Kaszuby
Maj nie rozpieszczał pogodą, a i początek czerwca do najładniejszych nie należał. Chłodno, pochmurno, deszczowo, słowem szału nie ma. Przez cały tydzień śledziliśmy prognozy. Jak będzie w Warszawie? Jak w Bydgoszczy? Co los przyszykuje w Gdańsku? To kierunek, który mieliśmy obrać w pierwszy weekend czerwca. Na spontaniczne spotkanie na Kaszubach zaprosili tamtejsi junakowcy - silna, zżyta i wesoła kompania kilkunastu oryginałów posługujących się kaszëbskô mòwa.
Większość źródeł danych meteo była zgodna, zarówno szacowny meteo.pl, rozliczne strony zagraniczne, jak i pani "chmurka" prezentująca w telewizorze nogi, biust i pogodę zapowiadali na piątek opady od południa kraju po północ. Sobota i niedziela miały być ładne. Prognozy te sprawdziły się.
Z Księżyca ruszamy we trzech - Krzych, Canaletto i ja. Dla Canaletta to pierwsza wyprawa na junaku. Do tej pory przejechał około 200 km. Gdy dotrze na Kaszuby silnik uznamy za dotarty w połowie. Po powrocie, i pokonaniu 900 km, uznamy za dotarty, a jeźdźca za przetartego w boju. Już od środy maszyna mistrza pędzla i pistoletu stała zapakowana i przygotowana do drogi. Nastrój przygotowań udzielił się nawet naszemu Tatusiowi. Ten znany abnegat dolał nieco oleju do silnika, żeby miał czym znaczyć ślad. Pochylił się też nad tylną łysawą oponą. Nie podjął jednak żadnych praktycznych ruchów, choć ma gdzieś na półce nówkę sztukę. Popatrzył, zmarszczył z troską czoło, lekko kopnął i czule pogładził ręką. Tyle kilometrów razem, jak tu wyrzucić wierną towarzyszkę podróży?
Ostatni rzut oka na radarową mapę opadów. Do Płońska przez 70 km sucho, a potem aż do Borów Tucholskich, gdzie zamierzaliśmy rozbić na noc biwaczek, 200 km w deszczu. Canaletto nie zdążył kupić przeciwdeszczówki. To się zemści, ale nie uprzedzajmy wypadków. Niech mdze Twòja wòlô jakno w niebie tak téż na zemi.
Jadę pierwszy i nadaję tempo. Na dziś to 70-75 km/h ze względu na docieranie silnika. Pierwsze kilometry bokami żeby ominąć korek na wylocie z miasta. Ale i tu na bocznej drodze coś się dzieje. Przede mną jakaś osobówka wlecze się 40 km/h. Za fajerą kobitka z telefonem przyklejonym do ucha. Gdy zrównałem się z nią koncentrowała się na sprawdzeniu czegoś, przenosząc całą uwagę z drogi na na ekran. Zdryfowała ku środkowi jezdni tak, że musiałem najechać na podwójną ciągłą. Wiem, nie powinno mnie tam być, ale tylko święty (i jak się okazało również Canaletto) wytrzymałby za taką zawalidrogą.
Za Płońskiem wskakujemy na 10'tkę. Zaczyna kropić. Odbijamy na CPN. Tankowanie (wszyscy) i przeciwdeszczówki na grzbiet (jako się rzekło za wyjątkiem Canaletta). Żeby ochronić dłonie artysty namawiam go do wciągnięcia na cienkie letnie rękawice moich przeciwdeszczowych. Przynajmniej ręce będzie miał suche.
Baki pełne - można gnać do celu bez zatrzymania. Na jesieni kupiłem spodnie i kurtkę z membraną Goretex'ową. Nie myślcie, że jestem krezusem, jako że były to "używki" cały strój kosztował 500 zł. Do tego rękawice, też z Goretex'em, kask z zamykaną szczęką i można czuć się jak w samochodzie. Ciepło i sucho. Do pełni szczęścia brakuje dobrych butów. Właściwie to moje Sidi Adventure należą do tych dobrych, ale czasy świetności mają za sobą. Przez kilka lat membrana przetarła się w kilku miejscach, a zeszłej wiosny podczas wypadku przecięła się o krawężnik wraz z zewnętrzną warstwą skóry. Nogi będą mokre.
Za Brodnicą wpadamy w gwałtowną ulewę. Rzut oka w lustro. Oba motocykle trzymają się blisko. Tuż przed Grudziądzem zgubiły się. Zawracam. Po kilkuset metrach widzę zguby na poboczu. Przemoczony do suchej nitki Canaletto kombinuje co by tu wrzucić na garb, żeby rozgrzać się choć trochę. Lekko się trzęsie, a wargi ma jak po jagodowej uczcie. Przerywam te z góry skazane na niepowodzenie próby zagrzania się i zarządzam postój w pobliskiej restauracji hotelu Marusza.
