XXIII Dzikowisko
Wiosną szaleństwo pandemii pokrzyżowało plany organizacji Dzikowiska. Jeżeli ktoś czyta ten tekst powiedzmy w 2030 roku, oznacza to, że pandemia nie zmiotła całej ludności planety Ziemia. Coś mi się zdaje, że taka katastrofa nie nastąpi, choć obrazy, które nam się obecnie sufluje mogą sugerować zgoła inny los ludzi. Matrix?

Ale nie z nami takie numery, Covid, ty świnio. Urządziliśmy tajne komplety i spotkanie, w ograniczonym gronie, odbyło się. Umówiliśmy się, że po skończonej wojnie spotkamy się, żeby uczcić wiekopomne zwycięstwo. Co prawda wojna nie zakończyła się do tej pory, ale niewidzialny okupant nieco spowszedniał, a służby powołane do jego zwalczania nie mają już tyle siły, żeby trzymać wszystkich za mordę. Nawet jak starają się nakładać na społeczeństwo kaganiec, to jest on w postaci charakterystycznych niebieskich maseczek, które tyle mają wspólnego z żelaznym kagańcem, że tak samo jak i on iluzorycznie nadają się do zatrzymywania covidowych wojowników. Wydaje się (przynajmniej ja tak to widzę), że główną korzyścią związaną ze śmiesznymi maseczkami, oprócz rzecz jasna zysków z ich produkcji i dystrybucji, jest to, że statystyczny obywatel ma bardziej niż dotąd odstające uszy i mimowolnie nastawia je na komunikaty płynące z telewizora i radia. Być może o to w tym wszystkim chodzi.
Konspiracja to nasza narodowa specjalność. Tajny agent P-23, wraz z łączniczką Agatą, zmylili czujność wroga i zorganizowali spotkanie. Jak to w konspiracji, uczestnicy przybywali małymi grupkami z różnych stron. Tak samo opuszczali bazę po spotkaniu. Hasłem rozpoznawczym było "Najlepsze bułki są pod Ślężą", a odzew brzmiał "Dziki lubią je tylko jesienią".
Sam P-23 dla niepoznaki przyjechał busem, a towarzysząca mu żona mogła służyć jako osłona. Podczas śledztwa zeznawałaby, że przyjechali na romantyczny wypad we dwoje. W przypadku dokładnej rewizji taka linia obrony mogłaby się zawalić zważywszy na całe paki z tajnymi materiałami (koszulki).
Na Mazowszu przygotowywaliśmy się do spotkania od jakiegoś czasu. Raffi w konspiracyjnych warsztatach na Księżycu składał junaka. Dla zmylenia przeciwnika ma on kształt czopera, a na dodatek Raffi obwiesił go maskującymi workami. Żeby utrudnić wypatrzenie pojazdu na drodze zastosował w reflektorze ledwo świecącą żarówkę, a odbłyśnik pokrył warstewkę rdzy. Poprawił głowicę, zlecił szlif cylindra i regenerację wału. Żeby tajni agenci wroga nie domyślili się prawdziwego celu wyjazdu zakupił w sklepie rolniczym olej LUX i wlał go do silnika (do oleju wrócimy w odpowiednim momencie). Nikt znający się choć trochę na technice nie mógł się domyślić, że to przygotowanie do blisko tysiąc kilometrowej trasy. Taki olej wlewa się do nieobciążonych maszyn wolnobieżnych poruszających się dookoła komina :-)
W piątek nad całym krajem przechodził front. Z rana padało. Potem deszczowe chmury przesunęły się na północ, co nie znaczy, że z deszczem mieliśmy już spokój. Kolejne nadchodziły z południowego wschodu. Z prognozy wynikało, że damy radę przemknąć się pomiędzy nimi. To atrakcje na start. Na sobotę Piotr zamówił słoneczną pogodę. Wystartowaliśmy spod Księżycowej łoboorki około południa w siedem motocykli: Canaletto, Kamyk, Krzych, PawełZ, Quba, Raffi i piszący te słowa. W Łowiczu dołączył Kranik. Raffi to twardy zawodnik. Jako początkujący junakowiec nie dorobił się jeszcze kombinezonu ani przeciwdeszczówki. Na propozycję Krzycha, żeby założył jego stary strój odparł, że co prawda ma tylko dżinsy, ale za to są grube. Jednak w obliczu siąpiącego deszczu dał się namówić na pożyczenie przecideszczówki.
Najpierw tradycyjnie pojechaliśmy "na CePeeN". Zatankowawszy pod korek startujemy. Przed nami 400 kilometrów. Prowadzę narzucając (zważywszy na docieranie silnika Raffiego) tempo 60-70km/h. Pierwszy postój po 20 km w Ożarowie. Raffiego motocykl zgasł. Z cewki wysunął się kabel wysokiego napięcia. Miał prawo, gniazdo w cewce ma średnicę 8mm, a kabek ledwo 6mm.
