dzień 13 - Hiszpania po raz drugi

Czas, czas, czas. Te same ruchy, ale dwa razy szybciej. Rusz się Olek, samo się nie zrobi. Każdy ma jakiś sposób auto-dopingu. Po dwunastu dniach w trasie zwijanie idzie sprawnie. Każda rzecz ma swoje miejsce, kolejność działań jest dopracowana. Myślę, że towarzysze podróży mają te same odczucia. Pierwsze 2-3 dni to wdrożenie w wyprawową rutynę, a potem leci.

Jak zawsze pierwszy jest Krzych. Kręci się koło motocykla i wywiera presję. I bardzo dobrze. Trzeba wykorzystywać maksymalnie czas. Dziś mamy środę. Do mety jeszcze 3750 km. Gdyby podzielić to na 5 dni (do niedzieli) wypadałoby po 750 km dziennie. To osiągalne, ale trudno zakładać, że codziennie damy radę poświęcić 11-12 godzin na czystą jazdę (realna średnia to ok 60-65 km/h). Zawsze jakieś opóźnienia mogą wystąpić. Chyba konieczny będzie dodatkowy dzień. Wtedy 3750 km na 6 dni da 625 km/dzień, a więc około 10 godzin czystej jazdy. I tego się trzymajmy.

Startujemy chwilę po siódmej. Do promu mamy 120 km. Coś się zmieniło w otoczeniu. Ale co? Zaczynam się nerwowo rozglądać. Już wiem, znikły osiołki :-( Codziennie mówiłem sobie, że koniecznie muszę mieć fotki minimum po jednym przedstawicielu oślego taboru, i codziennie odkładałem to na potem. Tyle ich było. Wydawało się, że okazji nie zabraknie. A tu masz, znikły i już. Dojechaliśmy do bogatszych okolic. Wybrzeże morza Śródziemnego to kraina turystyczna. Tu gospodarka nie jest ciągnięta przez osiołki tylko przez turystów.

Ostatnich 50-60 km to ciągnący się nieprzerwanie szereg miasteczek, hoteli, apartamentowców, domków, przystani. Wszystko to otoczone pieczołowicie utrzymaną zielenią. Trawniki podlewane, krzaczki przycięte. Widać wielki nakład pracy. Nie mają w związku z tym czasu na zajmowanie się osiołkami. A takie były ładne, zwłaszcza te najmniejsze wprost z kreskówek Disneya.
   
d13

Kończy się Afryka. Za kilka kilometrów granica marokańsko-hiszpańska. Już prawie w domu.
 
d13

Na granicy poszło jak z płatka. Doświadczenie procentuje. Jeden kwitek, kilka budek, radosny harmider. Już rozpoznajemy emocje wyrażane klaksonami. Dziś wszyscy są w dobrych humorach więc rozbrzmiewają sygnały ti-tit i tu-tut.

Siatka, brama i jesteśmy na terenie Hiszpanii. Szlabanu pilnują członkowie Guardia Civil. Jeden z nich nienerwowo trzyma w ustach wygasły papieros. Ten widok uświadamia mi, że przez kilka dni nie widzieliśmy ani jednej osoby palącej tytoń. 
 
d13

Uśmiech mówi sam za siebie. Jeszcze raz się udało :-)
 
d13
 
d13
 
Po godzinie zjeżdżamy z promu. Jest 12:30. Jeszcze kawałek dnia przed nami. Kurs na Madryt. Oczywiście dziś nie damy rady. Staniemy gdzieś w interiorze przed Madrytem, a jutro postaramy się dokończyć Hiszpanię. Zmęczenie daje o sobie znać. Po tankowaniu łyk coli i chwila relaksu w przydrożnych krzakach. Klawe te krzaki.
 
d13

Pod wieczór skręcamy do mijanego miasteczka. Czas na zakupy. Dziś na kolację szef kuchni poleca makaron z oliwą, pastą pomidorową i tartym serem, a do tego smażoną paprykę. Posiłek lekki, ale sycący. To nasze typowe wyprawowe jedzonko. Na takim wikcie w zeszłym roku Krzych zrzucił prawie 20 kg i do tegorocznej wyprawy pozostał przy tej wadze. Mam nadzieję, że tym razem tak nie zmarnieje, bo pięćdziesiąt parę kilo przy jego słusznym wzroście byłoby przesadą. Ja startowałem w tym roku z poziomu 78 kg, a po powrocie waga wskazała 73 kg. Zazwyczaj odchudzanie kojarzy się z wyrzeczeniami, nie dotyczy to jednak diety motocyklowej. Można jeść co się chce, a na wadze się nie przybiera. A może to też kwestia upałów? Komu by się chciało jeść w upał?

Stajemy na rynku. Gdzie tu są sklepy? Nigdzie ich nie widać. Na szczęście pojawił się dobry człowiek i zaprowadził nas do celu. Należało wejść do jednej z klatek po drugiej stronie placyku. Nigdzie śladu szyldu. Następnie krótki korytarz i winda, również bez jakiejkolwiek informacji. Jedno piętro w dół i jesteśmy w środku marketu. Miejscowi wiedzą, a przyjezdnych tu pewnie nie ma zbyt wielu.
 
d13
 
Oprócz produktów na kolację (obiad?) szefa kuchni Olek postanowił urozmaicić dietę i ugrilować piersi z kurczaka. Jak szaleć to szaleć bierzemy jeszcze melona. Już po zakupach. Jest siódma. Do zmroku zdążymy przejechać ponad sto kilometrów. Dzida!!!
 
Około dziewiątej zaczynamy się rozglądać za noclegiem. Większość bocznych dróżek przyozdobiona jest kartkami informującymi, że jest to teren prywatny. Po niedługiej chwili dojeżdżamy do rozległego parkingu. Są tu stoły z ławami, miejsce do palenia ognia, źródełko, a nawet kaplica. Żywego ducha. Przystępujemy do gotowania posiłku. Przystawka, makaron, pieczony kurczak...
  
Tuż po zmroku odwiedził nas patrol Guardia Civil. Z języków znali tylko hiszpański. Objaśniali, że nie wolno palić ognia. Olek kiwał ze zrozumieniem głową zasłaniając jednocześnie ciałem dogasające ognisko.
 
Ile dziś ujechaliśmy? 500 km. To niezły wynik zważywszy, że trochę czasu zeszło na granicy i na promie. Robi się chłodno. Krzych tak się rozsmakował w spaniu pod chmurką, że nie chce słyszeć o rozstawianiu namiotu. Ja wyciągam norkę. Każdy mości się w śpiworze. Dobranoc. Po chwili w obozie zapada cisza.
 
d13
 
d13
 
d13