Starogard
Od jakiegoś czasu Jacenty namawiał mnie na powtórzenie zeszłorocznego wypadu na rybkę. Tym razem nasz program kulinarny telewizji BrumBrrrumTV miał być nagrany na Kociewiu. Na przystawkę nieco techniki, oczywiście z Junakiem w roli głównej i ryba jako główne danie. Zapowiadała się wspaniała uczta. Szefem kuchni miał być Darek. Za scenariusz miał odpowiadać Jacek. Zdjęcia wspólne. Montaż (o ile znajdzie się jakaś wolna chwila) to moja domena. Miałem też, jak zwykle, zaproponować trasę i być nawigatorem.
Start w piątkowe popołudnie z bazy na Księżycu. Po drodze międzylądowanie gdzieś w plenerze na nocleg. Sobota w gościnie u Darka w Starogardzie (Junaki) i w głuszy kociewskich lasów nad Wdą (ryby). Powrót w niedzielę.
Jacenty melduje około czternastej, że rusza w kierunku Księżyca. O szesnastej dał się słyszeć charakterystyczny dźwięk Junaka podchodzącego do lądowania. 
Jackowy Junak na parkingu przed Księżycowym Warsztatem
"Krótkie" półgodzinne zamieszanie i startujemy. Lecimy bokami skrajem Puszczy Kampinoskiej i dalej po lewej stronie Wisły w kierunku Płocka. Trwa tu Polish Hip-Hop Festival, na którym bawi się Staszek i Maja. Kontaktuję się telefonicznie ze Stachem. Jedzą właśnie obiad z przyjaciółmi w jednej z knajpek w okolicy rynku. Małe spotkanko? Nie narobię Ci wstydu, gdy stary ojciec, z młodym kumplem, choć w coraz bardziej średnim wieku, dołączą do młodzieżowego towarzystwa? Po pięciu minutach siedzimy razem przy stole.
Było tak miło, że niepostrzeżenie minęła dobra godzina. Czas ruszać w drogę. Na wylocie z miasta wpadamy na drobne zakupy. Chleb, masło, konserwa turystyczna, ser brie, herbata i woda to podstawa dzisiejszej kolacji i jutrzejszego śniadania. Ciepły wieczór. Słońce nisko nad horyzontem daje wspaniałe światło. Boczne, puste drogi wiodące przez malownicze Mazowsze (historycznie Płock był jego stolicą). Nie ma lepiej :-)
W okolicach Kikoła tankowanie. Są tu dwa jeziora. Ilekroć tędy przejeżdżałem rzucałem na nie okiem, ale nigdy nie było okazji do postoju. Szybki telefon do Krzycha. Kobieta jego syna ma tu rodzinę. W wakacje często korzystają z uroków jezior. Może podpowie gdzie warto szukać miejsca na biwak? Po chwili odbieram pinezkę z lokalizacją łąki należącej do jednej z ciotek.
Po dziesięciu minutach, w ostatnich promieniach słońca, docieramy na łąkę nad jeziorem. Wysoka, miękka trawa zachęca ro rozłożenia się. Dla Jacka mam namiot i matę do wypróbowania. Uwaga, poniższy opis nie stanowi lokowania produktu, to moja osobista opinia jako super zadowolonego użytkownika. Dwuosobowy namiot Quechua MH100 moim zdaniem idealnie nadający się do zastosowań w turystyce np. motocyklowej lub kajakowej (do noszenia na plecach nieco za duży). Jednej osobie zapewnia wystarczający komfort i wiele miejsca na bagaż. Jest odporny nawet na duży deszcz i wystarczająco trwały. Poprzedni egzemplarz używałem przez dziesięć lat. Do tych wszystkich zalet dochodzi cena 149 zł :-)
Rozkładam sobie matę pod gołym niebem. Nie spodziewamy się deszczu, a poranna rosa powinna szybko odparować w pierwszych promieniach słońca więc tarp nie będzie potrzebny. Wstawiam wodę na herbatę, Jacenty sączy piwko, Wielki Wóz wisi nad nami... cisza, spokój... Po chwili z namiotu dochodzi odgłos miarowego oddechu. Jeszcze z pół godziny gapię się w niebo...
Pierwsze promienie słońca
Rano około piątej budzi mnie słońce. Nie mam sumienia budzić Jacka, jesteśmy wszak na wakacjach. Przed siódmą zaczynam zwijać graty i przygotowywać śniadanie. Odgłosy biwakowego życia wywabiły z namiotu mojego towarzysza. Turyści w egipskich, tureckich czy greckich kurortach mają baseny, mają posiłki, mają rozrywki, ale nie żyją w kontakcie z przyrodą. My nie mamy nic z tych rzeczy, ale my żyjemy :-)
Biwak o poranku
Śniadanie
Po śniadaniu zwijamy graty i w drogę. Darek już dopytuje się kiedy będziemy. Ogień na tłoki i dzida!!! Około południa docieramy do gościnnego garażu. Właściwie należałoby powiedzieć do gościnnego domu, ale wydaje się, że tu wszystko kręci się wokół garażu.

Zalążek Junaka dla Stacha :-)
Gospodarz pokazuje swoje skarby, które zbierał od szczenięcych lat. Dobrze, że Jacek przygotował mnie na to, co tu zastaniemy, w przeciwnym przypadku można byłoby stracić przytomność z wrażenia. Przemiła gospodyni siłą wyrywa nas na górę na obiad. Jak Ona znosi pasję Darka? Darku, twoja żona musi być bardzo tolerancyjna. Tolerancyjna? Nie, nie jest tolerancyjna. Nie pozwala mi trzymać motorów na stole... kiedy jemy obiad :-)
Faktycznie, na pierwszym piętrze domu nie widać śladów motocykli. Widać je za to wszędzie na działce, na którą docieramy po południu. Las, rzeka płynąca tuż za domem, cisza, spokój... Idziemy na ryby. Darek w roli nauczyciela. Łowienie w rzece to wyższa szkoła jazdy. Jacek uratował nasz honor łapiąc jednego pstrąga. Na szczęście nauczyciel stanął na wysokości zadania i złapał kilka.
W niedzielny poranek śniadanie z rybami w roli głównej. Pyszne!!! Pakujemy graty. Zazwyczaj to rutynowe działanie. Tym razem muszę zapakować prezenty - placek drożdżowy i cztery wędzone pstrągi. Jak to pomieścić? Udało się. Serdeczne uściski i w drogę. Oczywiście bocznymi drogami. Jedna z nich okazała się całkiem boczna (patrz poniższe zdjęcie). Po drodze krótki postój nad jeziorem. Jacenty śpi, ja pływam.
Więcej nie udało się upchnąć w 2,5 dnia. Droga, słońce, lasy, pola, nowi znajomi, stosy części, biwak nad jeziorem, kąpiel w jeziorze, ryby, wędkowanie, opoooowieści... sam smak motocyklizmu. Z Darkiem jesteśmy umówieni na powtórkę ze szczególnym naciskiem na poznawanie okolicy. Już się nie mogę doczekać :-)