Błonie, Sochaczew, Łowicz. Przy skręcie na Łęczycę stajemy w celu nawiązania kontaktu z Kranikiem. Czeka na nas za kilkaset metrów. Na wylocie z miasta kolejny drobny serwis. Czekając na jeo zakończenie zbieram marchewki leżące przy drodze. Kilka ruchów Krzychowym nożem i chrupiemy smakowitą przekąskę.
Przebiliśmy się przez deszcz. Jedzie się miło. Miło jak się jedzie. Było miło do Łęczycy. Na wlocie do miasta coś chrupnęło w skrzyni Raffiego. Nie jest łatwo naprawiać motocykl gdy na ręce spoziera spore grono kolegów, ale Raffi nie pęka. Motocykl na prawy bok. Lewa kapa i dekiel skrzyni precz. Wszystko jasne. Koło jedynki uległo dezintegracji. Na wałku została tylko piasta, a cały wieniec znikł. Oczywiście w przyrodzie nic nie ginie. Raffi wyławia resztki wieńca za pomocą magnesu. Wszyscy mamy zadowolone miny. Czyżbyśmy cieszyli się z nieszczęścia kolegi? Nic z tych rzeczy. Cieszymy się z faktu, że koło tak ładnie się połamało, że została tylko piasta. W tej sytuacji skrzynia będzie pracowała. Oczywiście nie będzie działał starter i jedynka, ale pozostałe biegi są. A czemu kółko pękło? No cóż, Raffi wsadził w skrzynię pospawane koło!!! Ponoć pytał się Krzycha, czy tak może być. Krzych robi głupią minę i wyjaśnia, że powiedział, że tak może być, ale uprzedził (tego Raffi już nie złapał), że wystarczy to na 100 km. Wystarczyło na 130 :-)
Szybki telefon do Siostry. Jeszcze nie ruszyli w trasę. Potrzebne koło jedynki. Czaro poszuka i zabierze kółko na wymianę.
Skrzynia była główną atrakcją trasy. Dalej ogień na tłoki i dzida. Obiadek w Uniejowie, drobne zaniki iskry, boczne drogi, pola, lasy... miło się jedzie. Po pokonaniu 250 kilometrów uznałem, że silnik Raffiego już jest wstępnie dotarty. Po Warszawie przejechał 150 plus te 250 i mamy już 400. Podkręcam tempo do 75 km/h i wbijamy na ekspresówkę. Mijamy Wrocław i po godzinie meldujemy się na dzikowiskowym ognisku. Miło się jechało.
Rozmowom nie było końca. Około 1:30 po angielsku urywam się do domku. Idę niepewnym krokiem. Dobrze, że jest ciemno i nikt tego nie widzi. Zmęczenie? Nie, to tabaka serwowana przez Cichego. Kręci nie tylko w nosie, ale również błędnikiem i całym człowiekiem.
W sobotę zrywamy się radośni i rześcy jak skowronki. Lecimy z Krzychem i Canaletto na zakupy. Piękna słoneczna pogoda, zieleń lasu, wspinamy się na przełęcz pod Ślężą... widoooook zapiera dech w piersiach. Nie ma lepiej. Po śniadaniu odprawa i ruszamy w kierunku Wałbrzycha. Odwiedzamy ruiny w pobliżu zamku Książ oraz sam zamek. Do zamku dotarł cały peleton, a my z Krzychem czekaliśmy na start motocykla Canaletta i zgubiliśmy się na chwilę. Za to na obiad dotarliśmy pierwsi.

fot. Królik Roger
Powrót "na bazę" malowiniczymi bocznymi drogami. Jedzie się jak po sznurku. Mamy wspaniałą obstawę. Koledzy na "zastępczakach" obstawiają kolejne skrzyżowania i pilnują, żeby sznur kilkudziesięciu junaków sunął bez przeszkód. Kolejne ognisko, kolejne rozmowy.

fot. Królik Roger
W tym czasie gdy zażywaliśmy frajdy z wycieczki Raffi pracowicie spędził dzień i wstawił kółko pierwszego biegu pożyczone od Czarka.
Gdzie następnym razem? Silna ekipa Kaszubów już planuje atrakcje na kolejny rok. Czas do łózek. Jutro powrót.
Powrót pod znakiem deszczu i kolejnych przygód z junakiem Raffiego. Tym razem lekkie przytarcie, przymusowy postój podczas urwania chmury, naprawa pod dachem wiaty w bazie GDDKiA, wymiana oleju, holowanie po drodze szybkiego ruchu, brak oświetlenia, zmiana poziomu paliwa.... i po 11 godzinach zmęczeni, ale szczęśliwi zameldowaliśmy się na Księżycu.
