Bieszczady jesienią
W połowie października wywiało mnie do roboty na Śląsk. Dwa dni w Tychach, jeden w Jastrzębiu Zdroju, po drodze odwiedziny u dawno nie widzianego kolegi w Nowym Sączu i zasłużony odpoczynek w Bieszczadach i na Roztoczu. A było tak...
Pierwszy etap to przelot do Tychów. 330 kilometrów "gierkówką" w cztery i pół godziny.

Po drodze jedno tankowanie (paliwo do baku, hot-dog do żołądka) i ani się obejrzałem (nie było co się oglądać bo szybko zapadł zmrok) i byłem na miejscu.

Wieczorem na mijanym w okolic Katowic termometrze widniało siedemnaście stopni !!! Rano nieco chłodniej, mgła i rosa.

Trzy dni intensywnej pracy i późnym czwartkowym popołudniem ruszam w kierunku Nowego Sącza. Po zmroku urozmaicam sobie czas zabawą w prowadzenie na przyrządy. GPS podpowiada charakter zakrętu i co będzie dalej. Gdy zakręt przechodzi w prostą i nie jest szczególnie ostry nie redukuję prędkości i lecę 85km/h. Lekko zwalniam gdy jeden zakręt przechodzi w drugi. Gdy wydaje się, że będzie trzeba ostro skręcać odpuszczam. I tak od zakrętu do zakrętu. Przy takiej zabawie trzeba brać poprawkę na góry. Czasem GPS się gubi gdy satelita schowa się za górą. Dwa palce zawsze na hamulcu, maksymalna koncentracja i jeszcze raz się udało.
Gdzieś w okolicach Gorlic GPS wyprowadził nas wprost na zabytkowy kościół.

Kłódka wpisana jest do rejestru zabytków. Ktoś chciał ten eksponat mieć w domu. Po amatorze cudzej własności został ślad od brzeszczotu. Stara robota - kłódka nie poddała się.

Ta w rejestrze zabytków nie figuruje. Mnie spodobała się bardziej od zarejestrowanej. Na szczęście nie miałem brzeszczotu więc nic nie wodziło mnie na pokuszenie :-)

Początek października był ładny, ale w dniu kiedy jechaliśmy w Bieszczady lało, stąd brak dokumentacji fotograficznej. Na szczęście nazajutrz rozpogodziło się. Tu stoimy z Igorem przed stadniną koni Prezesa w Chmielu. To niezwykle ciekawy gość, który jako młody hipis przybył w Bieszczady w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Teraz jest dorosłym hipisem, ale pasja do gór i koni mu nie przeszła. Organizuje między innymi 4-5 dniowe rajdy bez zawijania do cywilizacji. Spanie przy ognisku, żarcie i śpiwory w jukach... sam smak :-)

Gdy przyjechaliśmy wieczorem pomagier Prezesa poinformował nas, że dobrze się składa bo odwiedziła ich grupa motocyklistów i wieczorem planują imprezę. Rozglądałem się dookoła i nie zauważywszy maszyn spytałem gdzie je postawili. Okazało się, że próżno ich wypatrywałem, bo grupa ta przybyła busem :-)
W sobotę postanowiliśmy połazić choć trochę po górach. Tu w nostalgicznym nastroju w górnej partii Otrytu.

Ostatnie mgły.


Słońce wychodzi nieśmiało z za chmur.

Boczne drogi wzdłuż granicy pomiędzy Ustrzykami Górnymi, a Przemyślem. Wspaniałości!!!

Nieco się zagapiłem na zakręcie (wąsko, z górki, dość ostry zakręt) i wyleciałem z trasy. Jak na Dzika przystało prosto w to wspaniałe błoto. Urwane lusterko, kolumny kierownicy skręcone w półkach, błoto wszędzie, lekko nadwyrężona duma motocyklisty. Słowem obyło się bez znacznych szkód.

Już zapomniałem o przygodzie. Widoki zrekompensowały wszystko.

W samym środku Cebisu kwitnie kultura fizyczna.

Zbliżamy się do Roztocza.


Jechaliśmy i dojechaliśmy. Tatuś jest wszędzie :-)

Pięć motocykli przed chatą w Pizunach.

Ekipa w komplecie. Od lewej: ja, Grzegorz, Bogdan, Krzych (vel Tatuś), ordynat Mamczur (właściciel tej wioski) i Igor.

Magiczna szopa gdzie nocowały nasze motocykle.


Gotowi do drogi.

Czyżby pół litra na pięciu (no czterech, bo ja nie łykam) działało na Krzycha jeszcze następnego dnia?

Nie, to tylko ustawianie aparatu do pamiątkowej fotki. Wszystkim udało się powiedzieć "w Szczebrzeszynie, chrząszcz brzmi w trzcinie".


Kolory nie do opisania.


Tradycyjny popas w Kazimierzu na rynku i fotka z tamtejszym psem, który zawsze jest na posterunku.

