wspomnienie lata by Pyskaty
Na liście DJ Scubiemu zebrało się na wspominki lata. Pewnie przywołało to wspomnienia u wielu czytelników motocyklistów, a jeden z nich, Kamrat Pyskaty pociągnął temat:
***...to moze ja bym ten tekst troche jeeszcze rozszerzyl?
Mam nadzieje, ze Scubi sie nie pogniewa?
Motocykista z obrzydzeniem wyciagnal reke po pasek, przez chwile wahal sie czy nie zalozyc rekawicy ale szybko sie rozmyslil. Zdawal sobie sprawe, ze ten wyrob, w ktorym "rzemieslnik" za wszelka cene staral sie zwulkanizowac do kupy strzepy swoich roboczych portek, gumy do zucia i zmielonych opon od Lady (ktorych sklad zawieral wiecej plastiku i wegla niz czegokolwiek innego) przyklei sie do rekawicy, wyhandlowanej za flaszke Baltyckiej od miejscowego milicjanta, i na zawsze juz zostawi na niej slad, nie tylko brudu ale rozpusci skore i uczyni ja lepka jak lep na muchy.
Wzial wiec pasek gola reka i wyszedl szczesliwy, ze w takiej dziurze w ogole udalo mu sie cos kupic. Reka od razu zrobila sie czarna i klejaca, ale wiedzial, ze i tak po robocie, dlon w szmaty wytrzec bedzie musial, w kurzu przydroznym opudrowac i benzyna spuszczona z kranika umyc. Zreszta i pasek tez w kurzu wytarza, by go choc troche tej paskudnej klejacej mazi pozbawic.
Idac do motocykla modlil sie w duchu by nowy zakup okazal sie z tych ciut krotszych. Wiadomo mu bylo przeciez, ze zanim przejedzie kilka kilometrow, rozciagnie sie on jak guma w majtkach po praniu w pralce Frani. Te ciut krotsze, potrafily dopasowac sie do kol i wytrzymac kilkaset kilometrow. Te wymiarowe i te dluzsze zaczynaly sie szybko slizgac, i po krotkim czasie rozwarstwialy sie jak stary pedzel.
Przykleknowszy przy Junaku zaczal czyszczenie paska piaskiem i kurzem lezacym tuz przy drodze. Zauwazyl, z pewna doza zdziwienia, ze osnowa paska po starciu czarnego mazidla, okazala sie nadzwyczaj porzadna. Widocznie "rzemieslnik" tym razem poswiecil swoje bawelniane portki, nie jak inni z bistoru, ktory chociaz nierozciagliwy, to pod wplywem wyzszej temperatury topil sie latwo.
To byla mila niespodzianka, ale druga juz nie byla taka. Pasek, mimo namalowanego poprawnego rozmiaru, okazal sie tym ciut dluzszym.
No ale od czego, w skrzynce z narzedziami, kupiona w aptece, kilka dni wczesniej rolka przylepca opatrunkowego? Jako izolacja do Junakowych, i nie tylko, kabelkow sprawdzala sie znacznie lepiej niz ten czarny glut, parciano smolowy. Wprawdzie kolor malo techniczny ale kto by sie tym przejmowal. Pol rolki poswiecil motocyklista na porzadne oklejenie kola pasowego alternatora tak by nowy pasek nie "wcinal" sie gleboko w bruzde kola.
Teraz juz po zalozeniu, dalo sie go mocno naciagnac, chociaz wiadomo bylo, ze po pewnym czasie znowu bedzie trzeba sprawdzic i podregulowac gdyz przylepiec opatrunkowy ubije sie na kole. Ale poki co mozna kontynuowac jazde.
Po chwili dźwięk jednocylindrówki gwałcił ciszę niewielkiej mieściny. Zadowolony rajder mógł przywołać w myślach znany cytat:
"...Niezwyciężony, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru..."
***
Przelatujac przez kolejna galaktyke, do zludzenia przypomonajaca Cebisowska wioske, rozmyslal nad zerwanym paskiem. To juz drugi w krotkim odstepie czasu. Nie dosyc, ze trudno znalezc taki krotki rozmiar to jeszcze te od rzemieslnikow nadaja sie do rzutu wysokim lukiem za loborke tylko. Chyba trzeba bedzie w koncu zrobic to co od dawna zamierzal, czyli wytoczyc dwa nowe kola pasowe i przejsc na pasek od elektrycznej maszyny do szycia. Wprawdzie kolor jakis taki beżowy, babski ale za to wyglad ma dobry, moze dlatego, ze rzemieslnicy go nie robia? Wprawdzie cienki i delikatny bardzo z wygladu ale jak by kola byly z trzema rowkami to takie trzy paski na pewno dalyby rade. Trzeba bedzie ojcu temat podrzucic, on czesto do Lucznika, gdzie te maszyny produkuja, na delegacje jezdzi to by tych paskow wieksza ilosc przywiozl bo kupic takowe w sklepie prosto, niemozliwe.
Jechal sobie i tak rozmyslal, az zauwazyl przed soba seledynowego Wartburga z klamotami na bagazniku dachowym. Z rury wydechowej wylatywala mu charakterystycznie wirujaca smuga niebieskawego dymu. Jej ilosc i predkosc wirowania wskazywala na to, ze kierowca mial "cegle w bucie" i sportowe zaciecie.