Klawo jak cholera :-)

Ale nie z nami takie numery, Covid, ty świnio. Urządziliśmy tajne komplety i spotkanie, w ograniczonym gronie, odbyło się. Umówiliśmy się, że po skończonej wojnie spotkamy się, żeby uczcić wiekopomne zwycięstwo. Co prawda wojna nie zakończyła się do tej pory, ale niewidzialny okupant nieco spowszedniał, a służby powołane do jego zwalczania nie mają już tyle siły, żeby trzymać wszystkich za mordę. Nawet jak starają się nakładać na społeczeństwo kaganiec, to jest on w postaci charakterystycznych niebieskich maseczek, które tyle mają wspólnego z żelaznym kagańcem, że tak samo jak i on iluzorycznie nadają się do zatrzymywania covidowych wojowników. Wydaje się (przynajmniej ja tak to widzę), że główną korzyścią związaną ze śmiesznymi maseczkami, oprócz rzecz jasna zysków z ich produkcji i dystrybucji, jest to, że statystyczny obywatel ma bardziej niż dotąd odstające uszy i mimowolnie nastawia je na komunikaty płynące z telewizora i radia. Być może o to w tym wszystkim chodzi.
Konspiracja to nasza narodowa specjalność. Tajny agent P-23, wraz z łączniczką Agatą, zmylili czujność wroga i zorganizowali spotkanie. Jak to w konspiracji, uczestnicy przybywali małymi grupkami z różnych stron. Tak samo opuszczali bazę po spotkaniu. Hasłem rozpoznawczym było "Najlepsze bułki są pod Ślężą", a odzew brzmiał "Dziki lubią je tylko jesienią".
Sam P-23 dla niepoznaki przyjechał busem, a towarzysząca mu żona mogła służyć jako osłona. Podczas śledztwa zeznawałaby, że przyjechali na romantyczny wypad we dwoje. W przypadku dokładnej rewizji taka linia obrony mogłaby się zawalić zważywszy na całe paki z tajnymi materiałami (koszulki).
Na Mazowszu przygotowywaliśmy się do spotkania od jakiegoś czasu. Raffi w konspiracyjnych warsztatach na Księżycu składał junaka. Dla zmylenia przeciwnika ma on kształt czopera, a na dodatek Raffi obwiesił go maskującymi workami. Żeby utrudnić wypatrzenie pojazdu na drodze zastosował w reflektorze ledwo świecącą żarówkę, a odbłyśnik pokrył warstewkę rdzy. Poprawił głowicę, zlecił szlif cylindra i regenerację wału. Żeby tajni agenci wroga nie domyślili się prawdziwego celu wyjazdu zakupił w sklepie rolniczym olej LUX i wlał go do silnika (do oleju wrócimy w odpowiednim momencie). Nikt znający się choć trochę na technice nie mógł się domyślić, że to przygotowanie do blisko tysiąc kilometrowej trasy. Taki olej wlewa się do nieobciążonych maszyn wolnobieżnych poruszających się dookoła komina :-)
W piątek nad całym krajem przechodził front. Z rana padało. Potem deszczowe chmury przesunęły się na północ, co nie znaczy, że z deszczem mieliśmy już spokój. Kolejne nadchodziły z południowego wschodu. Z prognozy wynikało, że damy radę przemknąć się pomiędzy nimi. To atrakcje na start. Na sobotę Piotr zamówił słoneczną pogodę. Wystartowaliśmy spod Księżycowej łoboorki około południa w siedem motocykli: Canaletto, Kamyk, Krzych, PawełZ, Quba, Raffi i piszący te słowa. W Łowiczu dołączył Kranik. Raffi to twardy zawodnik. Jako początkujący junakowiec nie dorobił się jeszcze kombinezonu ani przeciwdeszczówki. Na propozycję Krzycha, żeby założył jego stary strój odparł, że co prawda ma tylko dżinsy, ale za to są grube. Jednak w obliczu siąpiącego deszczu dał się namówić na pożyczenie przecideszczówki.
Najpierw tradycyjnie pojechaliśmy "na CePeeN". Zatankowawszy pod korek startujemy. Przed nami 400 kilometrów. Prowadzę narzucając (zważywszy na docieranie silnika Raffiego) tempo 60-70km/h. Pierwszy postój po 20 km w Ożarowie. Raffiego motocykl zgasł. Z cewki wysunął się kabel wysokiego napięcia. Miał prawo, gniazdo w cewce ma średnicę 8mm, a kabek ledwo 6mm.
