dzień 12 - Maroko na dziko

Serwis z rana jak śmietana :-) Wiem, że to nie jest powód do chwały, ba należałoby się nawet wstydzić. Jakiś czas temu urwało się od zbiornika przednie ucho mocujące. To było.... no pewnie ze trzy lata temu. Kolejne poszło w zeszłym roku. Na swoje usprawiedliwienie mam, że stało się to gdzieś na wertepach w Kazachstanie. Doraźnie owinąłem ramę gąbką i tak dojechałem do domu. Bak siedział sztywno więc nie było natychmiastowej potrzeby interwencji spawalniczej. Spawanie baku wymaga czasochłonnych zabiegów. Trzeba zbiornik wypłukać wodą, najlepiej przez jakiś czas puszczając ją do środka raźnym strumieniem. Następnie napełnia się go wodą i wtedy spawa. Potem suszenie. Jeszcze lakier i gotowe. Czasu na takie atrakcje nie miałem. Z czasem gąbka się "ułożyła" i bak zaczął popukiwać w głowicę. Tego nie może zignorować nawet taki niechluj jak ja. Kolejna doraźna naprawa. Tym razem w zestawie naprawczym pojawił się patyk. Uważny czytelnik dostrzeże go pod drugim segmentem gąbki licząc od prawej :-)
 
W uzupełnieniu dodam, że do tej pory (jest koniec sierpnia) niczego nie musiałem poprawiać. Może w zimie będzie chwila czasu?
 
Poza poprawką baku biwakowa rutyna. Woda na herbatkę już wstawiona, kanapki przygotowane, zwijamy mandżur, pierwszy spakowany to Krzych, pijemy herbatę i jemy kanapki plus herbatniki z marmoladą, dopakowujemy resztę gratów, Krzych "sprawdza" czy silnik daje się uruchomić czym wywiera presję, Olo mości sobie oparcie z bagażu, patrzymy na mapę i jesteśmy gotowi.
 
d12
 
Jaki dzień dziś mamy? 4 czerwca. Że 4 to widzę na pierwszy rzut oka na zegarku, ale kalkulacja dnia tygodnia to już wyższa matematyka. Od dawna żyjemy w beztroskim trybie wyprawowym. Tu czas płynie leniwie. Chwilo trwaj. No więc jaki dziś dzień? Wtorek!
 
Nie ma co się oszukiwać. Gdzieś tam za górami, za lasami, za morzami jest realne życie i ono woła z oddali, że jeżeli już wtorek to urlop kończy się za sześć dni. Czy starczy czasu żeby dojechać do domu? Do promu około 550 kilometrów. To jeden dzień. Pewnie trzeba przenocować gdzieś niedaleko Ceuty żeby przeprawić się z rana, a nie ryzykować, że umknie nam ostatni wieczorny prom. Potem 2 dni przez Hiszpanię, kolejne dwa przez Francję, jeden przez Niemcy to daje sześć dni. Do Polskiej granicy mamy około 3600 km czyli po 600 km dziennie. Brakuje jeszcze 480 km przez Polskę, a więc jednego dnia. Czy dałoby się to upchnąć w 6 dni? Pożyjemy zobaczymy. Jak nie to będziemy musieli negocjować z szefostwem przedłużenie urlopu o jeden dzień.

Jedziemy przez piękną okolicę. Góry po horyzont. Czasami tylko piach i skały, miejscami las iglasty. Kręta droga o niezłej nawierzchni. Do tego pełna egzotyka w mijanych miasteczkach. Schemat powtarza się za każdym razem. Na wlocie patrol policji (nigdy nas nie zaczepiali), potem senna uliczka, w połowie na drodze robi się gęsto i tworzy się korek. To oznaka, że dojeżdżamy do bazaru. Rozciąga się po obu stronach drogi. Mnóstwo pieszych, osiołków z tych najmniejszych, middle donkey i tych na wypasie, zaprzęgi konne, skuterki, trójkołowce, auta od zabytków do nówek sztuk, pickupy, dostawczaki, do wyboru do koloru. Każdy z kierowców czuje się w obowiązku co kilkadziesiąt sekund naciskać klakson (nie dotyczy poganiaczy osłów i woźniców). Ponadto kierowcy przystają żeby zamienić kilka słów z handlarzami i znajomymi. Niestety nie ma jak wyciągnąć aparatu. Na szczęście Olek prowadzi studia nad fenomenem tutejszego transportu drogowego kręcąc wszystko na dwie kamery. Może coś z tego klimatu uda się pokazać na filmie. 
 