Panie kelnerki w maseczkach (to dość marna ozdoba, bo dziewczyny młode i pod spodem pewnie ładne) i białych rękawiczkach (to z kolei nadaje uroczystego sznytu) z olimpijskim spokojem obserwują kałuże, które tworzą się wokół naszych krzeseł. Proponują na początek chłodnik :-) Canaletto wyraźnie się wzdrygnął i wybrał gorący rosół. Ja, jako entuzjasta chłodnika, przystałem na tę nieco ekstrawagancką propozycję.
Do celu około 50 km. Planowaliśmy nocleg nad jeziorem. Ponieważ ciągle pada zaczynam kombinować nad jakimś dachem. Jest to o tyle istotne, że tym razem nie zabrałem nawet norki, a niewielki kawałek plandeki nie wydaje się wystarczającą osłoną. Mamy trzy opcje do wyboru: dach drewnianej wiaty na leśnym parkingu nieopodal jeziora, jakiś hotelik w Tleniu, lub letni dom kuzyna mojej żonki w okolicach Osia. Dzwonię do jego żony. Mamy szczęście. Andrzej od wczoraj urzęduje na działce, gdzie relaksuje się po relaksie z grupą kolegów. Koledzy już powinni zakończyć relaks, i tylko pan domu zażywa chwili ukojenia zbolałej głowy. Telefonu nie odbiera, ale w tym miejscu zasięg jest słabiutki. Lecimy.
Co to był za wspaniały wieczór. Gospodarz właśnie kończył porządki. Ucieszył się na nasz widok. Otworzył garaż, podkręcił piec i po chwili z kaloryferów biło przyjemne ciepełko. Mokre ciuchy zawisły na grzejnikach. Na stół wjechało sushi, dżem ze świni, sałatki, pomidorki, ser, wędlina... To wszystko zostało po poprzednich gościach, którzy koncentrowali się raczej na napitkach. Napitki zresztą też zostały. Moi koledzy uratowali honor motocyklistów, ale na małą skalę, by nazajutrz móc ruszyć z rana. Andrzeju WIELKIE DZIĘKI ZA GOŚCINĘ!!!
Raniutko skoczyłem po świeże pieczywo, zjedliśmy śniadanie i powędrowaliśmy na krótki spacer po lesie. Panie jak tu ładnie.
Przed wyjazdem Krzych stwierdził, że jego wierna towarzyszka podróży, tylna opona, nieco oklapła. Nie dał się jednak namówić na zmianę dętki utrzymując, że wystarczy dopompować koło. I wystarczyło, tyle że na 50 km. Szybka zmiana dętki i dalej w drogę pięknymi i pustymi drogami Borów Tucholskich i Kociewia.
Bez dalszych przygód dotarliśmy do celu. Powitania, rozmowy, dojeżdżają kolejni uczestnicy, teraz ekipa lubelska i Siostra, Kangur z miasta meneli, Adaho i Ojczyzna... Gospodarz wraz żoną dwoją się i troją. Płonie ogień, podzwaniają butelki piwa, w zaciszu i delikatnym świetle garażu opalizują butle napojów akcyzowych i nieakcyzowych. Opowieści i uczta ciągną się długo w noc. O drugiej zapada cisza i słychać tylko lekkie pochrapywanie z namiotów ustawionych na równiutko wystrzyżonym trawniku.
Rano jajecznica dla wszystkich, pakowanie i w drogę. Lecimy na rundkę po Kaszubach. Lasy, góry, jeziora, zakręty, łąki i pola... to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Po drodze Krzych po raz kolejny łapie gumę. Szybka zmiana i kiszka. Nowa dętka przyszczypana. Kolejna dętka - tym razem sie udało. Jeden z towarzyszy podróży ofiaruje się skoczyć do magazynu po oponę i dętkę. Jak się okazało to Mariusz, właściciel sklepu MotorStore. Lepiej ktoś będący w potrzebie nie mógł trafić :-) Na dodatek nie ma mowy żeby zapłacić za te podarunki.
Wycieczkę kończymy w Gdyni. Pożegnania i w drogę powrotną. Polecieliśmy bokami przez Kwidzyn i Iławę. Odwiedzamy też nawet Betlejem i Rzym :-) W Iławie krótkie spotkanie z Murzynem. Nie, to nie błąd i pominięcie politycznej poprawności. Nie można o naszym koledze powiedzieć afropolak, bo to zupełnie biały koleżka.
