strajk facetów

Pod koniec października tradycyjny biwaczek "Zimny chów" był  co najwyżej chłodnym chowem i to tylko w nocy, bo wieczór, a potem poranek z pełnym słońcem do chłodnych nie należały. Czekaliśmy jednak cierpliwie i postanowiliśmy wykorzystać pierwszą nadarzającą się okazję licząc, że zmiany klimatyczne nie zaszły jeszcze tak daleko jak opowiadają politycy. No i w drugiej połowie listopada wreszcie przyszły jakie takie chłody. Ustaliliśmy poprawkowy termin "Zimnego chowu" na 20 listopada 2020 roku. Początkowo Quba zaproponował sprawdzone przez siebie miejsce nad Wisłą pod Kazimierzem. Jednak kapitalista krwiopijca, u którego Qubuś zostawia swoje młode życie zwalił na niego taką furę roboty, że Quba musiał odpuścić. W tej sytuacji zaproponowałem Krzychowi zmianę lokalizacji również na wiślany brzeg, ale na wysokości Kampinosu. Biwakowaliśmy w tym miejscu rok temu, a Krzych z Muzykiem spędzili tam sylwestra.

Informacja o biwaczku przeszła bez echa na naszej mazowieckiej liście Dzikiego Junaka, przynajmniej tak nam się wydawało. Twarda walka o chleb, Covid czy chłodne spojrzenia żony mogą ostudzić zapał największych entuzjastów. Policzyliśmy szable. Krzych, ja ... to jest nas razem dwóch. Nie, znalazł się i trzeci. To reprezentant zachodnich rubieży, a dokładnie marynarz Pindziestka z Rzepina. Zadzwonił i spytał czy czegoś nie knujemy, bo on szuka okazji żeby wyrwać się z domu korzystając z czasu wolnego pomiędzy rejsami. Wspomniałem o biwaku. Kiedy? Za cztery dni w piątek. Czy znajdziecie dla mnie nocleg z czwartku na piątek? Wbijaj do nas na Księżyc. U Canaletta jest kanapa. OK, będę.

Zgodnie z zapowiedzią we czwartek tuż przed zmierzchem meldował się pod łoboorką pokonawszy 460 km w niecałe siedem godzin.

W piątek chwilę po trzeciej ruszyliśmy we trzech. Po drodze korki wylotowe z miasta, tankowanie, zakupy produktów na kolację i w momencie gdy Słońce skryło się za horyzontem zapaliliśmy ognisko. 

ognisko

Krzych zawiesił nad ogniem kociołek z flakami, nabiliśmy na patyki kiełbasy, w menażce zabulgotała woda na herbatę. Księżyc ozdabiał rozgwieżdżone niebo. Jeszcze flaki nie zdążyły się dobrze zagrzać gdy zadzwonił telefon. To Benelli dotarł do betonki i czeka teraz na instrukcje gdzie ma nas szukać. Po chwili pojawił się w kręgu światła z radosnym uśmiechem na nieco zmarzniętej twarzy. Kolejny miłośnik chłodu.

Każdy z kolegów wyciągnął jakiś specyfik zalecany do spożycia przed snem dla zdrowotności. Ja poprzestałem na herbatce. Gdy poszedłem do motocykla po kubek zobaczyłem siodło pokryte delikatną warstewką szronu. Nareszcie mamy Zimny chów. 

szron

Przed dziewiątą, tuż przed zachodem Księżyca dojechał Muzyk. Po niedawnej operacji przyszycia ręki nie może siadać na motor, ale wyrwał się choć na chwilę autem pod pretekstem konieczności dowiezienia drewna do lasu :-) Z przepastnego bagażnika oprócz drewna wyciągnął tradycyjne krzesło biwakowe, pręt do pieczenia kiełbasy, pęto myśliwskiej i piwo, rzecz jasna bezalkoholowe. Zasiadł przy ogniu i tradycji stało się zadość gdy zapalił cygaro. Zimny chów 2020 uznaliśmy za otwarty!!!

