Jesień nie musi być szara
Przedwczorajszy śnieg wczoraj się roztopił. Nocny deszcz zmył (mam nadzieję) sól z drogi. Na termometrze uczciwe dwa stopnie, lekki kapuśniaczek. Nie ma co narzekać. Na razie nie zapowiadają szczególnych upałów. Do pracy poleciałem ekspresówką. Po jakimś czasie zorientowałem się, że światła, które jeszcze z rana świeciły, znikły. Nic na to nie poradzę, nie będę stawał na poboczu koło pędzących aut. Jakoś się doturlam do Księżyca. Na 2-3 km przed zjazdem natknąłem się na korek. To nic szczególnego o tej porze. Rutynowo przerzuciłem się na pas "tylko dla motocykli", nie wiedzieć czemu zwany awaryjnym. Po chwili zauważyłem na lewym pasie przyblokowany wśród innych aut radiowóz policyjny. Chyba mieli szczególnie dobry humor, bo wyraźnie zauważyli mnie na tym nielegalnym pasie. Nie mogło ujść uwagi, że ze światłami u mnie nie za bogato. Nawet nie pogrozili palcem.
Po drodze wpadłem na cepeen po ropinę do ogrzewania warsztatu. Pan z sąsiedniego dystrybutora zaczepił mnie pytając o rocznik motoru. Po chwili byliśmy na ty. I tak rozwinęła się pogawędka. Jego ojciec w latach siedemdziesiątych pojechał z kolegą Komarami do Syrii. Jakoś załatwili w studenckim biurze Almatur wsparcie ideologiczne, organizacyjne i techniczne w postaci auta wsparcia. Dojechali i wrócili. Jedyna awaria to pęknięty widelec pospawany gdzieś po drodze. Mieli przygodę z Palestyńczykami. Zwinął ich uzbrojony oddziałek. Mogło być różnie, ale ojciec Marka naprawił im armatkę, co zamknęło temat. Dostał na pamiątkę gwiazdę i kurtkę parkę z dziurami od kul na plecach. Podobno kiedyś ściągnęli ją z jakiś zwłok. Marek gdy podrósł śmigał tym Komarkiem, kurtkę nosił, a gwiazda i dwie fotki z wyprawy gdzieś są w jego mamy na Podlasiu. Ma je odszukać i podesłać skany.
W ciągu dnia wymieniłem bezpiecznik i światła wróciły. Skoro tak, to nie zagłębiałem się dalej w temat prądów. Aż do czasu powrotu. Dziś musiałem wyjść wcześniej, żeby zdążyć na wczorajsze urodziny żoneczki. Wyjść wyszedłem, ale zdążyć nie udało się. Po 3 kilometrach światła znikły.
Musiałem wypruć stacyjkę, odpiąć wszystkie kabelki i dopinać je po kolei. Zwarcie było na obwodzie Stop. Szukając spaliłem 7 bezpieczników, zostały 3 :-) Łapy zmarzły, sztywnymi paluchami trudno się łapało śrubki trójki.
Na wyjeździe z zatoczki (parkują tam ciężarówki) musiałem ostro się rozpędzać żeby włączyć się do ruchu. Na dodatek prawie nic nie widziałem przez zaparowaną szybę i upaprane okulary ...no i na pasie nagle zobaczyłem białą bryłę. Zdążyłem pomyśleć, że opcje są dwie. Krawężnik lub bryła śniegu. To był śnieg, który musiała zgubić z dachu ciężarówka. Wpadłem na to ze słowami "o jejku". To mogły być ostatnie słowa, ale koło przecięło bryłę na pół. Koniec przygód na dziś. Jutro też jest dzień.