u Krzyżaków nad Jeziorakiem
Jak co roku, jesienią, czapter Krzyżacki Dzikiego Junaka zaprosił na spotkanie nad Jeziorakiem. Malownicze tereny i malownicze osoby - Murzyn, Chudy, Jakon, Ganc i samozwańczy komtur Muzyk. Ich tajemnicą pozostanie kiedy rozpoczęli prace przygotowawcze na Bindudze, jednak było to wystarczająco wcześnie by na przybywających w piątkowy wieczór gości czekał gorący kocioł grochówki i podgrzani do dość wysokiej temperatury iławscy gospodarze. Tak byli zaaferowani przygotowaniami, że nie mogli uzgodnić wspólnej wersji zeznań w kwestii "Gdzie jest Chudy?" Chudy ma to do siebie, że czasami porywają go kosmici. Ponoć koło północy ktoś widział jego cień, ale nie były to wiadomości pewne. Na szczęście rano odnalazł się w namiocie cały i zdrów.

(pod Krzyżacką flagą)
Z Mazowsza pierwszy wystartował Grzegorz. Dzielnie przebijał się przez korek na wylocie z miasta w Łomiankach, a potem utrudnienia związane z pracami drogowymi, mniej lub bardziej intensywnie przeszkadzającymi, od Modlina aż do Płońska. Nadawał dramatyczne komunikaty sugerując wybór trasy przez Wyszogród. My z Krzychem pozostaliśmy jednak przy pierwotnym planie. Umówieni byliśmy z ekipą z Osiecka na ostatniej stacji Lotos przed Łomiankami. Tak, tak, to ten słynny Osieck gdzie powstaje mnóstwo wspaniałych części do junaków, a "graty" oddane do regeneracji potrafią wpaść jak w czarną dziurę, gdzie czas przestaje płynąć. Na szczęście po kilku zapewnieniach składanych przez Jacka, szefa tego bałaganu, że już się robi i będzie gotowe za tydzień, po kilku, najwyżej kilkunastu miesiącach części wracają do właścicieli niezmiennie ciesząc oko i serce miłośników starej motoryzacji. Silna ekipa z Osiecka w składzie: Jacek na 2 kółkach i Wanda z Basią i Zosią na 4 kołach pojawiła się z małym opóźnieniem po dwugodzinnym przebijaniu się przez całą Warszawę. Mimo zmęczenia humory dopisywały.
Nietypowa to była droga. Piątkowy duży ruch, prace drogowe, zwężenia, korki normalnie nie wpływają znacznie na prędkość motocykli. Zawsze znajdzie się trochę wolnej drogi pomiędzy autami lub na poboczu. Nawet rozsądny i stateczny Krzych z ułańską fantazją wbija się pomiędzy samochody. Tym razem jednak musieliśmy jechać tak, jak nakazują przepisy. Żadnego przebijania się ze względu na damską część rodziny Jacka jadącą autem. Ponieważ wystartowaliśmy przed szóstą największe natężenie ruchu już minęło i ani razu nie utkwiliśmy na dłuższy postój. Od Płońska polecieliśmy w kierunku Sierpca. Tu już można było nieco przyspieszyć. Ja prowadziłem, Wanda za mną, a na końcu Krzych z Jackiem pilnowali żeby peleton nie pogubił się. Gdy trzeba było wyprzedzić jakąś zawalidrogę zgrabnie blokowali pas, tak żeby Wanda miała wolną drogę.
Po drodze postój na tankowanie, kawę i hotdogi, i jeszcze jeden w Żurominie, na szybkie zakupy. Tu GPS zrobił mi psikusa. Zamiast skierować z miasta na omijającą je drogę wojewódzką wykombinował skrót. Najpierw w asfalcie pojawiły się nieśmiało dziury. Potem dziury te zamieniły się w wykroty, następnie szerokość asfaltu skurczyła się do szerokości jednego auta, by w pewnym momencie zastąpić asfalt szutrem. Widziałem na ekranie, że do dobrej drogi brakuje nam tylko 3 kilometrów i zadecydowałem, że nie boimy się szutru. Na odcinku ostatnich kilkuset metrów szuter znikł i zastąpiła go polna droga przez las. Tego było już za wiele dla Krzycha, który urwał się gdzieś. Opowiadał potem z przejęciem o jakimś ogromnym ptaku przelatującym tuż koło motocykla i dzikim kocie na środku drogi. Jacek wyruszył na poszukiwania zakończone pełnym sukcesem.
Gdy wbiliśmy w końcu na dobry asfalt podciągnąłem nieco prędkość. Niby niewiele, bo tylko do 85km/h, ale ze względu na ciemności i krętą drogę okazało się to nieco za dużo dla Wandy i sporo za dużo dla Krzycha. W jednym z miasteczek wybrał inną drogę niż my. W efekcie znalazł się przed nami. Jacek szukał go bezskutecznie po okolicy. Po nawiązaniu kontaktu telefonicznego uzgodniliśmy, że pogna do celu samotnie, a my pociągniemy za nim. Jak to było trudno powiedzieć, dość że dotarlismy do celu kilka minut przed Krzychem :-)

