócz nas jest jeszcze parę samochodów, ktoś nawet próbuje rozpalić ognisko.

Po zmierzchu wiatr ustaje, ale zimnica pozostaje. Niebo rekompensuje nam wszystkie niedogodności, gwiazdy są tak nisko, że można je rękami z nieba rwać, takiego nieba chyba nie widziałem nigdy w czasie mojego nie krótkiego życia.

No kto chrapie??
<< dzień dziesiąty dzień dwunasty >>