Droga wspinala pod spora gorke wiec nasz bohater przymknal gaz, na co Pegaz zaprotestowal glosnym kichnieciem w rybke, wbil trojke, i ostro odwinal manetke. Pomimo staran kierowcy samochodu motocykl wyprzedzil go i pognal dalej. W momencie zrownania sie z kierowca, nasz bohater katem oka dostrzegl zacieta, pelna zlosci Twarz kierowcy, ze ten "nowoczesny" samochod musi uznac wyzszosc jakiegos "Junkersa". No ale on jechal z zona i dwojka berbeci, mocno dopakowany, a motocyklista jechal sam...
... Sam i troche smutny, bo "Pani jego serca" kategorycznie odmawiala jezdzenia smarowozem mogacym chlapnac po plecach, a jak sie jeszcze dowiedziala, ze wybieral sie on nad duzy zalew, by tam pokosztowac wody z bryzgow w czasie jazdy na nartach wodnych...???!! No i do tego to spanie w namiocie...!!
Kolejne wzniesienie, pokonane, roztanczona seledynowa plamka juz dawno zniknela z lusterek...
Sam smak..
Kolejna wioska zostaje za plecami, kolejne wzniesienia pokonane...
Przy wierzcholku nastepnego silnik kicha raz, potem kilka razy i milknie. Motocyklista rozpedem wtacza sie na wierzcholek i zjezdza z gory w dol. To pozniej okazuje sie duzym bledem ale na razie jeszcze o tym nie wie i nie przejmuje sie bardzo. Taka przerwa w jezdzie to przeciez normalka. Pewnie nic zlego, Junaki sie przeciez nie psuja. Junaki nie ale DDR-owskie iskrowniki sa kaprysne.
Oby to byl tylko kaprys. Niestety szybkie ogledziny i grzebanie nie wykazaly zadnych widocznych usterek, a iskry nie ma. Jest naladowany akumulator, sa jakies narzedzia, pol rolki opatrunkowego przylepca, ze dwa metry kabla, jest wiara we wlasne umiejetnosci i szczera chec ale nie ma zapasowego iskrownika czy cewki zaplonowej. Ale w kieszeni jest kilka zlotych, moze ktos z przejezdzajacych kierowcow zatrzyma sie, moze ma zapasowa cewke, moze odsprzeda..?
Jeszcze nie widac ale juz slychac pierwszy pojazd zblizajacy sie do wzniesienia, zaraz wyskoczy zza gorki. Reka wyciagnieta, blazerski usmiech...
... seledynowy Wartburg z roziskrzona z radosci twarza kierowcy, przelatuje obok zostawiajac tylko smuge spalonej benzyny i Mixolu...
Kilka nastepnych samochodow. Jedne sie zatrzymaly, ale kierowcy nie mieli zapasowej cewki, inne przejechaly obojetnie obok, a jeden kierowca poradzil by motocykl dopchnac do najblizszej wsi bo tam miejscowi jakies pojazdy maja.
Gdzie ta wies? Oczywiscie, to ta co zostala za plecami.
Pchanie Junaka nie nalezy do przyjemnosci, pchanie pod gorke jest calkiem jak te Hartmanowe tlumiki. No ale to nie byl Mount Everest czy inny Giewont. Struzka potu doplynela wprawdzie do tego miejsca kierowcy gdzie plecy traca swoja szlachetna nazwe ale za to z gorki mogl juz z fasonem "dziugnac" sie na luzie do pierwszych zabudowan.
Nawet niezle mu sie udalo, gospodarz byl w domu, pojazdu zadnego wprawdzie nie mial, ale zostala mu stara cewka od Syrenki, ktorej sie dawno pozbyl. Cewka na oko kiepsko wygladala bo jak nia potrzasnal to srodek grzechotal o aluminiowa obudowe. Ale troche kolnierz u gory przyklepal, niezastapionym Distalem posmarowal i tak podrasowana, plastrem do kolyski ramy po prawej stronie przykleil. Chlopina w tym czasie na Junaka zerkal z ciekawoscia ale, o dziwo nic nie wspominal, ze wie, ze zna, ze w polu oral...
Okazalo sie, ze nie poznal, no bo bak bialy bez kratki, lampa od Zetora cala w chromie, puszki boczne tez, blotniki i gmole tez, konsola od CZ, zadupek i kierunkowskazy od MZ, pod bakiem altek z blyszczacym chromem deklem... Prosto, Japonski jakis motor. Zdziwil sie mocno gdy mu kierowca powiedzial, ze to Junak Custom -Cebisowski Choppper ...
Nic za cewke gospodarz nie chce. "Panie mnie to na nic juz sie nie przyda" Iskra jest taka, ze Byka zabija. Sie siada, sie kopie, sie jedzie...
... sie jedzie jakies 10 km i sie znowu stoi... Dobrze wiedzial chlopina, ze sie ta cewka na nic mu sie nie przyda. Motocyklista tez sie wlasnie o tym przekonal. Tym razem i w jedna i druga strone droga wspina sie pod gore, za plecami wioska daleko, z mapy wynika, ze przed dlugo, dlugo nic...
Znowu reka wyciagnieta i prosba do tych co sie zatrzymali czy zechca cewke zapasowa odsprzedac? Brak chetnych, lub brak cewki, wynik ten sam. Nadjezdza karetka, Nyska. Kierowca hamuje, pyta: "Co jest grane?"
