dzień 5: gdzieś po Jampolem
Rano, jak się rzekło, Msza i w miasto. To jeden z nielicznych dni kiedy zamiast produktów wykonanych przez Stwórcę zwiedzałem produkty rąk ludzkich. Muszę przyznać wolę jeden dobry widoczek od dziesięciu, choćby najpiękniejszych domków. No ale skoro kusiły klimaty sienkiewiczowskie - Mochylew, Jampol, Dniestr, Dniepr, Dzikie Pola - trzeba było rzucić okiem na twierdzę w Kamieńcu Podolskim. Wszak tu naprawdę zginął Wołodyjowski. Miejsce urokliwe tyle, że mój brak zdolności fotoreporterskich nie pozwolił na jego odpowiednie ujęcie. Zdjęcia i tak nie oddadzą w pełni tego co zapada w organ ochraniany kaskiem (no chyba, że do rzeczy bierze się Balzac, Rudy Stefan czy jeszcze kilku Dzikich speców).

W dole widoczny most. Dopuszczony do ruchu od 6:00-9:00 i od 17:00-22.00. O godzinie 8:55 w zaułku muru ustawiła się milicyjna Ładzianka. O 8:59 wysiadł z niej gość z pagonami, wyciągnął komórkę, sprawdził godzinę i o 9:00 05" z błogim uśmiechem na twarzy złapał pierwszą ofiarę liczącą zupełnie błędnie na pewną tolerancję. Nic z tych rzeczy :-((

Przy pakowaniu okazało się, że bagażnik, który wytrzymał 25.000km po polskich drogach nie dał rady 100km na Ukrainie i poddał się.

Był wszak tak dobry, że trzymał się ostatkiem sił dając szansę na...

...naprawę na sznurki i kawałek drutu. To wytrzymało kolejnych 4.000km :-)))
W południe start, tym razem bez jakiegokolwiek planu - słowem nic nie może się nie udać, co jest zawsze ryzykiem przy planowanych działaniach. Stojąc na poboczu oglądałem mapę w poszukiwaniu przeprawy przez Dniestr. Zatrzymał się gość Yamahą, spytał czego szukam i obiecał popilotować dalej. Po jakimś czasie skręcił do miasteczka, stanął na parkingu, polecił wyłączyć motor i zapytał "kofi ili czaj?" Kofi tego dnia nie przyswajałem więc dokonałem wyboru. Podeszliśmy do kiosku ruchu i żona Paszy wśród stert gazet, proszków, dziecięcych zabawek i takich tam szpargałów zrobiła pyszną kawkę.

Przy okazji przyłączył się gość, który rozpoznał Junaka i ucieszył się, że widział go do tej pory tylko na zdjęciach, a tu nagle i niespodziewanie w naturze. Sam przymierza się do Jawki jako, że najbardziej rajcują go klasyki. Baaardzo sympatyczna pogawędka. Aleksander odszukał mnie po latach i podesłał kilka fotek Baaardzo miły akcent :-)

Po tym miłym akcencie Pasza wyprowadził mnie na właściwą drogę. Swoją drogą nie byłoby łatwo ją wyszukać, bo przeprawa wiodła przez zaporę na Dniestrze (120m różnicy poziomów!!!), a ta jako obiekt strategiczny nie dość, że nieoznaczona, to dojazdu do niej strzegła dziurawa betonowa droga z płyt.

W tle zapora. Bliżej nie dało się zatrzymać - tajne przez poufne, zasłonięte przed okiem ludzkim, a szkoda bo rzecz spektakularna. Tym czasem na koń (znaczy na motocykl) i wzdłuż dzikich brzegów Dniestru ku Mohylewowi i Jampolowi. To niewiarygodne, ale w tych dolinkach płynie rzeczka szerokości Wisły na wysokości Warszawy.
Wzdłuż drogi czasami na odcinku 20km rosły, kwitły i PACHNIAŁY akacje. Tego nawet najlepszym fotografom nie udałoby się ująć, więc ja odpuściłem tylko wchłaniałem :-)))

A jednak skusiłem się na rzut oka na "dzieło" rąk ludzkich. Takich i podobnych pomników można spotkać sporo. Przy następnych nie traciłem już czasu. Zazwyczaj były to monumenty "sława meliorantom", "sława energetykom" ... i takie tam, nie licząc żołnierzy i wiecznie żywego Lenina. Teraz żałuję, że nie skusiłem się na fotkę z żadnym z nich. Choć z drugiej strony była to produkcja masowa. Tak na oko 3m wzrostu, marynarka, ręka prawa wskazywała cel a na głowie charakterystyczna czapeczka. Słowem wiecie wszystko i zdjęcie właściwie nie jest potrzebne. Tu monument bez widocznej dedykacji z daleka...