Serdeczne powitania, rozbijanie biwaczku, piwko, soczek, nalewka Grzesia, ognisko, grochówka, opowieści, poszukiwanie Chudego, śpiewy wspomagane współczesną techniką, gwiazdy, księżyc, ostry wiatr od jeziora... nie ma lepszego zakończenia tygodnia pracy i początku weekendu.

(moje schronienie)
Rano chłodny wiatr wygnał mnie spod motocykla nakrytego płachtą, za to witało słońce oświetlające żółknące drzewa nad brzegiem jeziora. Pięknie!!! Krzych rozpalił ognisko i posiedzieliśmy w ciszy kontemplując piękno przyrody. Na śniadanie jajecznica na kiełbasie, leczo (Jakon przywiózł parolitrowy słój z własnoręcznie przygotowanym daniem), soczek, herbata, kawa, piwo, nalewka Grzesia...

(pogodny poranek)
Po śniadaniu pojechaliśmy z ekipą z Osiecka na zwiedzanie okolicy. Oczywiście podczas śniadania pominęliśmy dwa ostatnie "dania". W Szymbarku obejrzeliśmy ruiny gotyckiego zamku kapituły pomezańskiej. Spektakularny widok murów zbudowanych na planie prostokąta o bokach długości blisko 100 metrów. Będąc w okolicy warto zahaczyć o tę atrakcję. Na zakończenie wycieczki lody (dzieci mają swoje prawa) i kawka (dorosli też).
Po powrocie na biwak Ganc zabrał nas na rejs po Jezioraku. Muzyk pokazywał miejsca gdzie pływali i biwakowali jako kilkunastoletni chłopcy. Takie dzieciństwo i młodość nad i na wodzie to coś wspaniałego. Na zakończenie dnia ognisko, akordeon we wprawnych rękach Jacka, piwko, soczek, nalewka Grzesia, gra w żywe domino (jak się w to gra pozostanie słodką tajemnicą uczestników spotkania)...

W niedzielę Jacek z córkami przygotowali jajecznicę. Piwka i nalewki Grzesia juz nie było. Soczek, kefir, kilka ibupromów, pakowanie gratów i do domu. Niby tylko dwa dni, a przeżyć na dwa tygodnie. Pogoda i humory dopisały. Ech, szkoda, że już się skończyło. Na szczęście za dwa tygodnie lecimy na Węgry. Jakoś to będzie :-)