Chwila wahania i mowi, ze owszem cewka jest, ale checi sprzedania nie ma. Jednak konkretna propozycja cenowa, zlozona przez zdesperowanegom motocykliste, przelamuje niechec kierowcy i po krotkim czasie serducho Junaka znowu bije jak dzwon. Skok na siodelko, zrobilo sie pozno, w przypietym do paska Walkmanie, baterie wciaz mocne, ze sluchawek wmontowanych w gabke kasku slychac zachrypniety, albo przepity, glos Wille Nelson spiewajacego "On the road again"
Sam smak..
Jedyne co motocykliste martwi to strata czasu. Tam gdzie jedzie zabawa na pewno super ale bez niego. Przez te wszystkie perypetie zamiast dotrzec na miejsce o 9 przed poludniem, o 13 wjezdza zmeczony lecz zwycieski na tame zalewu. Huk silnika wysoko nad woda, budzi z marazmu pieciu gosci, ktorzy w samych kapielowkach stoja po tylki w wodzie i pochylaja sie nad silnikiem motorowki.
Z gory wygladaja jak mrowki ale motocyklista zna trzech z nich i wie, ze to chlopy na schwal, tylko pierdoly techniczne. Jeden od drugiego gorszy. Dwaj pozostali to jacys obcy. Zawraca Junakiem na tamie i sciezka wzdluz zalewu, dojezdza do obozowiska. Dwa Maluchy i jeden Garbus zaparkowane w dosyc rownym rzedzie, trzy namioty, jedna Niewiadowka 126 no i przyczepka na lodke to calkiem spore obozowisko, w ktorym krzataja sie kobiety tych pierdol gotujac cos na gazowych palnikach.
Nasz bohater, wskakuje szybko w kapielowki, rzuca sie w wode i po chwili odswiezony trzyma juz w zebach zapalonego Carmena, a w rece otwarta butelke piwa, ktorym probuje ugasic pragnienie. Nie ma wyjscia, piwa nie lubi ale inne dostepne w tej chwili napoje maja zbyt piorunujace dzialanie.
Razem z pierdolami i tymi dwoma obcymi pochyla sie nad niesprawnym DE-45. Wiele lat pozniej bohater odkryl, ze owe silniki byly pozniej idotycznie nazywane Dębakami. Poczucie lokalnego patriotyzmu zmusza go do tego by silnik naprawic. Wszak zarowno on jak i silnik z tej samej pochodza miesciny. Okazuje sie, ze nie padl on calkowicie. Zapala i pracuje, ale kulawo, bo na 2 z 3 cylindrow. Na tym trzecim nie ma iskry.
"Normalne" roboty nic nie pomagaja, z braku narzedzi pomiarowych trzeba diagnoze postawic innymi metodami. Kolo magnesowe idzie precz, cewka z martwego cylindra zostaje przelozona na miejsce innej, a tamta na to miejsce gdzie iskry nie bylo. Kolo pasowe na swoje miejsce, rozrusznik start, silnik pali wciaz na 2 cylindry ale martwy cylinder ozyl, a zywy umarl. Wiadomo juz co mu dolega.
... i znowu jak wczesniej: "Jest naladowany akumulator, sa jakies narzedzia, troche przylepca, troche kabla, jest wiara we wlasne umiejetnosci i szczera chec ale nie ma cewki zaplonowej". Ale, ale czy naprawde nie ma?
Bohater zerka na Garbusa, ktory zrobil wielkie oczy (to chyba przez te jajowate reflektory) i smieje sie szczerbato chromowanymi rurami zderzaka tak ak by chcial cos powiedziec. No jasne !! Przeciez ten Garbus znajomy jest, nawet wiecej, on jest bratem Junaka. Bratem od innej matki i innego ojca, rok tylko mlodszym ale w jednym garazu mieszkaja i znaja sie jak lyse konie. Tak, to nie pomylka, przeciaz motocyklista pozyczyl kumplowi Garbusa bo tamten w swoim kanciaku dzien przed wyjazdem miske olejowa rozoral na kawalku preta zbrojeniowego na budowie wlasnego domu. Miske wyklepal i pospawal ale olej kupic, w tamtych czasach i do tego w piatek wieczorem w jego miejscowosci to szansa mniejsza niz Totolotka trafic. Nie posluchal rady naszego bohatera by Superolem silnik zalac, ktory to olej w nieograniczonej ilosci kupic mozna bylo na litry w jedynej stacji CPN. Nie pomoglo przekonywanie motocyklisty ze on juz dawno do ojcowego Fiata taki leje, do swojego auta tez a jego Junak nie zauwaza zadnej roznicy i rownie latwo jak inne, szlachetne oleje, wypluwa Superol w czasie jazdy i na postoju tez. Zostal wiec kanciak suchy na placu budowy, a kumpel pozyczonym Garbusem na weekend z zona i dzieciakiem pojechal.
No a w tym autku, pod tylnym siedzeniem obok akumulatora, zawsze jakies skarby sa. Jest tez i cewka zaplonowa i do tego 12 v bo Garbi po transplantacji serducha juz byl. Poprzednie slabienkie 1100 cc padlo wiec dostal "potezne" 1600 cc razem z 12 v osprzetem. Moze wiec da sie cos z tego ulepic?
