dzień 17 - Niemcy
Popijając herbatkę i przegryzając kanapki zastanawiamy się nad dzisiejszą trasą. Jak to popijając i przegryzając? A wstać, pakować się, wodę gotować? Samo się zrobiło? Można powiedzieć, że prawie samo, bo takie rzeczy na wyprawie robi się rutynowo i omal bezwiednie. Wracając do pierwszej sceny, popijamy i kombinujemy. Przed nami ponad 900 km przez Niemcy plus ostatni kawałek Francji 30 km, a potem jeszcze co nieco przez Ojczyzny łono do sensownego noclegu, powiedzmy 50 km. 980 km to przy średniej 70 km/h da 14 godzin w trasie. Zakładając, że ruszymy o 7:00 u celu będziemy minimum o 21. Żeby nie działać pod presją czasu proponuję żeby ostatnią noc spędzić gdzieś pod dachem. Pomiędzy Zgorzelcem, a Wrocławiem jest wiele moteli, hoteli i kwater nastawionych na obsługę ruchu tranzytowego. Z pewnością coś znajdziemy. Koledzy zgadzają się na taki wariant.
Średnia prędkość 70 km/h nie brzmi może imponująco, ale liczymy to wraz z tankowaniem, piciem, jedzeniem, WC, co siłą rzeczy zajmuje czas, a nie ujmuje kilometrów. Żeby taką średnią uzyskać trzeba jechać większość czasu 85-90 km/h, a to możliwe jest tylko kiedy pojedziemy autostradami. Przez miasta i miasteczka musielibyśmy znacznie zwalniać, a na trasie nie mamy jak nadgonić, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości naszych junaków. Ta oczywista prawda przebija się do świadomości Olka. On wszak najbardziej cierpi podczas monotonnej jazdy autostradą. Za szybko żeby bezpiecznie spać, za wolno żeby odczuć pobudzające działanie adrenaliny. Co innego my z Krzychem. Dla nas adrenaliny będzie dość. Nigdy nie wiadomo kiedy junak odmówi posłuszeństwa, a wizja awarii na autostradzie jest stresująca i pobudzająca. Jednak nie mamy wyboru.
Wbijam w Tom-Tomka Bolesławiec jako potencjalny cel i zmieniam opcję z domyślnej "unikaj autostrad" na "najszybszą trasą". Niech się dzieje. Jest 6:40 - start.

Przyjmujemy cykl: 3 godziny jazdy (~200 km) i przerwa na tankowanie. Jest to w miarę bezpieczne jeżeli chodzi o wytrzymałość kierowców, a zupełnie bezpieczne (za chwilę okaże się, że niezupełnie) jeżeli chodzi o możliwości motocykli. Na pełnym baku mamy zasięg ~340 km. Na szczęście co jakiś czas zmieniamy autostrady, więc nie przygnębiają nas duże liczby na drogowskazach. Olek znalazł sobie rozrywkę, a nawet dwie. Pierwsza to co jakiś czas pociągnięcie większą prędkością i oczekiwanie na nas na autostradowym parkingu. Druga to lektura nazw miast. Olo twierdzi, że wszystkie brzmią dostojnie.
Średnia prędkość 70 km/h nie brzmi może imponująco, ale liczymy to wraz z tankowaniem, piciem, jedzeniem, WC, co siłą rzeczy zajmuje czas, a nie ujmuje kilometrów. Żeby taką średnią uzyskać trzeba jechać większość czasu 85-90 km/h, a to możliwe jest tylko kiedy pojedziemy autostradami. Przez miasta i miasteczka musielibyśmy znacznie zwalniać, a na trasie nie mamy jak nadgonić, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości naszych junaków. Ta oczywista prawda przebija się do świadomości Olka. On wszak najbardziej cierpi podczas monotonnej jazdy autostradą. Za szybko żeby bezpiecznie spać, za wolno żeby odczuć pobudzające działanie adrenaliny. Co innego my z Krzychem. Dla nas adrenaliny będzie dość. Nigdy nie wiadomo kiedy junak odmówi posłuszeństwa, a wizja awarii na autostradzie jest stresująca i pobudzająca. Jednak nie mamy wyboru.
Wbijam w Tom-Tomka Bolesławiec jako potencjalny cel i zmieniam opcję z domyślnej "unikaj autostrad" na "najszybszą trasą". Niech się dzieje. Jest 6:40 - start.