Zgodnie z prognozą pogoda w sobotę i niedzielę była łaskawa. Deszcz dopadł nas dopiero za Płońskiem. Za to jaki !!! Regularna burza z piorunami walącymi z każdej strony, huraganowym wiatrem i nawalnym deszczem. Mimo tych przeszkód bez innych przeszkód dotarliśmy na Księżyc. Dotarł się też silnik Canaletta.
Nie ma lepiej :-)
Większość źródeł danych meteo była zgodna, zarówno szacowny meteo.pl, rozliczne strony zagraniczne, jak i pani "chmurka" prezentująca w telewizorze nogi, biust i pogodę zapowiadali na piątek opady od południa kraju po północ. Sobota i niedziela miały być ładne. Prognozy te sprawdziły się.
Z Księżyca ruszamy we trzech - Krzych, Canaletto i ja. Dla Canaletta to pierwsza wyprawa na junaku. Do tej pory przejechał około 200 km. Gdy dotrze na Kaszuby silnik uznamy za dotarty w połowie. Po powrocie, i pokonaniu 900 km, uznamy za dotarty, a jeźdźca za przetartego w boju. Już od środy maszyna mistrza pędzla i pistoletu stała zapakowana i przygotowana do drogi. Nastrój przygotowań udzielił się nawet naszemu Tatusiowi. Ten znany abnegat dolał nieco oleju do silnika, żeby miał czym znaczyć ślad. Pochylił się też nad tylną łysawą oponą. Nie podjął jednak żadnych praktycznych ruchów, choć ma gdzieś na półce nówkę sztukę. Popatrzył, zmarszczył z troską czoło, lekko kopnął i czule pogładził ręką. Tyle kilometrów razem, jak tu wyrzucić wierną towarzyszkę podróży?
Ostatni rzut oka na radarową mapę opadów. Do Płońska przez 70 km sucho, a potem aż do Borów Tucholskich, gdzie zamierzaliśmy rozbić na noc biwaczek, 200 km w deszczu. Canaletto nie zdążył kupić przeciwdeszczówki. To się zemści, ale nie uprzedzajmy wypadków. Niech mdze Twòja wòlô jakno w niebie tak téż na zemi.
Jadę pierwszy i nadaję tempo. Na dziś to 70-75 km/h ze względu na docieranie silnika. Pierwsze kilometry bokami żeby ominąć korek na wylocie z miasta. Ale i tu na bocznej drodze coś się dzieje. Przede mną jakaś osobówka wlecze się 40 km/h. Za fajerą kobitka z telefonem przyklejonym do ucha. Gdy zrównałem się z nią koncentrowała się na sprawdzeniu czegoś, przenosząc całą uwagę z drogi na na ekran. Zdryfowała ku środkowi jezdni tak, że musiałem najechać na podwójną ciągłą. Wiem, nie powinno mnie tam być, ale tylko święty (i jak się okazało również Canaletto) wytrzymałby za taką zawalidrogą.
Za Płońskiem wskakujemy na 10'tkę. Zaczyna kropić. Odbijamy na CPN. Tankowanie (wszyscy) i przeciwdeszczówki na grzbiet (jako się rzekło za wyjątkiem Canaletta). Żeby ochronić dłonie artysty namawiam go do wciągnięcia na cienkie letnie rękawice moich przeciwdeszczowych. Przynajmniej ręce będzie miał suche.
Baki pełne - można gnać do celu bez zatrzymania. Na jesieni kupiłem spodnie i kurtkę z membraną Goretex'ową. Nie myślcie, że jestem krezusem, jako że były to "używki" cały strój kosztował 500 zł. Do tego rękawice, też z Goretex'em, kask z zamykaną szczęką i można czuć się jak w samochodzie. Ciepło i sucho. Do pełni szczęścia brakuje dobrych butów. Właściwie to moje Sidi Adventure należą do tych dobrych, ale czasy świetności mają za sobą. Przez kilka lat membrana przetarła się w kilku miejscach, a zeszłej wiosny podczas wypadku przecięła się o krawężnik wraz z zewnętrzną warstwą skóry. Nogi będą mokre.
Za Brodnicą wpadamy w gwałtowną ulewę. Rzut oka w lustro. Oba motocykle trzymają się blisko. Tuż przed Grudziądzem zgubiły się. Zawracam. Po kilkuset metrach widzę zguby na poboczu. Przemoczony do suchej nitki Canaletto kombinuje co by tu wrzucić na garb, żeby rozgrzać się choć trochę. Lekko się trzęsie, a wargi ma jak po jagodowej uczcie. Przerywam te z góry skazane na niepowodzenie próby zagrzania się i zarządzam postój w pobliskiej restauracji hotelu Marusza.