Kolejny Carmen (ktory to juz?) i zapada decyzja. Robimy rzezbe. Znowu kolo magnesowe precz, zepsuta cewka tez. Przerywacz od niepracujacego cylindra trzeba odizolowac od korpusu silnika. Cos plaskiego, nieprzewodzacego pradu, co by tu...? Jest w Niewiadowce pudelko z duzymi klockami domina. Ma fajne zasuwane wieczko z jakiegos twardego plastiku. Nasz bohater ostrym czubkiem noza killkratnie rysuje na nim glebokie rysy w ksztalcie plytki jaka chce uzyskac, a pozniej odlamuje niepotrzebne elementy. Dziurki pod srubki rowniez wierci czubkiem noza, czubkiem nozyczek do paznokci pozyczonym od zajetych gotowaniem kobiet (zginely one po tej operacji w tajemniczych okolicznosciach i mimo szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej, jakos nigdy sie nie odnalazly) i rozgrzanym nad palnikiem gwozdziem.
Jeszcze kilka wycietych z cholewy kalosza gumowych podkladek-izolatorow i przerywacz jest przykrecony na swoim miejscu, troszke wyzej niz oryginalnie ale slizgacz na krzywke trafia wiec bedzie pracowal. Teraz tylko podlaczyc do niego akumulator i cewke, zalozyc kolo magnesowe, zaciagnac sie kolejnym Carmenem i ognia! DE-45 zagadal na wszystkie 3 cylindry, abulgotal zwawo wydechem w wodzie, po ktorej rozplynal sie wspanialy zapaszek spalin. Kto nie zna zapachu dwusuwuwowego silnika na wodzie ten nie wie, ze zyje. W ten sposob powstala chyba jedyna taka konstrukcja. Trzycylindrowy silnik z zaplonem iskrownikowym dostawal iskre na 2 cylindry z iskrownika, a na trzecim mial zrobiony zaplon bateryjny. Przez kolejnych kilka dni taka laubzega smigala po zalewie ku uciesze wszystkich obozowiczow. Jedynie gaszenie silnika bylo ciut utrudnione bo oryginalny przycisk zwieral obwod tych dwoch iskrownikowych przerywaczy, a cylinder z bateryjnym zaplonem wciaz walem szarpal. Trzeba wiec bylo najpierw kabelek cewki od akumulatora odlaczyc, a dopiero pozniej, normalnie silnik zgasic.
Chociaz DE-45 juz w tamtych latach byl silnikiem starym, gdy pracowal jak nalezy byl w stanie wyciagnac z wody trzech doroslych narciarzy, co wlasnie tam, kolejny raz nasz bohater z kumplem i jego dziewczyna, udowodnili. Kolega motocyklisty, wlasciciel motorowki mial tylko dwie pary nart ale na ten czas pozyczyl trzecia od tych dwoch obcych, ktorzy tez probowali silnik ratowac. Mieli oni dwa namioty rozbite niedaleko. Silnika DE-45 nie znali wcale wiec z ich dobrych checi nic nie wyszlo. Sami mieli do spolki sprytna lodke z napedem strugoodrzutowym. Turbina ciagnela wode pod dnem lodki i wyrzucala ja przez dysze na rufie. Silnik w tej lodce zabudowany byl na rufie i przez to lodka byla znacznie cichsza niz z silnikiem zaburtowym, Gdy nasz bohater pojawil sie Junakiem, jeden z nich jakos dziwnie sie na niego patrzyl. Pozniej okazalo sie, ze tych dwoch gosci to bracia, domorosli konstruktorzy, ktorzy sami ta lodke zbudowali. Silnik tam zastosowany pochodzil od Wartburga, pozniej jeszcze motocyklista dowiedzial sie, ze obydwaj sa posiadaczami tych "wspanialych" samochodow. Nad zalew przyjezdzaja czesto, jeden mieszka blisko wiec u niego lodka garazuje i on ja swoim Wartburgiem holuje, drugi mieszka znacznie dalej i w tym dniu dojechal pozniej niz brat, a swojego Wartburga zaparkowal w krzakach, ktore seledynowy kolor maskowaly.

Pyskaty na nartach
Zdjecie zapory jest wspolczesne z netu. Mala czerwona strzalka zprawej strony oznacza miejsce gdzie koledzy"pierdoly" meczyli sie nad silnikiem motorowki.

....samo zycie..
Po zakonczonych kilkudniowych zabawach na wodzie wszyscy rozjechali sie do swoich domow. Tym razem motocyklista nawinal na kola cala trase bez zadnych przeszkod. Kumpel od Kanciaka w drodze powrotnej kupil Superol i byl z niego bardzo zadowolony.
....a silnik motorowki trafil do naprawy i przegladu do zakladu gdzie go wyprodukowano. Podobno mechanicy jak zobaczyli "patent" naszego bohatera, rzucili glosno jedno uniwersalne polskie slowo i z niedowierzaniem krecac glowa odpalili silnik bo nie wierzyli, ze to dzialalo. Co mialo nie dzialac? No ale oni byli "fachowcy", ktorzy nigdy Junaka nie mieli.
Wszelkie podobienstwa do osob wystepujacych w tym opowiadaniu sa zamierzone, gdyz te osoby naprawde zyja, wszelkie opisane zdarzenia, wydarzyly sie naprawde.