Przyjmujemy cykl: 3 godziny jazdy (~200 km) i przerwa na tankowanie. Jest to w miarę bezpieczne jeżeli chodzi o wytrzymałość kierowców, a zupełnie bezpieczne (za chwilę okaże się, że niezupełnie) jeżeli chodzi o możliwości motocykli. Na pełnym baku mamy zasięg ~340 km. Na szczęście co jakiś czas zmieniamy autostrady, więc nie przygnębiają nas duże liczby na drogowskazach. Olek znalazł sobie rozrywkę, a nawet dwie. Pierwsza to co jakiś czas pociągnięcie większą prędkością i oczekiwanie na nas na autostradowym parkingu. Druga to lektura nazw miast. Olo twierdzi, że wszystkie brzmią dostojnie.

Coś się dzieje z silnikiem. Gdy zwalniam poniżej 85 km/h szarpie. Powyżej jest ok. Niby wielkiej "bidy ni ma", bo i tak staramy się utrzymywać jak największą prędkość, ale zawsze dziwne zachowanie silnika jest niepokojące. Naraz silnik przerywa i milknie. Paliwo? Odruchowo sięgam do kranika i przerzucam go na rezerwę. Załapał. Ile to od ostatniego tankowania? Ponieważ nie działa licznik więc muszę sobie przypomnieć kiedy tankowaliśmy i mniej więcej na którym kilometrze to było. Teraz trzeba chwilę poczekać na tablicę z odległościami. Według dość niepewnych obliczeń wychodzi, że braliśmy paliwo 220 km temu. Normalnie rezerwa odzywa się po 320 km. Gdzie uciekła jedna setka? Na Tom-Tomie sprawdzam za ile będzie następna pompa. Za 20 km. Ok powinno wystarczyć, bo rezerwa to ok 30-40 km. Po 15 km silnik definitywnie staje. Na szczęście właśnie mijamy jakieś miasto i za kilkaset metrów będzie zjazd. Lecę rozpędem. Zabrakło 400 metrów. Kładę motor na prawy bok. To rezerwa rezerwy. W lewej połówce baku pozostaje zawsze ok. szklanki paliwa, które poprzez położenie na prawym boku przeleje się do drugiej połówki baku, tej gdzie jest kranik. Ten trick da jeszcze ze 2-3 minuty pracy silnika. Kop, silnik zaskakuje i o własnych siłach opuszczam autostradę. Uff, jeszcze raz się udało.

Zdejmuję komorę pływakową. W środku luźno lata pływak. Urwało się ucho mocujące. Zanim zdążyłem przedstawić raport końcowy z prac komisji Krzych podał mi zapasowy pływak. Po chwili siedział na swoim miejscu. Jeszcze sprawdzenie poziomu paliwa, mała korekta i możemy jechać na stację. Na szczęście to tylko kilkaset metrów i paliwa wystarczyło.

Lecimy dalej. Na którymś z postojów spotkaliśmy samotnego motocyklistę na BMW GS. Wracał właśnie z wypadu do Maroka. W samym Maroku był tylko jeden dzień, bo to przecież kawał drogi i czasu nie starczyło na więcej. Bardzo się zdziwił widząc nalepki z Maroka na naszych motocyklach.
I jeszcze jedno spostrzeżenie z parkingów przy autostradzie. Często zdarzało się widzieć "napompowane" BMW, Mercedesa czy innego smoka, z którego wysiadał grubol z takich najbardziej doważonych i gimnastykował się przez chwilę, po czym otwierał puszkę coca-coli i odwijał z papierka batona. Teraz do mnie dotarło. W Maroku nie widzieliśmy grubych ludzi. Ciekawe kto jest bardziej szczęśliwy, grubol w wypasionym BMW czy chudy Marokańczyk na wychudzonym osiołku?
Jechaliśmy, jechaliśmy i dojechaliśmy. Powróciliśmy na Ojczyzny łono. W necie sprawdzamy noclegi. Jest coś w Bolesławcu. Dzida!!!
Wbijamy na upatrzony nocleg. 980 km w 14 godzin. Plan zrealizowany. Czas ochłonąć i wypocząć.