Narol - X Nasze Wyprawy Motocyklowe

Jak co roku pod koniec lutego w Narolu organizowane jest spotkanie "Nasze Wyprawy Motocyklowe". Tym razem to okrągła X edycja. Organizowane? Samo się nie zorganizuje. Spiritus movens imprezy jest Głazio. Spirytus? Ale tylko wieczorem :-) Movens? Tym razem słabo się ruszał, bo od kilku dni coś go połamało. Ale hart ducha, niespożyta energia i niewyczerpane zasoby dobrego humoru pozwoliły mu pokonać wszelkie przeciwności.
 
Dzięki Niemu ponad 200 gości wysłuchało 7 relacji z wypraw. Od gorących Indii, do syberyjskich mrozów. Od silnych mężczyzn, do delikatnych kobiet. Od północy Europy po USA. Od 125 ccm do 1100 ccm. Do tego odkrywanie miejsc zapisanych na kartach historii, naprawy w drodze, testowanie chłopaka... oj działo się.
 
NWM
 
Od kilku lat staramy się z Krzychem brać udział w tej imprezie. Poznaliśmy tam wiele arcyciekawych indywiduów opowiadających o swoich wyprawach, zarówno ze sceny jak i w kuluarach. Dwukrotnie mieliśmy zaszczyt brać mikrofon w dłonie. W tym roku Krzych również zrobił rezerwację w Pałacowej. To nie jest łatwe zadanie. Po znajomości Głazio dał cynk tuż przed oficjalnym ogłoszeniem terminu imprezy i dzięki temu załapaliśmy się na pokój. 
 
Zanim nastąpił długo wyczekiwany dzień startu trzeba było co nieco się przygotować. Od kliku tygodni nie mogłem pozbyć się kaszlu. To pamiątka po delegacji, w którą pojechałem samochodem. Gdy podróżowałem motocyklem byłem zdrów. Wystarczyła jedna delegacja autem i klops. Żoneczka krzywo patrzyła na wycieczkę motocyklem, a z Krzychem i kaszlem to już tak krzywo, że wyglądało to na zupełny zez. Jako przykładny mąż musiałem zadbać o zdrowie psychiczne i fizyczne, więc powędrowałem do lekarza.
 
- Od kiedy ma Pan kaszel ?
- Od czasu kiedy wróciłem z Chin. Oj przepraszam! Oczywiście to freudowska pomyłka. Chodziło mi o styczniową delegację.
- Oddychać, głęboki wdech, wydech... nic niepokojącego nie słyszę. To podrażnienie po przebytej infekcji. Przepiszę Panu pastylki.
- Znam ten środek. Taki sam przepisał weterynarz mojemu psu.
- I pomogło?
- Nie wiem, bo pies zdechł.
- Tak to bywa. Ja swojemu kiedyś dałam środek przeciwbólowy. Nie wiem czy mu to pomogło, za to dostał krwawej biegunki i też zdechł.
- To jak pani doktor, mam brać te pastylki?
- Tak, mam nadzieję, że pomogą.
- Ja też mam nadzieję. Dziękuję.
 
Uff, mam oficjalne oświadczenie o dobrym stanie zdrowie. Mogę jechać.
 
W przeddzień wyjazdu wpadłem wieczorkiem na Księżyc. Jeden rzut oka i widzę, że Krzych też się przygotował - dolał oleju do silnika. Po czym to poznałem? Po znacznych rozmiarów plamie pod jego motocyklem. Na bagażniku przytroczony wór, a motocykl jest zaparkowany lampą do drzwi. Słowem wszystko dopięte na ostatni guzik. 
 
Nie mogę być gorszy. Naciągam łańcuch, sprawdzam olej, pompuję opony i też mam sprzęt ogarnięty.
 
Piątkowy poranek wita drobnym deszczykiem, popartym kilkoma płatkami śniegu. Pies radośnie merda ogonem i ciągnie mnie na spacer. Taki żywy, bo w odróżnieniu od poprzednika nie łykał pastylek. Codzienna rundka po łąkach. Zwierz ma mały prześwit, więc do domu wraca z ubłoconym brzuchem. To nic, wytrze się o dywan i kanapę. Jak pani tego nie zauważy to przeżyje, i jak też. Daję mu do miski kaszę z wątróbką i mielonym z indyka. Kilka kłapnięć paszczą i miska pusta. Patrzy na mnie łakomie gdy łykam pastylkę. Dla jego dobra nie podzielę się.
 
Ruszam na Księżyc. Deszcz odpuścił na chwilę. Przed startem jeszcze drobne przygotowanie. Wielkie nożyce, stary karton i po chwili mam gotową tarczę antywiatrową. Kawałek tektury trafia pod kurtkę. Na to strój przeciwdeszczowy.
 