...i z bliska. Niby naród spokojny, ale ktoś dysponował znacznym kalibrem (zwróćcie uwagę na zbiornik). Na szczęści nie spotkaliśmy się.

Przed wieczorem uznałem, że dość i zrobiłem biwak w pierwszym lepszym miejscu. Do najbliższych siedzib ludzkich w każdą stronę minimum 10km :-) To jest coś co tygrysy lubią najbardziej.


>> dzień 6

W dole widoczny most. Dopuszczony do ruchu od 6:00-9:00 i od 17:00-22.00. O godzinie 8:55 w zaułku muru ustawiła się milicyjna Ładzianka. O 8:59 wysiadł z niej gość z pagonami, wyciągnął komórkę, sprawdził godzinę i o 9:00 05" z błogim uśmiechem na twarzy złapał pierwszą ofiarę liczącą zupełnie błędnie na pewną tolerancję. Nic z tych rzeczy :-((

Przy pakowaniu okazało się, że bagażnik, który wytrzymał 25.000km po polskich drogach nie dał rady 100km na Ukrainie i poddał się.

Był wszak tak dobry, że trzymał się ostatkiem sił dając szansę na...

...naprawę na sznurki i kawałek drutu. To wytrzymało kolejnych 4.000km :-)))
W południe start, tym razem bez jakiegokolwiek planu - słowem nic nie może się nie udać, co jest zawsze ryzykiem przy planowanych działaniach. Stojąc na poboczu oglądałem mapę w poszukiwaniu przeprawy przez Dniestr. Zatrzymał się gość Yamahą, spytał czego szukam i obiecał popilotować dalej. Po jakimś czasie skręcił do miasteczka, stanął na parkingu, polecił wyłączyć motor i zapytał "kofi ili czaj?" Kofi tego dnia nie przyswajałem więc dokonałem wyboru. Podeszliśmy do kiosku ruchu i żona Paszy wśród stert gazet, proszków, dziecięcych zabawek i takich tam szpargałów zrobiła pyszną kawkę.

Przy okazji przyłączył się gość, który rozpoznał Junaka i ucieszył się, że widział go do tej pory tylko na zdjęciach, a tu nagle i niespodziewanie w naturze. Sam przymierza się do Jawki jako, że najbardziej rajcują go klasyki. Baaardzo sympatyczna pogawędka. Aleksander odszukał mnie po latach i podesłał kilka fotek Baaardzo miły akcent :-)

Po tym miłym akcencie Pasza wyprowadził mnie na właściwą drogę. Swoją drogą nie byłoby łatwo ją wyszukać, bo przeprawa wiodła przez zaporę na Dniestrze (120m różnicy poziomów!!!), a ta jako obiekt strategiczny nie dość, że nieoznaczona, to dojazdu do niej strzegła dziurawa betonowa droga z płyt.

W tle zapora. Bliżej nie dało się zatrzymać - tajne przez poufne, zasłonięte przed okiem ludzkim, a szkoda bo rzecz spektakularna. Tym czasem na koń (znaczy na motocykl) i wzdłuż dzikich brzegów Dniestru ku Mohylewowi i Jampolowi. To niewiarygodne, ale w tych dolinkach płynie rzeczka szerokości Wisły na wysokości Warszawy.
Wzdłuż drogi czasami na odcinku 20km rosły, kwitły i PACHNIAŁY akacje. Tego nawet najlepszym fotografom nie udałoby się ująć, więc ja odpuściłem tylko wchłaniałem :-)))

A jednak skusiłem się na rzut oka na "dzieło" rąk ludzkich. Takich i podobnych pomników można spotkać sporo. Przy następnych nie traciłem już czasu. Zazwyczaj były to monumenty "sława meliorantom", "sława energetykom" ... i takie tam, nie licząc żołnierzy i wiecznie żywego Lenina. Teraz żałuję, że nie skusiłem się na fotkę z żadnym z nich. Choć z drugiej strony była to produkcja masowa. Tak na oko 3m wzrostu, marynarka, ręka prawa wskazywała cel a na głowie charakterystyczna czapeczka. Słowem wiecie wszystko i zdjęcie właściwie nie jest potrzebne. Tu monument bez widocznej dedykacji z daleka...

...i z bliska. Niby naród spokojny, ale ktoś dysponował znacznym kalibrem (zwróćcie uwagę na zbiornik). Na szczęści nie spotkaliśmy się.

Przed wieczorem uznałem, że dość i zrobiłem biwak w pierwszym lepszym miejscu. Do najbliższych siedzib ludzkich w każdą stronę minimum 10km :-) To jest coś co tygrysy lubią najbardziej.


>> dzień 6