Długie nocne Polaków rozmowy przerywane sięgnięciem po porcję flaków, naparstek czegoś mocniejszego, oczywiście dla zdrowotności i rzut oka w niebo. Benelli zrobił krótki kurs o gwiazdach i pokazywał wiele ciekawych rzeczy na firmamencie. Ile gwiazd widzicie w drugim punkcie dyszla Wielkiego Wozu? Tam macie pas Oriona. Teraz idziemy dwie w górę i w prawo. Nie patrzcie na wprost, tylko kątem oka. Widzicie mgławicę Andromedy? To cała galaktyka. O, właśnie wschodzi Syriusz. Gdzie? Tam za drzewem. Powrót do ogniska i chwila o polityce, ale lajtowo i bez skakania do gardeł, mimo, że jak wiadomo gdzie dwóch Polaków tam trzy opcje polityczne. Uznaliśmy, że ci co straszą nas z każdej strony, robiąc w telewizorze groźne miny i używając dla określenia dzialań swoich przeciwników takich słów jak haniebne, karygodne, zdradzieckie, pewnie siadają czasami razem przy lamce wina po robocie i komentując co bardziej emocjonalną tyradę śmieją się z udanego wicu. Robią to wszak od lat, praktycznie w stałej ekipie, pracując ramię w ramię w tej samej fabryce produkującej tony ustaw, więc siłą rzeczy muszą się znać i kumplować. Potwierdzała to zresztą nasza wtyczka w tej instytucji.

Zostawmy politykę. Teraz czas na opowieści z lat młodzieńczych. Tam dopiero mnóstwo czynów haniebnych, karygodnych i zdradzieckich :-) Oczywiście takimi były w opinii naszych nauczycieli i wychowawców. Teraz tematy marynistyczne. Potem chwila o badaniach naukowych. Dalej najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa, gęsi wyższe od człowieka, który miał za sobą 21 miesięcy życia, a nad sobą łeb jakiegoś potwora uzbrojony w dziób. Ekologia to ściema, przynajmniej w suflowanej nam uparcie formie. Ekologiczne auta? Wolne żarty. Potwory na 18 calowych kołach wykorzystywane w ruchu miejskim. Ale te autonomiczne będą bezpieczniejsze. Autonomiczne? Po moim trupie! No własnie po to się je projektuje, żeby nie musiały po twoim... Powoli zaczyna się kręcić w głowach od tylu wrażeń. Czas spać.

Pindziestka nie rozkładając karimaty pakuje się w morski worek ratunkowy (cienki plastik plus folia NRC) i kładzie się wprost na ziemi. Twardy zawodnik. Benelli oferuje mu zapasowy śpiwór, lecz worek tylko zaszeleścił, a po chwili dało się słyszeć z wnętrza miarowe chrapanie.

marynarski worek

Krzych wpełzł pod tarpa rozpiętego nad motocyklem i przytulony do zaolejonego karteru zasnął smacznie.

tarp

Benelli (od chrztu dali mu Wojciech) powędrował do namiotu, a ja ułożyłem się pod drzewem osłaniającym nieco od podmuchów wiatru wciągając na siebie dwa śpiwory. Poniżej to nie symbol strajku kogokolwiek tylko pomarańczowy pas mojego śpiwora. Zdjęcie to wykonał Marynarz gdy jak zwykle zbudził się przed wszystkimi z samego rana (na statku musi gonić załogę do roboty), niezwykle zmarznięty, ale nadzwyczajnie zadowolony. Czy my jesteśmy całkiem normalni?

ja

Tak wyglądał nasz biwaczek z rana. Krzych i Benelli przy ogniu.

sniadanko

Gotowy do drogi Pindziestka sprawdza czy nie zamarzłem. 

o poranku

Chwilę po ósmej odpala w kierunku domu. Przed nim 450 kilometrów. O 15 meldował powrót. Po drodze napotkał gołoledź, ale obyło się bez przygód.

Pindziestka startuje

Zbieramy się i my. Po godzinie zmarznięci (sami tego chcieliśmy), ale szczęśliwi docieramy na Księżyc. Sam smak motocyklizmu. Kiedy następny biwak? Kto chętny?