Nie sposób koncentrować się na drodze.

1400 km z samymi miłymi przygodami. Jest lepiej? Nie ma lepiej :-)
Pierwszy etap to przelot do Tychów. 330 kilometrów "gierkówką" w cztery i pół godziny.

Po drodze jedno tankowanie (paliwo do baku, hot-dog do żołądka) i ani się obejrzałem (nie było co się oglądać bo szybko zapadł zmrok) i byłem na miejscu.

Wieczorem na mijanym w okolic Katowic termometrze widniało siedemnaście stopni !!! Rano nieco chłodniej, mgła i rosa.

Trzy dni intensywnej pracy i późnym czwartkowym popołudniem ruszam w kierunku Nowego Sącza. Po zmroku urozmaicam sobie czas zabawą w prowadzenie na przyrządy. GPS podpowiada charakter zakrętu i co będzie dalej. Gdy zakręt przechodzi w prostą i nie jest szczególnie ostry nie redukuję prędkości i lecę 85km/h. Lekko zwalniam gdy jeden zakręt przechodzi w drugi. Gdy wydaje się, że będzie trzeba ostro skręcać odpuszczam. I tak od zakrętu do zakrętu. Przy takiej zabawie trzeba brać poprawkę na góry. Czasem GPS się gubi gdy satelita schowa się za górą. Dwa palce zawsze na hamulcu, maksymalna koncentracja i jeszcze raz się udało.
Gdzieś w okolicach Gorlic GPS wyprowadził nas wprost na zabytkowy kościół.

Kłódka wpisana jest do rejestru zabytków. Ktoś chciał ten eksponat mieć w domu. Po amatorze cudzej własności został ślad od brzeszczotu. Stara robota - kłódka nie poddała się.

Ta w rejestrze zabytków nie figuruje. Mnie spodobała się bardziej od zarejestrowanej. Na szczęście nie miałem brzeszczotu więc nic nie wodziło mnie na pokuszenie :-)

Początek października był ładny, ale w dniu kiedy jechaliśmy w Bieszczady lało, stąd brak dokumentacji fotograficznej. Na szczęście nazajutrz rozpogodziło się. Tu stoimy z Igorem przed stadniną koni Prezesa w Chmielu. To niezwykle ciekawy gość, który jako młody hipis przybył w Bieszczady w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Teraz jest dorosłym hipisem, ale pasja do gór i koni mu nie przeszła. Organizuje między innymi 4-5 dniowe rajdy bez zawijania do cywilizacji. Spanie przy ognisku, żarcie i śpiwory w jukach... sam smak :-)

Gdy przyjechaliśmy wieczorem pomagier Prezesa poinformował nas, że dobrze się składa bo odwiedziła ich grupa motocyklistów i wieczorem planują imprezę. Rozglądałem się dookoła i nie zauważywszy maszyn spytałem gdzie je postawili. Okazało się, że próżno ich wypatrywałem, bo grupa ta przybyła busem :-)
W sobotę postanowiliśmy połazić choć trochę po górach. Tu w nostalgicznym nastroju w górnej partii Otrytu.

Ostatnie mgły.


Słońce wychodzi nieśmiało z za chmur.

Boczne drogi wzdłuż granicy pomiędzy Ustrzykami Górnymi, a Przemyślem. Wspaniałości!!!

Nieco się zagapiłem na zakręcie (wąsko, z górki, dość ostry zakręt) i wyleciałem z trasy. Jak na Dzika przystało prosto w to wspaniałe błoto. Urwane lusterko, kolumny kierownicy skręcone w półkach, błoto wszędzie, lekko nadwyrężona duma motocyklisty. Słowem obyło się bez znacznych szkód.

Już zapomniałem o przygodzie. Widoki zrekompensowały wszystko.

W samym środku Cebisu kwitnie kultura fizyczna.

Zbliżamy się do Roztocza.


Jechaliśmy i dojechaliśmy. Tatuś jest wszędzie :-)

Pięć motocykli przed chatą w Pizunach.

Ekipa w komplecie. Od lewej: ja, Grzegorz, Bogdan, Krzych (vel Tatuś), ordynat Mamczur (właściciel tej wioski) i Igor.

Magiczna szopa gdzie nocowały nasze motocykle.


Gotowi do drogi.

Czyżby pół litra na pięciu (no czterech, bo ja nie łykam) działało na Krzycha jeszcze następnego dnia?

Nie, to tylko ustawianie aparatu do pamiątkowej fotki. Wszystkim udało się powiedzieć "w Szczebrzeszynie, chrząszcz brzmi w trzcinie".


Kolory nie do opisania.


Tradycyjny popas w Kazimierzu na rynku i fotka z tamtejszym psem, który zawsze jest na posterunku.

Nie sposób koncentrować się na drodze.

1400 km z samymi miłymi przygodami. Jest lepiej? Nie ma lepiej :-)