Błonie, Sochaczew, Łowicz. Przy skręcie na Łęczycę stajemy w celu nawiązania kontaktu z Kranikiem. Czeka na nas za kilkaset metrów. Na wylocie z miasta kolejny drobny serwis. Czekając na jeo zakończenie zbieram marchewki leżące przy drodze. Kilka ruchów Krzychowym nożem i chrupiemy smakowitą przekąskę.
Przebiliśmy się przez deszcz. Jedzie się miło. Miło jak się jedzie. Było miło do Łęczycy. Na wlocie do miasta coś chrupnęło w skrzyni Raffiego. Nie jest łatwo naprawiać motocykl gdy na ręce spoziera spore grono kolegów, ale Raffi nie pęka. Motocykl na prawy bok. Lewa kapa i dekiel skrzyni precz. Wszystko jasne. Koło jedynki uległo dezintegracji. Na wałku została tylko piasta, a cały wieniec znikł. Oczywiście w przyrodzie nic nie ginie. Raffi wyławia resztki wieńca za pomocą magnesu. Wszyscy mamy zadowolone miny. Czyżbyśmy cieszyli się z nieszczęścia kolegi? Nic z tych rzeczy. Cieszymy się z faktu, że koło tak ładnie się połamało, że została tylko piasta. W tej sytuacji skrzynia będzie pracowała. Oczywiście nie będzie działał starter i jedynka, ale pozostałe biegi są. A czemu kółko pękło? No cóż, Raffi wsadził w skrzynię pospawane koło!!! Ponoć pytał się Krzycha, czy tak może być. Krzych robi głupią minę i wyjaśnia, że powiedział, że tak może być, ale uprzedził (tego Raffi już nie złapał), że wystarczy to na 100 km. Wystarczyło na 130 :-)
Szybki telefon do Siostry. Jeszcze nie ruszyli w trasę. Potrzebne koło jedynki. Czaro poszuka i zabierze kółko na wymianę.
Skrzynia była główną atrakcją trasy. Dalej ogień na tłoki i dzida. Obiadek w Uniejowie, drobne zaniki iskry, boczne drogi, pola, lasy... miło się jedzie. Po pokonaniu 250 kilometrów uznałem, że silnik Raffiego już jest wstępnie dotarty. Po Warszawie przejechał 150 plus te 250 i mamy już 400. Podkręcam tempo do 75 km/h i wbijamy na ekspresówkę. Mijamy Wrocław i po godzinie meldujemy się na dzikowiskowym ognisku. Miło się jechało.
Rozmowom nie było końca. Około 1:30 po angielsku urywam się do domku. Idę niepewnym krokiem. Dobrze, że jest ciemno i nikt tego nie widzi. Zmęczenie? Nie, to tabaka serwowana przez Cichego. Kręci nie tylko w nosie, ale również błędnikiem i całym człowiekiem.
W sobotę zrywamy się radośni i rześcy jak skowronki. Lecimy z Krzychem i Canaletto na zakupy. Piękna słoneczna pogoda, zieleń lasu, wspinamy się na przełęcz pod Ślężą... widoooook zapiera dech w piersiach. Nie ma lepiej. Po śniadaniu odprawa i ruszamy w kierunku Wałbrzycha. Odwiedzamy ruiny w pobliżu zamku Książ oraz sam zamek. Do zamku dotarł cały peleton, a my z Krzychem czekaliśmy na start motocykla Canaletta i zgubiliśmy się na chwilę. Za to na obiad dotarliśmy pierwsi.

fot. Królik Roger
Powrót "na bazę" malowiniczymi bocznymi drogami. Jedzie się jak po sznurku. Mamy wspaniałą obstawę. Koledzy na "zastępczakach" obstawiają kolejne skrzyżowania i pilnują, żeby sznur kilkudziesięciu junaków sunął bez przeszkód. Kolejne ognisko, kolejne rozmowy.

fot. Królik Roger
W tym czasie gdy zażywaliśmy frajdy z wycieczki Raffi pracowicie spędził dzień i wstawił kółko pierwszego biegu pożyczone od Czarka.
Gdzie następnym razem? Silna ekipa Kaszubów już planuje atrakcje na kolejny rok. Czas do łózek. Jutro powrót.
Powrót pod znakiem deszczu i kolejnych przygód z junakiem Raffiego. Tym razem lekkie przytarcie, przymusowy postój podczas urwania chmury, naprawa pod dachem wiaty w bazie GDDKiA, wymiana oleju, holowanie po drodze szybkiego ruchu, brak oświetlenia, zmiana poziomu paliwa.... i po 11 godzinach zmęczeni, ale szczęśliwi zameldowaliśmy się na Księżycu.
Klawo jak cholera :-)