Pyskaty
PS.Mam nadzieje, ze Was nie zanudzilem i ze wybaczycie mi, ze mnie troche Muza poniosla?
***...to moze ja bym ten tekst troche jeeszcze rozszerzyl?
Mam nadzieje, ze Scubi sie nie pogniewa?
Motocykista z obrzydzeniem wyciagnal reke po pasek, przez chwile wahal sie czy nie zalozyc rekawicy ale szybko sie rozmyslil. Zdawal sobie sprawe, ze ten wyrob, w ktorym "rzemieslnik" za wszelka cene staral sie zwulkanizowac do kupy strzepy swoich roboczych portek, gumy do zucia i zmielonych opon od Lady (ktorych sklad zawieral wiecej plastiku i wegla niz czegokolwiek innego) przyklei sie do rekawicy, wyhandlowanej za flaszke Baltyckiej od miejscowego milicjanta, i na zawsze juz zostawi na niej slad, nie tylko brudu ale rozpusci skore i uczyni ja lepka jak lep na muchy.
Wzial wiec pasek gola reka i wyszedl szczesliwy, ze w takiej dziurze w ogole udalo mu sie cos kupic. Reka od razu zrobila sie czarna i klejaca, ale wiedzial, ze i tak po robocie, dlon w szmaty wytrzec bedzie musial, w kurzu przydroznym opudrowac i benzyna spuszczona z kranika umyc. Zreszta i pasek tez w kurzu wytarza, by go choc troche tej paskudnej klejacej mazi pozbawic.
Idac do motocykla modlil sie w duchu by nowy zakup okazal sie z tych ciut krotszych. Wiadomo mu bylo przeciez, ze zanim przejedzie kilka kilometrow, rozciagnie sie on jak guma w majtkach po praniu w pralce Frani. Te ciut krotsze, potrafily dopasowac sie do kol i wytrzymac kilkaset kilometrow. Te wymiarowe i te dluzsze zaczynaly sie szybko slizgac, i po krotkim czasie rozwarstwialy sie jak stary pedzel.
Przykleknowszy przy Junaku zaczal czyszczenie paska piaskiem i kurzem lezacym tuz przy drodze. Zauwazyl, z pewna doza zdziwienia, ze osnowa paska po starciu czarnego mazidla, okazala sie nadzwyczaj porzadna. Widocznie "rzemieslnik" tym razem poswiecil swoje bawelniane portki, nie jak inni z bistoru, ktory chociaz nierozciagliwy, to pod wplywem wyzszej temperatury topil sie latwo.
To byla mila niespodzianka, ale druga juz nie byla taka. Pasek, mimo namalowanego poprawnego rozmiaru, okazal sie tym ciut dluzszym.
No ale od czego, w skrzynce z narzedziami, kupiona w aptece, kilka dni wczesniej rolka przylepca opatrunkowego? Jako izolacja do Junakowych, i nie tylko, kabelkow sprawdzala sie znacznie lepiej niz ten czarny glut, parciano smolowy. Wprawdzie kolor malo techniczny ale kto by sie tym przejmowal. Pol rolki poswiecil motocyklista na porzadne oklejenie kola pasowego alternatora tak by nowy pasek nie "wcinal" sie gleboko w bruzde kola.
Teraz juz po zalozeniu, dalo sie go mocno naciagnac, chociaz wiadomo bylo, ze po pewnym czasie znowu bedzie trzeba sprawdzic i podregulowac gdyz przylepiec opatrunkowy ubije sie na kole. Ale poki co mozna kontynuowac jazde.
Po chwili dźwięk jednocylindrówki gwałcił ciszę niewielkiej mieściny. Zadowolony rajder mógł przywołać w myślach znany cytat:
"...Niezwyciężony, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru..."
***
Przelatujac przez kolejna galaktyke, do zludzenia przypomonajaca Cebisowska wioske, rozmyslal nad zerwanym paskiem. To juz drugi w krotkim odstepie czasu. Nie dosyc, ze trudno znalezc taki krotki rozmiar to jeszcze te od rzemieslnikow nadaja sie do rzutu wysokim lukiem za loborke tylko. Chyba trzeba bedzie w koncu zrobic to co od dawna zamierzal, czyli wytoczyc dwa nowe kola pasowe i przejsc na pasek od elektrycznej maszyny do szycia. Wprawdzie kolor jakis taki beżowy, babski ale za to wyglad ma dobry, moze dlatego, ze rzemieslnicy go nie robia? Wprawdzie cienki i delikatny bardzo z wygladu ale jak by kola byly z trzema rowkami to takie trzy paski na pewno dalyby rade. Trzeba bedzie ojcu temat podrzucic, on czesto do Lucznika, gdzie te maszyny produkuja, na delegacje jezdzi to by tych paskow wieksza ilosc przywiozl bo kupic takowe w sklepie prosto, niemozliwe.
Jechal sobie i tak rozmyslal, az zauwazyl przed soba seledynowego Wartburga z klamotami na bagazniku dachowym. Z rury wydechowej wylatywala mu charakterystycznie wirujaca smuga niebieskawego dymu. Jej ilosc i predkosc wirowania wskazywala na to, ze kierowca mial "cegle w bucie" i sportowe zaciecie.
