dzień 18 - meta

Żeby nie wyjść z klimatów marokańskich zamiast szlafroka, którego zresztą nie mam i nie używam, wciągam na grzbiet nabytek z miasteczka handlarzy haszyszem. Na szczęście Olek nie wciąga nabytku z tegoż miasta, za to Krzych już wciągnął kurtkę i zaczyna wywierać presję.

d16 
 
Wszystko idzie niezwykle sprawnie, bo do zwinięcia tylko przybory do mycia i worki z ubraniem. Śniadanie zjemy gdzieś po drodze. Motocykle zapakowane? Jeźdźcy gotowi? Ruszamy ku domowi :-)

Na dziś ostatnie 500 km. Trochę żal, że już i trochę już tęsknimy za kolejną wycieczką. Dokąd następnym razem? Krzych od dłuższego czasu wspomina o Ace Cafe w Londynie. Nie ma takiego miasta? Jest Lądek i Lądek-Zdrój... Do dania głównego na przystawkę Holandia, Belgia... Może pętelka do Szkocji? Pyszne? Pyszne! Za mną chodzą klimaty w protiwpołożną stronę czyli na wschód. Mołdawia? Ukraina? Odessa? Kamieniec Podolski? Może trzeba byłoby to doprawić Węgrami i Rumunią? Smakowałoby?  Smakowało!

Ale to nie dziś, a nawet nie jutro kochanieńki. Na dziś piękna nasza Polska - Wrocław, Wieluń, Bełchatów, Piotrków Trybunalski gdzie zostawimy Olka i Księżyc.

Pod Wieluniem wpadamy na pożegnalny obiad. Bez menażek? Bez kuchenki? Na talerzach? I tak smakował, a my w między czasie staraliśmy przypomnieć sobie kolejne dni i noclegi. Nie było łatwo. Na szczęście nasz Główny Urząd Statystyczny w osobie Krzycha dysponuje precyzyjnymi notatkami. Będzie się do czego odnieść. Uściski, ciepłe słowa i grzejemy.
 
 d17
  
Na Księżycu oczekiwał komitet powitalny z główną łączniczką Siostrą. To przez jej telefon i ręce przechodziły komunikaty z drogi. Jak dobrze być z Wami znowu!!!

18 dni i 9000 km to równo po 500 km na dzień. Niby niewiele, a ile żeśmy się napatrzyli, najechali i zapamiętali? Bezcenne.

d18
 



<< dzień 17   garść statystyk >>