(pod Krzyżacką flagą)
Z Mazowsza pierwszy wystartował Grzegorz. Dzielnie przebijał się przez korek na wylocie z miasta w Łomiankach, a potem utrudnienia związane z pracami drogowymi, mniej lub bardziej intensywnie przeszkadzającymi, od Modlina aż do Płońska. Nadawał dramatyczne komunikaty sugerując wybór trasy przez Wyszogród. My z Krzychem pozostaliśmy jednak przy pierwotnym planie. Umówieni byliśmy z ekipą z Osiecka na ostatniej stacji Lotos przed Łomiankami. Tak, tak, to ten słynny Osieck gdzie powstaje mnóstwo wspaniałych części do junaków, a "graty" oddane do regeneracji potrafią wpaść jak w czarną dziurę, gdzie czas przestaje płynąć. Na szczęście po kilku zapewnieniach składanych przez Jacka, szefa tego bałaganu, że już się robi i będzie gotowe za tydzień, po kilku, najwyżej kilkunastu miesiącach części wracają do właścicieli niezmiennie ciesząc oko i serce miłośników starej motoryzacji. Silna ekipa z Osiecka w składzie: Jacek na 2 kółkach i Wanda z Basią i Zosią na 4 kołach pojawiła się z małym opóźnieniem po dwugodzinnym przebijaniu się przez całą Warszawę. Mimo zmęczenia humory dopisywały.
Nietypowa to była droga. Piątkowy duży ruch, prace drogowe, zwężenia, korki normalnie nie wpływają znacznie na prędkość motocykli. Zawsze znajdzie się trochę wolnej drogi pomiędzy autami lub na poboczu. Nawet rozsądny i stateczny Krzych z ułańską fantazją wbija się pomiędzy samochody. Tym razem jednak musieliśmy jechać tak, jak nakazują przepisy. Żadnego przebijania się ze względu na damską część rodziny Jacka jadącą autem. Ponieważ wystartowaliśmy przed szóstą największe natężenie ruchu już minęło i ani razu nie utkwiliśmy na dłuższy postój. Od Płońska polecieliśmy w kierunku Sierpca. Tu już można było nieco przyspieszyć. Ja prowadziłem, Wanda za mną, a na końcu Krzych z Jackiem pilnowali żeby peleton nie pogubił się. Gdy trzeba było wyprzedzić jakąś zawalidrogę zgrabnie blokowali pas, tak żeby Wanda miała wolną drogę.
Po drodze postój na tankowanie, kawę i hotdogi, i jeszcze jeden w Żurominie, na szybkie zakupy. Tu GPS zrobił mi psikusa. Zamiast skierować z miasta na omijającą je drogę wojewódzką wykombinował skrót. Najpierw w asfalcie pojawiły się nieśmiało dziury. Potem dziury te zamieniły się w wykroty, następnie szerokość asfaltu skurczyła się do szerokości jednego auta, by w pewnym momencie zastąpić asfalt szutrem. Widziałem na ekranie, że do dobrej drogi brakuje nam tylko 3 kilometrów i zadecydowałem, że nie boimy się szutru. Na odcinku ostatnich kilkuset metrów szuter znikł i zastąpiła go polna droga przez las. Tego było już za wiele dla Krzycha, który urwał się gdzieś. Opowiadał potem z przejęciem o jakimś ogromnym ptaku przelatującym tuż koło motocykla i dzikim kocie na środku drogi. Jacek wyruszył na poszukiwania zakończone pełnym sukcesem.
Gdy wbiliśmy w końcu na dobry asfalt podciągnąłem nieco prędkość. Niby niewiele, bo tylko do 85km/h, ale ze względu na ciemności i krętą drogę okazało się to nieco za dużo dla Wandy i sporo za dużo dla Krzycha. W jednym z miasteczek wybrał inną drogę niż my. W efekcie znalazł się przed nami. Jacek szukał go bezskutecznie po okolicy. Po nawiązaniu kontaktu telefonicznego uzgodniliśmy, że pogna do celu samotnie, a my pociągniemy za nim. Jak to było trudno powiedzieć, dość że dotarlismy do celu kilka minut przed Krzychem :-)

Serdeczne powitania, rozbijanie biwaczku, piwko, soczek, nalewka Grzesia, ognisko, grochówka, opowieści, poszukiwanie Chudego, śpiewy wspomagane współczesną techniką, gwiazdy, księżyc, ostry wiatr od jeziora... nie ma lepszego zakończenia tygodnia pracy i początku weekendu.

(moje schronienie)
Rano chłodny wiatr wygnał mnie spod motocykla nakrytego płachtą, za to witało słońce oświetlające żółknące drzewa nad brzegiem jeziora. Pięknie!!! Krzych rozpalił ognisko i posiedzieliśmy w ciszy kontemplując piękno przyrody. Na śniadanie jajecznica na kiełbasie, leczo (Jakon przywiózł parolitrowy słój z własnoręcznie przygotowanym daniem), soczek, herbata, kawa, piwo, nalewka Grzesia...

(pogodny poranek)
Po śniadaniu pojechaliśmy z ekipą z Osiecka na zwiedzanie okolicy. Oczywiście podczas śniadania pominęliśmy dwa ostatnie "dania". W Szymbarku obejrzeliśmy ruiny gotyckiego zamku kapituły pomezańskiej. Spektakularny widok murów zbudowanych na planie prostokąta o bokach długości blisko 100 metrów. Będąc w okolicy warto zahaczyć o tę atrakcję. Na zakończenie wycieczki lody (dzieci mają swoje prawa) i kawka (dorosli też).
Po powrocie na biwak Ganc zabrał nas na rejs po Jezioraku. Muzyk pokazywał miejsca gdzie pływali i biwakowali jako kilkunastoletni chłopcy. Takie dzieciństwo i młodość nad i na wodzie to coś wspaniałego. Na zakończenie dnia ognisko, akordeon we wprawnych rękach Jacka, piwko, soczek, nalewka Grzesia, gra w żywe domino (jak się w to gra pozostanie słodką tajemnicą uczestników spotkania)...

W niedzielę Jacek z córkami przygotowali jajecznicę. Piwka i nalewki Grzesia juz nie było. Soczek, kefir, kilka ibupromów, pakowanie gratów i do domu. Niby tylko dwa dni, a przeżyć na dwa tygodnie. Pogoda i humory dopisały. Ech, szkoda, że już się skończyło. Na szczęście za dwa tygodnie lecimy na Węgry. Jakoś to będzie :-)