niedziela 28.04.2024

Biwakowa rutyna. Ciuchy na grzbiet, zwijanie śpiwora i materaca, zagotowanie wody na herbatę i kawę, przygotowanie kanapek. Odgłosy krzątaniny wywabiły Jacka ze śpiwora. Jacuś, musimy zagęścić ruchy. Do Rzymu 500 kilometrów. Tak Pietrucha, damy radę. Pan Bóg jest dobry.

Gdyby ktoś z boku podsłuchiwał nasze rozmowy czasami mógłby się zdziwić. Tu padł fragment tekstu z filmu "Ziemia obiecana". To jeden z naszych kodów porozumiewawczych. Wystarczą trzy słowa i rozumiemy się bez zbędnych słów. To credo naszego motocyklowego życia. Do pełni życia, również motocyklowego, nie trzeba wiele, wystarczy prawie nic, byle mieć dobre podejście. Pan Bóg jest bardzo dobry :-)  



Po śniadaniu dalsza część rutyny. Szybkie zagotowanie wody na herbatę do termosu, graty do sakw, wór na bagażnik i gotowe.

MC 2024

Ze względu na wczesną porę wypychamy Junaki spomiędzy kamperów na drogę. Kranik, przelanie, kluczyk, przerzucenie tłoka przez kompresję, kop i zagadał. Jacek ma jakiś problem. Kilka prób uruchomienia zakończyło sie niepowodzeniem. Może uda się na pych? Akurat przechodzi jakiś pan i wita się z nami po polsku. Czy możemy prosić o pomoc? Pchamy. Sprawy nie ułatwia żwirowa nawierzchnia. Koło uślizguje się, na chwilę łapie przyczepność, silnik zaczyna się obracać, ale nie startuje. Dobiegliśmy do zakrętu. Serce i oddech na wysokich obrotach. Nie tędy droga. Proponuję wymianę świecy. Świecę i klucz mam na wierzchu. Widzę w oczach Jacka powątpiewanie w tę prostą metodę, ale dał się przekonać.

W czasie gdy Jacek zajmował się serwisem wciągam głęboko w płuca wiatr znad zatoki, kontemplując widok na Wenecję z ciekawej perspektywy i pozwalając na powrót pulsu do wolnych obrotów 55 uderzeń na minutę.

MC 2024

Gotowe. Chowam klucz do piórnika. Chwila prawdy. Silnik zaskakuje od pierwszego kopnięcia. Co Jacuś, Pan Bóg jest dobry? Pietrucha, jest bardzo dobry :-)

Dziś przed nami 500 kilometrów. Nie będziemy jechali autostradami, ale 2/3 drogi pojedziemy dwupasmówkami. Pamiętam tę trasę z zeszłej wyprawy. Szybka kalkulacja. Mamy godzinę 8:30. 500 kilometrów to 8 godzin. Do tego liczmy 3 godziny na postoje i obowiązkową drzemkę. Powinniśmy dotrzeć do Rzymu około 20. Brzmi sensownie.

MC 2024

Do Ravenny jedziemy przez nadmorską nizinę. Miejscowości przeplatane odcinkami wiodącymi przez intensywnie zielone pola ciągnące się po horyzont i niewielkimi laskami. Kanały, zatoki, porzucone farmy oferują klimatyczne miejsca biwakowe. Oczywiście teraz noclegu nie potrzebujemy, ale i tak co rusz pokazujemy sobie co ciekawsze miejsca. Dla mnie wyszukiwanie potencjalnych biwaków jest swoistą rozrywką w drodze. Może dzięki takiemu treningowi łatwiej jest wyszukać nocleg na dziko wtedy gdy przyjdzie na to pora?

Wpadamy na dwupasmową drogę. Nic tu nie zmieniło się od 10 lat gdy jechałem tą samą trasą. Spękany asfalt, brudne zatoczki, pordzewiałe bariery, wymarłe stacje paliwowe z okazałymi niegdyś budynkami, przekształcone teraz na stacje samoobsługowe. Swoisty klimacik zapyziałości. Bezwiednie porównujemy je do okazałych stacji w Polsce. Ciekawe na czym polega różnica? Tu 30 lat temu też tak musiało być. Gdy na jednej z mijanych stacji zauważyliśmy czynny bar zjechaliśmy żeby zatankować i chwilę odpocząć. Parking wokół baru był zapełniony. Widać, że popyt jest, tylko podaży brak. Nie skorzystaliśmy jednak. Tłumek w ciasnej budzie i palące słońce na zewnątrz nie zachęcały do wypoczynku.

Przerwę na kawę i drzemkę (zestaw dla Jacka), herbatę i landrynki (coś dla mnie) oraz kanapki i kawałek sera (dla wszystkich) zrobiliśmy zjeżdżając kawałek w bok przy wjeździe do jakiegoś gospodarstwa. Niewielki sad oferował cień i zieloną trawę. Cisza, spokój. Można odetchnąć.
 
Ostatnich kilkadziesiąt kilometrów to wspaniała, kręta droga wiodąca przez góry. Niezliczone zakręty, co chwila widok na doliny i sąsiednie pasma wzgórz, maleńkie miejscowości, zakręty, zakręty... to coś co tygrysy lubią najbardziej. Taka droga przyciąga motocyklistów. Wyprzedzają nas nisko pochyleni nad kierownicą trąc podnóżkami o asfalt. Widać, że to popularne miejsce. Pewnie wracają z niedzielnego śmigania do Rzymu, którego przedmieścia widać w dole.

Kawałek po autostradowej obwodnicy, kawałek po mieście i docieramy do kempingu. Byłem tu dziesięć lat temu. Lubię takie "oswojone" miejsca. W recepcji obustronne zdziwienie. Ja dziwię się, że nie mają wolnych miejsc pod namiot, oni dziwią się, że ja się dziwię. Trzeba było rezerwować wcześniej. Uff, na szczęście mają wolny domek.

MC 2024

Zostaniemy tu do wtorku. Jutro dzień bez motocykla. Będziemy zwiedzać Rzym. We wtorek Monte Cassino. Jesteśmy umówieni z Romanem, motocyklistą z Polski podróżującym razem z córką Antoniną o godzinie 10 na parkingu przy klasztorze. Z Rzymu mamy 130 kilometrów. Wystartujemy z samego rana we wtorek.

Zrzucamy motocyklowe ciuchy i wędrujemy na kolację do knajpy serwującej hamburgery. To jedyne miejsce w najbliższej okolicy za wyjątkiem McDonalds, ale tę opcję uważamy za uwłaczającą ludzkiej godności. Po kolacji szybki prysznic i do łóżek. Jutro czeka nas sporo atrakcji.  


<< sobota         poniedziałek >>