d12
d12

Zazwyczaj miasta omijamy szerokim łukiem. Oczywiście Casablanka była wyjątkiem. Dziś drugi wyjątek Fez. Nie, nie nabraliśmy ochoty na zwiedzanie, mamy bardziej przyziemną potrzebę. Właściwie to potrzebę ma Olek. Musi zakupić jakieś pamiątki. W Casablance nie udało się i teraz mamy ostatnią okazję. Zawijamy do Fezu. Gdzie tu można kupić suveniry? Lokales kieruje nas do pałacu królewskiego.
 
d12

Dzięki google maps trafiamy tam jak po sznurku. Motocykle zaparkowaliśmy tuż obok tej turystycznej atrakcji. Jedyne miejsce to parking przed bankiem. Olek znika w plątaninie wąskich uliczek, tym czasem szparkim krokiem zmierza do nas ochroniarz. Z rozpędu zaczął tłumaczyć, że tu stawać nie wolno, ale po chwili dotarło do niego z jakimi pojazdami ma do czynienia. Marsowa mina przemieniła się w promienny uśmiech. Już nie ma problemu z parkowaniem. Gadamy dobrą chwilę. Pojawiają się kolejni ciekawscy.
 
d12

Wraca Olek. Załatwił wszystko. Teraz czas na fotkę. Pan ochroniarz zajmie się pilnowaniem naszych sprzętów. Jeszcze uścisk ręki na pożegnanie i lecimy dalej.
 
d12

Do tej pory jechaliśmy głównymi drogami. Nie było zresztą wielkiego wyboru. Tym razem chcąc nadgonić czas pojedziemy skrótem. Droga wąska, asfalt nieco dziurawy, zakręt za zakrętem, wspinamy się na sporą górę. I tym sposobem dotarliśmy do zagubionego w górach miasteczka handlarzy narkotyków. Tu korek zaczyna się zaraz na początku miejscowości i kończy się dopiero za ostatnimi zabudowaniami. Co drugi osobnik wita nas "Hello my friend, very good staff". Po tym następuje propozycja spędzenia kilku dni w jego domu. Jak rozumiemy byłby to nocleg połączony z nieustającymi wizjami. "One week, my home, my friend, very good staff, my friend!!!". Skoro tak ładnie zapraszają to trzeba pohandlować. Wybrałem coś z tekstyliów. Olek wciska do sakwy tajemnicze nieduże torebeczki. Krzych rozgląda się dookoła, ale w końcu nie decyduje się na zakup.

Ruszamy. Po wyjeździe z miasteczka stajemy na chwilę na poboczu. I tu zaraz nas namierzają i gaworzą o bardzo dobrym towarze. Komu oni to sprzedawali? Wydaje się, że byliśmy jedynymi zamiejscowymi. Pewnie w sezonie docierają tu klienci i korzystają z przebogatej oferty.

Powoli słońce chyli się ku zachodowi. Jeszcze godzinka i będzie ciemno. Czas na znalezienie biwaczku. Google maps pokazuje, że za parę kilometrów zacznie się park narodowy. Najlepiej byłoby stanąć kawałek przed żeby uniknąć ewentualnych dyskusji dotyczących biwakowania. Jest atrakcyjna dróżka polna po lewej stronie. Biegnie pod górę i znika w lesie. Tam musi być coś dla nas. Po kilkuset metrach dojeżdżamy do rozległej polany osłoniętej od drogi pasmem krzaków. Mamy nocleg.

Żeby lepiej wtopić się w otoczenie zakładam świeżo kupiony tutejszy strój :-) Olek ma ochotę na lokalne atrakcje. Chciałby zjeść kolację w knajpce. Przy okazji kupi najpotrzebniejsze rzeczy na jutrzejsze śniadanie. Ja zostaję z Krzychem.
 
d12

Rozkładamy maty i śpiwory. Biorę się za kucharzenie. Dziś za główne danie robi puszka mielonki. Do tego pomidory, pieczywo, a na deser tradycyjnie herbatniki z herbatą. Po chwili z głodnym możemy porozmawiać. Nadarzyła się okazja. Jak na zamówienie koło naszego biwaczku przechodził lokales, oczywiście w stroju takim jak mój. W ciemności nie rozpoznał we mnie turysty i radośnie nawijał po swojemu jak do swego. Niestety ja po arabsku i berberyjsku ani w ząb. On podobnie po angielsku i polsku. Musiały nam wystarczyć ręce i uśmiechy.

Krzych wciągnął się w śpiworek i po chwili słychać było miarowe pochrapywanie. Ja czekałem na Olka, który pojawił się koło północy. Grupa w komplecie, można iść spać. Jutro do pokonania 120 km do Ceuty, potem prom, a dalej się zobaczy.

d12