Droga wspinala pod spora gorke wiec nasz bohater przymknal gaz, na co Pegaz zaprotestowal glosnym kichnieciem w rybke, wbil trojke, i ostro odwinal manetke. Pomimo staran kierowcy samochodu motocykl wyprzedzil go i pognal dalej. W momencie zrownania sie z kierowca, nasz bohater katem oka dostrzegl zacieta, pelna zlosci Twarz kierowcy, ze ten "nowoczesny" samochod musi uznac wyzszosc jakiegos "Junkersa". No ale on jechal z zona i dwojka berbeci, mocno dopakowany, a motocyklista jechal sam...
... Sam i troche smutny, bo "Pani jego serca" kategorycznie odmawiala jezdzenia smarowozem mogacym chlapnac po plecach, a jak sie jeszcze dowiedziala, ze wybieral sie on nad duzy zalew, by tam pokosztowac wody z bryzgow w czasie jazdy na nartach wodnych...???!! No i do tego to spanie w namiocie...!!
Kolejne wzniesienie, pokonane, roztanczona seledynowa plamka juz dawno zniknela z lusterek...
Sam smak..
Kolejna wioska zostaje za plecami, kolejne wzniesienia pokonane...
Przy wierzcholku nastepnego silnik kicha raz, potem kilka razy i milknie. Motocyklista rozpedem wtacza sie na wierzcholek i zjezdza z gory w dol. To pozniej okazuje sie duzym bledem ale na razie jeszcze o tym nie wie i nie przejmuje sie bardzo. Taka przerwa w jezdzie to przeciez normalka. Pewnie nic zlego, Junaki sie przeciez nie psuja. Junaki nie ale DDR-owskie iskrowniki sa kaprysne.
Oby to byl tylko kaprys. Niestety szybkie ogledziny i grzebanie nie wykazaly zadnych widocznych usterek, a iskry nie ma. Jest naladowany akumulator, sa jakies narzedzia, pol rolki opatrunkowego przylepca, ze dwa metry kabla, jest wiara we wlasne umiejetnosci i szczera chec ale nie ma zapasowego iskrownika czy cewki zaplonowej. Ale w kieszeni jest kilka zlotych, moze ktos z przejezdzajacych kierowcow zatrzyma sie, moze ma zapasowa cewke, moze odsprzeda..?
Jeszcze nie widac ale juz slychac pierwszy pojazd zblizajacy sie do wzniesienia, zaraz wyskoczy zza gorki. Reka wyciagnieta, blazerski usmiech...
... seledynowy Wartburg z roziskrzona z radosci twarza kierowcy, przelatuje obok zostawiajac tylko smuge spalonej benzyny i Mixolu...
Kilka nastepnych samochodow. Jedne sie zatrzymaly, ale kierowcy nie mieli zapasowej cewki, inne przejechaly obojetnie obok, a jeden kierowca poradzil by motocykl dopchnac do najblizszej wsi bo tam miejscowi jakies pojazdy maja.
Gdzie ta wies? Oczywiscie, to ta co zostala za plecami.
Pchanie Junaka nie nalezy do przyjemnosci, pchanie pod gorke jest calkiem jak te Hartmanowe tlumiki. No ale to nie byl Mount Everest czy inny Giewont. Struzka potu doplynela wprawdzie do tego miejsca kierowcy gdzie plecy traca swoja szlachetna nazwe ale za to z gorki mogl juz z fasonem "dziugnac" sie na luzie do pierwszych zabudowan.
Nawet niezle mu sie udalo, gospodarz byl w domu, pojazdu zadnego wprawdzie nie mial, ale zostala mu stara cewka od Syrenki, ktorej sie dawno pozbyl. Cewka na oko kiepsko wygladala bo jak nia potrzasnal to srodek grzechotal o aluminiowa obudowe. Ale troche kolnierz u gory przyklepal, niezastapionym Distalem posmarowal i tak podrasowana, plastrem do kolyski ramy po prawej stronie przykleil. Chlopina w tym czasie na Junaka zerkal z ciekawoscia ale, o dziwo nic nie wspominal, ze wie, ze zna, ze w polu oral...
Okazalo sie, ze nie poznal, no bo bak bialy bez kratki, lampa od Zetora cala w chromie, puszki boczne tez, blotniki i gmole tez, konsola od CZ, zadupek i kierunkowskazy od MZ, pod bakiem altek z blyszczacym chromem deklem... Prosto, Japonski jakis motor. Zdziwil sie mocno gdy mu kierowca powiedzial, ze to Junak Custom -Cebisowski Choppper ...
Nic za cewke gospodarz nie chce. "Panie mnie to na nic juz sie nie przyda" Iskra jest taka, ze Byka zabija. Sie siada, sie kopie, sie jedzie...
... sie jedzie jakies 10 km i sie znowu stoi... Dobrze wiedzial chlopina, ze sie ta cewka na nic mu sie nie przyda. Motocyklista tez sie wlasnie o tym przekonal. Tym razem i w jedna i druga strone droga wspina sie pod gore, za plecami wioska daleko, z mapy wynika, ze przed dlugo, dlugo nic...
Znowu reka wyciagnieta i prosba do tych co sie zatrzymali czy zechca cewke zapasowa odsprzedac? Brak chetnych, lub brak cewki, wynik ten sam. Nadjezdza karetka, Nyska. Kierowca hamuje, pyta: "Co jest grane?"
