przygotowania
Zgodnie z dawnym zwyczajem pozostawiam w dzienniku pokładowym pustą rubryczkę „port docelowy”. W zeszłym roku polecieliśmy z Jackiem do Normandii. Cel osiągnęliśmy, ale ostatniego dnia, w drodze powrotnej, padł wał w moim motorze. Co nas czeka w tym roku? Nie ma co tworzyć precyzyjnych planów, ale coś trzeba założyć.
Zaproponowałem odwiedzenie Monte Cassino. W maju przypada 80'ta rocznica zwycięskiej bitwy. Byliśmy tam silną ekipą na obchodach 70'tej rocznicy. Teraz unikniemy uroczystości i tłumu. Pokręcimy się w spokoju po polu bitwy, pokażę Jackowi jak ona przebiegała, przejdziemy Drogę Polskich Saperów, zajrzymy do Dużej i Małej Miski, wdrapiemy się na wzgórza 593, 569, 575, podumamy na cmentarzu, przy czołgu pomniku koło Gardzieli, w ruinach Albanety...
Zanim ruszymy trzeba trochę zadbać o motory. W swoim zmieniłem oliwę, poprawiłem mocowanie baku, a Krzych pospawał pęknięty bagażnik. Zmieniłem też łańcuch. Tyle starczy, trzeba coś sobie zostawić na drogę :-)
Jacek po jesiennym wypadzie na Węgry, który skończył się w Zakopanem, odstawił Junaka na zimowe leże bez głowicy, która pękła pod Tatrami. Teraz na tydzień przed wyjazdem wyciągnął go, zregenerował kolejną głowicę, odpalił motor i poprosił żebym przez kilka dni go potestował. We czwartek po robocie poleciałem do Osiecka. Pogadaliśmy, zjedliśmy pizzę, podjęliśmy próbę udobruchania Wandy i zostawiwszy pod warsztatem mojego Junaka o godzinie 22 odpaliłem Jackowego. 10 kilometrów do cepeenu przy krajowej 50'tce szło pięknie. Zalałem bak do pełna i dzida. Naraz spod baku, a może z okolic sprzęgła, dał się słyszeć coraz to głośniejszy stukot. Zawory? Sprzęgło? Skrzynia? Kilkaset metrów przed mostem w Górze Kalwarii silnik stanął. Zepchnąłem motor na boczną drogę i zadzwoniłem do Jacka.
Po 20 minutach odnalazł mnie na poboczu. Czekając na pomoc w świetle księżyca ściągnąłem bak, żeby bez rozlewania paliwa, kładąc motor na boku, móc zajrzeć do sprzęgła lub rozrządu. Operację tę przeprowadziliśmy wspólnie. Niczego niepokojącego nie znaleźliśmy, co nas zaniepokoiło. Sprzęgło, rozrząd i skrzynia sprawne, a wał nie obraca się :-(
Jacek wyciągnął gruby, parciany pas, zaczepił go jedną stroną za hak auta, a ja drugą przełożyłem przez pokrętło amortyzatora skrętu i zablokowałem ręką na rączce gazu. Start. Na którymś z ostrych zakrętów silne szarpnięcie prawie wyrwało mi go z dłoni. W ostatnim ułamku sekundy przytrzymałem pas kciukiem, ale na kolejnym szarpnięcie powtórzyło się. Tym razem pas wysunął się. Jacenty nie zauważył, że urwałem się i znikł mi z oczu za zakrętem. Szybko zepchnąłem motor na pobocze i zadzwoniłem do mojego holownika. Jacuś, urwałem się!!!
Jackowego Junaka zostawiliśmy pod warsztatem, wsiadłem na mojego i pognałem w ciemną i zimną noc. Około północy zameldowałem się w domu. Nasza majówkowa wyprawa zaczęła się zgodnie z receptą Alfreda Hitchcocka: "Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć".
W piątkowy poranek Żwir i Grażyna zadecydowali, że nie ma mowy żeby Jacenty pojechał innym motorem niż Junak. Nie zważając na wahania szefa ostro wzięli się do roboty. Wyciągnęli silnik, rozebrali, z półki wzięli zregenerowany wał... Jacek w tym czasie złapał przygotowany cylinder, nowy tłok od Aliena na czwarty szlif... Remont silnika dysponując takimi pomocnikami, częściami i wyposażeniem to marzenie. 

Przed końcem zmiany wszystko było gotowe. "Pietrucha, gdyby oni tak zawsze szybko pracowali..." rozmarzył się Jacek. 
Co się właściwie stało? Na to pytanie najlepiej odpowie Jacek. Pytajcie go na najbliższym Dzikowisku, do którego został niecały miesiąc. Ja mam swoją teorię. Jacek przez dwadzieścia lat zakopany w warsztacie marzył o swoim Junaku. Chciał mieć w nim wszystkie "patenty", które mogą przyjść do głowy. Do tego działał pod presją czasu, chcąc w kilka tygodni zbudować motor na zeszłoroczną wyprawę do Normandii. Było to nierealne biorąc pod uwagę, że prace mogły odbywać się tylko w weekendy, bo w tygodniu od 7 do 22 w stu procentach poświęcał czas warsztatowi.
Zaczęło się od tłoka z Porsche (ech, ta chęć do wyśrubowania osiągów) i pomyłki przy wyważaniu wału (ech, to działanie pod presją czasu). Do tego eksperymenty z rozrządem, Jackowa niecierpliwość, próby zmiany wyważenia poprzez zastosowanie pełnego sworznia, co obciążyło dodatkowo i tak dostający w tyłek wał... No i wał zamiast kilkadziesiąt, wytrzymał kilkanaście tysięcy :-(
Teraz poszedł po rozum do głowy i powrócił do fabrycznych parametrów. Na eksperymenty będzie czas w przyszłości gdy dokończymy wreszcie projekty silników o zwiększonej pojemności. W efekcie na cztery dni przed wyjazdem mamy świeżutki motor, który wymaga uważnego dotarcia. W niedzielę Jacek pokręcił się po okolicy i przejechał 60 kilometrów. W poniedziałek bladym świtem zabrałem motot żeby nie kusić licha i w dwa dni delikatnie nakręciłem pierwsze trzy setki i zmieniłem olej. Dalsze docieranie zrobimy w trasie. Zanim wpadniemy w Austriackie góry silnik powinien być już dotarty :-) Jak to będzie w praktyce czas pokaże. Sam smak motocyklizmu.
czwartek >>