Panie kelnerki w maseczkach (to dość marna ozdoba, bo dziewczyny młode i pod spodem pewnie ładne) i białych rękawiczkach (to z kolei nadaje uroczystego sznytu) z olimpijskim spokojem obserwują kałuże, które tworzą się wokół naszych krzeseł. Proponują na początek chłodnik :-) Canaletto wyraźnie się wzdrygnął i wybrał gorący rosół. Ja, jako entuzjasta chłodnika, przystałem na tę nieco ekstrawagancką propozycję.
Do celu około 50 km. Planowaliśmy nocleg nad jeziorem. Ponieważ ciągle pada zaczynam kombinować nad jakimś dachem. Jest to o tyle istotne, że tym razem nie zabrałem nawet norki, a niewielki kawałek plandeki nie wydaje się wystarczającą osłoną. Mamy trzy opcje do wyboru: dach drewnianej wiaty na leśnym parkingu nieopodal jeziora, jakiś hotelik w Tleniu, lub letni dom kuzyna mojej żonki w okolicach Osia. Dzwonię do jego żony. Mamy szczęście. Andrzej od wczoraj urzęduje na działce, gdzie relaksuje się po relaksie z grupą kolegów. Koledzy już powinni zakończyć relaks, i tylko pan domu zażywa chwili ukojenia zbolałej głowy. Telefonu nie odbiera, ale w tym miejscu zasięg jest słabiutki. Lecimy.
Co to był za wspaniały wieczór. Gospodarz właśnie kończył porządki. Ucieszył się na nasz widok. Otworzył garaż, podkręcił piec i po chwili z kaloryferów biło przyjemne ciepełko. Mokre ciuchy zawisły na grzejnikach. Na stół wjechało sushi, dżem ze świni, sałatki, pomidorki, ser, wędlina... To wszystko zostało po poprzednich gościach, którzy koncentrowali się raczej na napitkach. Napitki zresztą też zostały. Moi koledzy uratowali honor motocyklistów, ale na małą skalę, by nazajutrz móc ruszyć z rana. Andrzeju WIELKIE DZIĘKI ZA GOŚCINĘ!!!
Raniutko skoczyłem po świeże pieczywo, zjedliśmy śniadanie i powędrowaliśmy na krótki spacer po lesie. Panie jak tu ładnie.
Przed wyjazdem Krzych stwierdził, że jego wierna towarzyszka podróży, tylna opona, nieco oklapła. Nie dał się jednak namówić na zmianę dętki utrzymując, że wystarczy dopompować koło. I wystarczyło, tyle że na 50 km. Szybka zmiana dętki i dalej w drogę pięknymi i pustymi drogami Borów Tucholskich i Kociewia.
Bez dalszych przygód dotarliśmy do celu. Powitania, rozmowy, dojeżdżają kolejni uczestnicy, teraz ekipa lubelska i Siostra, Kangur z miasta meneli, Adaho i Ojczyzna... Gospodarz wraz żoną dwoją się i troją. Płonie ogień, podzwaniają butelki piwa, w zaciszu i delikatnym świetle garażu opalizują butle napojów akcyzowych i nieakcyzowych. Opowieści i uczta ciągną się długo w noc. O drugiej zapada cisza i słychać tylko lekkie pochrapywanie z namiotów ustawionych na równiutko wystrzyżonym trawniku.
Rano jajecznica dla wszystkich, pakowanie i w drogę. Lecimy na rundkę po Kaszubach. Lasy, góry, jeziora, zakręty, łąki i pola... to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Po drodze Krzych po raz kolejny łapie gumę. Szybka zmiana i kiszka. Nowa dętka przyszczypana. Kolejna dętka - tym razem sie udało. Jeden z towarzyszy podróży ofiaruje się skoczyć do magazynu po oponę i dętkę. Jak się okazało to Mariusz, właściciel sklepu MotorStore. Lepiej ktoś będący w potrzebie nie mógł trafić :-) Na dodatek nie ma mowy żeby zapłacić za te podarunki.
Wycieczkę kończymy w Gdyni. Pożegnania i w drogę powrotną. Polecieliśmy bokami przez Kwidzyn i Iławę. Odwiedzamy też nawet Betlejem i Rzym :-) W Iławie krótkie spotkanie z Murzynem. Nie, to nie błąd i pominięcie politycznej poprawności. Nie można o naszym koledze powiedzieć afropolak, bo to zupełnie biały koleżka.
Zgodnie z prognozą pogoda w sobotę i niedzielę była łaskawa. Deszcz dopadł nas dopiero za Płońskiem. Za to jaki !!! Regularna burza z piorunami walącymi z każdej strony, huraganowym wiatrem i nawalnym deszczem. Mimo tych przeszkód bez innych przeszkód dotarliśmy na Księżyc. Dotarł się też silnik Canaletta.
Nie ma lepiej :-)