Chwila wahania i mowi, ze owszem cewka jest, ale checi sprzedania nie ma. Jednak konkretna propozycja cenowa, zlozona przez zdesperowanegom motocykliste, przelamuje niechec kierowcy i po krotkim czasie serducho Junaka znowu bije jak dzwon. Skok na siodelko, zrobilo sie pozno, w przypietym do paska Walkmanie, baterie wciaz mocne, ze sluchawek wmontowanych w gabke kasku slychac zachrypniety, albo przepity, glos Wille Nelson spiewajacego "On the road again"
Sam smak..
Jedyne co motocykliste martwi to strata czasu. Tam gdzie jedzie zabawa na pewno super ale bez niego. Przez te wszystkie perypetie zamiast dotrzec na miejsce o 9 przed poludniem, o 13 wjezdza zmeczony lecz zwycieski na tame zalewu. Huk silnika wysoko nad woda, budzi z marazmu pieciu gosci, ktorzy w samych kapielowkach stoja po tylki w wodzie i pochylaja sie nad silnikiem motorowki.
Z gory wygladaja jak mrowki ale motocyklista zna trzech z nich i wie, ze to chlopy na schwal, tylko pierdoly techniczne. Jeden od drugiego gorszy. Dwaj pozostali to jacys obcy. Zawraca Junakiem na tamie i sciezka wzdluz zalewu, dojezdza do obozowiska. Dwa Maluchy i jeden Garbus zaparkowane w dosyc rownym rzedzie, trzy namioty, jedna Niewiadowka 126 no i przyczepka na lodke to calkiem spore obozowisko, w ktorym krzataja sie kobiety tych pierdol gotujac cos na gazowych palnikach.
Nasz bohater, wskakuje szybko w kapielowki, rzuca sie w wode i po chwili odswiezony trzyma juz w zebach zapalonego Carmena, a w rece otwarta butelke piwa, ktorym probuje ugasic pragnienie. Nie ma wyjscia, piwa nie lubi ale inne dostepne w tej chwili napoje maja zbyt piorunujace dzialanie.
Razem z pierdolami i tymi dwoma obcymi pochyla sie nad niesprawnym DE-45. Wiele lat pozniej bohater odkryl, ze owe silniki byly pozniej idotycznie nazywane Dębakami. Poczucie lokalnego patriotyzmu zmusza go do tego by silnik naprawic. Wszak zarowno on jak i silnik z tej samej pochodza miesciny. Okazuje sie, ze nie padl on calkowicie. Zapala i pracuje, ale kulawo, bo na 2 z 3 cylindrow. Na tym trzecim nie ma iskry.
"Normalne" roboty nic nie pomagaja, z braku narzedzi pomiarowych trzeba diagnoze postawic innymi metodami. Kolo magnesowe idzie precz, cewka z martwego cylindra zostaje przelozona na miejsce innej, a tamta na to miejsce gdzie iskry nie bylo. Kolo pasowe na swoje miejsce, rozrusznik start, silnik pali wciaz na 2 cylindry ale martwy cylinder ozyl, a zywy umarl. Wiadomo juz co mu dolega.
... i znowu jak wczesniej: "Jest naladowany akumulator, sa jakies narzedzia, troche przylepca, troche kabla, jest wiara we wlasne umiejetnosci i szczera chec ale nie ma cewki zaplonowej". Ale, ale czy naprawde nie ma?
Bohater zerka na Garbusa, ktory zrobil wielkie oczy (to chyba przez te jajowate reflektory) i smieje sie szczerbato chromowanymi rurami zderzaka tak ak by chcial cos powiedziec. No jasne !! Przeciez ten Garbus znajomy jest, nawet wiecej, on jest bratem Junaka. Bratem od innej matki i innego ojca, rok tylko mlodszym ale w jednym garazu mieszkaja i znaja sie jak lyse konie. Tak, to nie pomylka, przeciaz motocyklista pozyczyl kumplowi Garbusa bo tamten w swoim kanciaku dzien przed wyjazdem miske olejowa rozoral na kawalku preta zbrojeniowego na budowie wlasnego domu. Miske wyklepal i pospawal ale olej kupic, w tamtych czasach i do tego w piatek wieczorem w jego miejscowosci to szansa mniejsza niz Totolotka trafic. Nie posluchal rady naszego bohatera by Superolem silnik zalac, ktory to olej w nieograniczonej ilosci kupic mozna bylo na litry w jedynej stacji CPN. Nie pomoglo przekonywanie motocyklisty ze on juz dawno do ojcowego Fiata taki leje, do swojego auta tez a jego Junak nie zauwaza zadnej roznicy i rownie latwo jak inne, szlachetne oleje, wypluwa Superol w czasie jazdy i na postoju tez. Zostal wiec kanciak suchy na placu budowy, a kumpel pozyczonym Garbusem na weekend z zona i dzieciakiem pojechal.
No a w tym autku, pod tylnym siedzeniem obok akumulatora, zawsze jakies skarby sa. Jest tez i cewka zaplonowa i do tego 12 v bo Garbi po transplantacji serducha juz byl. Poprzednie slabienkie 1100 cc padlo wiec dostal "potezne" 1600 cc razem z 12 v osprzetem. Moze wiec da sie cos z tego ulepic?