NWM
 
Ruszamy w lekkim deszczu. Najpierw jednym skokiem 240 kilometrów boczkami przez Kozienice i Puławy. Przed Nałęczowem obiad. Suszę ciuchy. Namówić Krzycha na ściągniecie przeciwdeszczówki to zadanie z tych beznadziejnych. Nawet nie próbuję.
 
NWM
 
Skończył się deszcz. Za to zaczął lekko prószyć śnieg. I tak przez ostatnie 100 km. Co chwila strzepuję z kurtki grubą warstwę mokrego śniegu. Tankowanie parę kilometrów przed Zwierzyńcem. Robi się ciemno. Szyba kasku zaparowana z obu stron. Szosa bez namalowanych linii. Dobrze, że znamy drogę, bo jedziemy na przyrządy bez widoczności ziemi.

Syci wrażeń docieramy do Narola przed szóstą. Szybkie powitania ze znajomymi. Zmiana ubrania z mokrego na suche. Mokre rzeczy na kaloryfery. Krzychowe buty wyschły dopiero w niedzielę z rana :-)

Przed siódmą zaczynają się opowieści, a po nich dłuuugi wieczór na rozmowy i integrację. Poznajemy kolejnych pozytywnie zakręconych podróżników. Marcin, który zawsze marzył o podróżach i starych motocyklach samodzielnie wyremontował i odrestaurował motocykl WSK 125 M06 B3. Pojechał nim na Norkapp. Po drodze rozpięty łańcuch sprzęgła wyrwał spory fragment dekla, a parkingowa przygoda skończyła się złamaniem klamki sprzęgła. Sprzęgło zamienione z hamulcem (można sobie radzić nożnym), dekiel pospawany i dzida.

W zeszłym roku spóźniłem sie na pierwszą opowieść. Na szczęście w tym roku Papak również zawitał do Narola. Jak ktoś nie słyszał o tym osobniku niech poszuka w necie wpisując w wyszukiwarkę: papak skuter. Siedzimy z godzinę i rozmawiamy o przygodach, ludziach napotkanych w trasie, sprzętach i życiu. Piotrze dzięki za super wieczór !!!

Niezawodny Żaba zaraża wirusem pasji historycznej. I tym razem wyszperał perełkę. Głazio reklamował uroki Roztocza pokazując jak motocykle enduro w towarzystwie wyprawowego smoka i ścigacza przebijały się przez błota i bezdroża.
 
NWM

Nazajutrz (sobota) wyszło słonko. Do południa laba i dalsze rozmowy w kuluarach. Na fotce Piotr z jego Papakiem, nordkappowa WSK'a i nasze motorki. 

Przenosimy się na Białoruś i do USA. Ojciec z synem na stareńkiej hondzie śmignęli od Pacyfiku do Atlantyku. Marzycie o Route 66? Wybierzcie Route 36. Tam jeszcze pozostał stary klimat.

Po chwili test na chłopaka. Dziewczyna marzyła o wyprawie do Hiszpanii. Zrobiła prawko, kupiła motocykl, planowała wakacje z chłopakiem, a ten w ostatniej chwili wycofał się. Chyba nie przeszedł testu, a ona w dwa lata przejechała 40 tysięcy kilometrów.

Teraz gorące klimaty. Indie. Kolory, widoki, egzotyka... prawie na wyciągnięcie ręki. Witold i jego Royal Enfield.

Na zakończenie hit kolejki. White Wollf dotarł w środku zimy do środka Syberii. Na liczniku ponad 10 tysięcy kilometrów, na termometrze do -52 st. Celsjusza. Tego wyniku chyba nikt długo nie przebije. Było tak zimno, że po wejściu do przydrożnego baru musiał czekać kilka minut, aż kask się zagrzeje i da się go zdjąć - kurczył się od mrozu !!!


NWM
 
W niedzielę śniadanie, pożegnania i w drogę. Prognoza straszyła deszczem. Wystraszeni zapowiedziami wciągamy plastikowe onuce. Wiało sakramencko, ale deszczu było mało. Bez przygód wróciliśmy na Księżyc. Po drodze Krzych musiał tylko dokręcić kopniak i jedną ze szpilek mocujących silnik, a ja szukałem (i znalazłem) luzu zaworu wydechowego.

Na liczniku przybyło 700 kilometrów, w głowie zakodowało się wiele opowieści, a w sercu (jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało) kolejne motocyklowe przyjaźnie.

Nie ma lepiej :-)
 
NWM