Kolejny Carmen (ktory to juz?) i zapada decyzja. Robimy rzezbe. Znowu kolo magnesowe precz, zepsuta cewka tez. Przerywacz od niepracujacego cylindra trzeba odizolowac od korpusu silnika. Cos plaskiego, nieprzewodzacego pradu, co by tu...? Jest w Niewiadowce pudelko z duzymi klockami domina. Ma fajne zasuwane wieczko z jakiegos twardego plastiku. Nasz bohater ostrym czubkiem noza killkratnie rysuje na nim glebokie rysy w ksztalcie plytki jaka chce uzyskac, a pozniej odlamuje niepotrzebne elementy. Dziurki pod srubki rowniez wierci czubkiem noza, czubkiem nozyczek do paznokci pozyczonym od zajetych gotowaniem kobiet (zginely one po tej operacji w tajemniczych okolicznosciach i mimo szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej, jakos nigdy sie nie odnalazly) i rozgrzanym nad palnikiem gwozdziem.
Jeszcze kilka wycietych z cholewy kalosza gumowych podkladek-izolatorow i przerywacz jest przykrecony na swoim miejscu, troszke wyzej niz oryginalnie ale slizgacz na krzywke trafia wiec bedzie pracowal. Teraz tylko podlaczyc do niego akumulator i cewke, zalozyc kolo magnesowe, zaciagnac sie kolejnym Carmenem i ognia! DE-45 zagadal na wszystkie 3 cylindry, abulgotal zwawo wydechem w wodzie, po ktorej rozplynal sie wspanialy zapaszek spalin. Kto nie zna zapachu dwusuwuwowego silnika na wodzie ten nie wie, ze zyje. W ten sposob powstala chyba jedyna taka konstrukcja. Trzycylindrowy silnik z zaplonem iskrownikowym dostawal iskre na 2 cylindry z iskrownika, a na trzecim mial zrobiony zaplon bateryjny. Przez kolejnych kilka dni taka laubzega smigala po zalewie ku uciesze wszystkich obozowiczow. Jedynie gaszenie silnika bylo ciut utrudnione bo oryginalny przycisk zwieral obwod tych dwoch iskrownikowych przerywaczy, a cylinder z bateryjnym zaplonem wciaz walem szarpal. Trzeba wiec bylo najpierw kabelek cewki od akumulatora odlaczyc, a dopiero pozniej, normalnie silnik zgasic.
Chociaz DE-45 juz w tamtych latach byl silnikiem starym, gdy pracowal jak nalezy byl w stanie wyciagnac z wody trzech doroslych narciarzy, co wlasnie tam, kolejny raz nasz bohater z kumplem i jego dziewczyna, udowodnili. Kolega motocyklisty, wlasciciel motorowki mial tylko dwie pary nart ale na ten czas pozyczyl trzecia od tych dwoch obcych, ktorzy tez probowali silnik ratowac. Mieli oni dwa namioty rozbite niedaleko. Silnika DE-45 nie znali wcale wiec z ich dobrych checi nic nie wyszlo. Sami mieli do spolki sprytna lodke z napedem strugoodrzutowym. Turbina ciagnela wode pod dnem lodki i wyrzucala ja przez dysze na rufie. Silnik w tej lodce zabudowany byl na rufie i przez to lodka byla znacznie cichsza niz z silnikiem zaburtowym, Gdy nasz bohater pojawil sie Junakiem, jeden z nich jakos dziwnie sie na niego patrzyl. Pozniej okazalo sie, ze tych dwoch gosci to bracia, domorosli konstruktorzy, ktorzy sami ta lodke zbudowali. Silnik tam zastosowany pochodzil od Wartburga, pozniej jeszcze motocyklista dowiedzial sie, ze obydwaj sa posiadaczami tych "wspanialych" samochodow. Nad zalew przyjezdzaja czesto, jeden mieszka blisko wiec u niego lodka garazuje i on ja swoim Wartburgiem holuje, drugi mieszka znacznie dalej i w tym dniu dojechal pozniej niz brat, a swojego Wartburga zaparkowal w krzakach, ktore seledynowy kolor maskowaly.

Pyskaty na nartach
Zdjecie zapory jest wspolczesne z netu. Mala czerwona strzalka zprawej strony oznacza miejsce gdzie koledzy"pierdoly" meczyli sie nad silnikiem motorowki.

....samo zycie..
Po zakonczonych kilkudniowych zabawach na wodzie wszyscy rozjechali sie do swoich domow. Tym razem motocyklista nawinal na kola cala trase bez zadnych przeszkod. Kumpel od Kanciaka w drodze powrotnej kupil Superol i byl z niego bardzo zadowolony.
....a silnik motorowki trafil do naprawy i przegladu do zakladu gdzie go wyprodukowano. Podobno mechanicy jak zobaczyli "patent" naszego bohatera, rzucili glosno jedno uniwersalne polskie slowo i z niedowierzaniem krecac glowa odpalili silnik bo nie wierzyli, ze to dzialalo. Co mialo nie dzialac? No ale oni byli "fachowcy", ktorzy nigdy Junaka nie mieli.
Wszelkie podobienstwa do osob wystepujacych w tym opowiadaniu sa zamierzone, gdyz te osoby naprawde zyja, wszelkie opisane zdarzenia, wydarzyly sie naprawde.
Pyskaty
PS.Mam nadzieje, ze Was nie zanudzilem i ze wybaczycie mi, ze mnie troche Muza poniosla?