dzień 11 - Maroko na prawie dziko

Ciekawe czy w sezonie coś się tu zmienia. Więcej turystów? Mniejszy rozgardiasz? Trudno powiedzieć, ale nam stan obecny nie przeszkadzał. Byliśmy jedynymi klientami, więc nikt nam, ani my nikomu nie przeszkadzaliśmy. W jednym z pryszniców była ciepła woda. Cóż, że w jednym. Nie mieliśmy konkurencji więc poranne ablucje poszły sprawnie. A rozkopany plac i sterty liści dookoła? W nocy nie było ich widać, a z rana zajęci pakowaniem też nie zwracaliśmy uwagi na takie szczegóły. Podsumowując można uznać ten biwaczek za pół-dziki :-)

Zwijamy majdan i w drogę. Pierwszy punkt programu na dziś to oczywiście Rick's Cafe w Casablance. Wiemy, że to fikcja literacka w każdym wymiarze, ale być w Casablance i nie stanąć przed Rick's Cafe? To jak odwiedzić Zakopane i nie zatrzymać się przed willą Stokrotka.

d11

Do celu prowadzi nas google maps. Jestem stosunkowo świeżym użytkownikiem smartfona i nie zdążyłem wyposażyć junaka w uchwyt więc nawigację prowadzę wczytując na postoju do głowy fragment trasy. Na odcinkach między miastami to się nieźle sprawdza, ale w plątaninie uliczek pojemność mojego rozumu nie jest wystarczająca. Co jakiś czas muszę rzucić okiem na mapę. Doszedłem w tym do pewnej wprawy. Wystarczy kilkanaście sekund pod światłami i kilka kolejnych skrętów trafia do pamięci podręcznej. Parę razy zdarzyło się, że doczytywałem kolejny fragment w czasie jazdy. To wymaga sporej koncentracji i koordynacji ruchów: zdjąć lewą rękawiczkę, wyjąć telefon z kieszeni, puknąć kilka razy w ekran, włączyć lokalizację i mapy google, wpisać punkt docelowy, powiedzieć, że punktem startu jest aktualna lokalizacja i wcisnąć szukaj. Wszystko to za pomocą lewej ręki, prawa trzyma gaz. Myślę, że w Maroku nie ma przepisu zakazującego korzystanie z telefonu w czasie jazdy, bo zdarzyło się robić takie sztuczki na oczach policjantów.

Szczęśliwie przebiliśmy się przez miasto i trafiliśmy pod właściwy adres. O skali trudności może świadczyć fakt, że w Casablance żyje 3,7 miliona mieszkańców i ma ona rozmiary odpowiednie do tej liczby.

d11

Of all the gin joints in all the towns in all the world, she walks into mine.

Ze wszystkich barów we wszystkich miastach na całym świecie ona musiała wejść do mojego.

Pierwszą kwestię wygłosił Humphrey Bogart w 1942 roku jako Rick Blaine, drugą Krzysztof w 2019 roku jako K54. Mamy nakręconych kilka "dubli" z różnymi wersjami, ale który wejdzie do oficjalnego filmu (o ile powstanie) jeszcze nie wiadomo. Ingrid Bergman nie pojawiła się.

Gdyby ktoś chciał wpaść na kawę lub drinka do Rick' Cafe musi rezerwować stolik z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Na szczęście można to zrobić przez Internet. Szczegóły poniżej. My obeszliśmy się smakiem.

d11

Parkować nie wolno. Musimy ruszać. Zostawiamy Atlantyk i kierujemy się ku górom Atlas.

d11
 
Pierwszych kilkadziesiąt kilometrów lecimy przez zielone okolice. Ciepło, ale nie gorąco. To wpływ Atlantyku. Dziś rano, jeszcze na kempingu, dorwała nas niezwykle gęsta mgła, która osadzała się na wszystkim gęstą rosą. Pod drzewami kapał dość obfity deszcz z wody pokrywającej liście. Myślę, że tak nawadniany jest dość szeroki pas wzdłuż wybrzeża. Powoli zdobywamy wysokość. Z kilometra na kilometr zieleń ustępuje szarościom i czerwieniom skał i piasku. Robi się gorąco. Temperatura zaczyna przypominać tę sprzed roku na pustyni w Uzbekistanie. Nie wiem jak to wytrzymują moi towarzysze podróży przyodziani w czarne stroje. Mój kombinezon radzi sobie całkiem dobrze zwłaszcza gdy na postoju wlewam za kołnierz litr wody i pozwalam żeby odparowywała w czasie jazdy. To daje efekt jakbym podróżował autem z klimatyzacją.

Ostatnie dziś większe miasto. Wbijamy do centrum na szybkie zakupy. Przede wszystkim potrzebna jest woda. Do tego jeszcze tylko pieczywo. O jedzeniu nie chce się myśleć. Komu by się chciało jeść w taki upał?

Stoimy przez chwilę w chłodzie klimatyzowanego wnętrza sklepu. Przez okno widać grupkę młodzieży kręcącą się przy naszych motocyklach. Wyraźnie na nas czekają. Dziewczyny i chłopcy w znakomitej komitywie. Śmieją się, zagadują, robią sobie z nami fotki. Zaciekawiły ich nasze motocykle, a zwłaszcza Olkowy Vulcan. Gdybyśmy znali francuski byłoby łatwiej, ale od biedy dajemy radę porozumieć się po angielsku. Zupełnie nie pasuje to do naszych wyobrażeń o lokalesach. Tę grupkę można byłoby postawić w dowolnym miejscu w Europie i nie odstawaliby od miejscowej młodzieży. No może poza typem urody i ciemniejszą nieco cerą. Do tego czyste ulice, sporo dobrych aut, sklepy, banki, knajpki... gdzie tu miejsce na egzotykę? Będzie i egzotyka tylko trzeba zapuścić się nieco dalej w interior.

d11
 
Na koniec panny żegnały się z Olkiem słowy "I love You". Czy to nie za nowocześnie? Czy nie powinny skromnie zasłonić twarzy chustą?
 
d11
 
Na nas czas. Szukamy egzotyki. W kolejnym mijanym miasteczku już mamy jej przedsmak. Dookoła ruiny. Na wzgórzu ruiny murów obronnych, a w ulicznych warsztatach ruiny samochodów.
 
d11
 
Na krętych drogach wyrwałem nieco do przodu żeby pokiwać się w ostrych zakrętach. Czekając na resztę wycieczki zapragnąłem zrobić fotkę junaka na tle dorodnych kaktusów. Z wydumanej kompozycji nic ciekawego nie wyszło, za to z kaktusów weszło mi w tyłek setki kolców. Jak to się stało? Gdy próbowałem dobrać odpowiedni kadr zajechali Krzych z Olkiem. Zauważyli mnie w ostatniej chwili. Olek chciał się zatrzymać na skraju drogi, ale poziom asfaltu był znacznie wyżej niż pobocze. Motocykl przechylił się niebezpiecznie. Rzuciłem się z pomocą przeciskając się koło kaktusa. Oj!!! Olek z moją pomocą jakoś utrzymał motocykl w pionie. Ja też na razie musiałem pozostać w pionie. Siadać mogłem, jak to mówią, naj wyżej jak na szpilkach.
 
Cóż było robić. Trzeba pracowicie powyciągać kolce. Poprosiłem kolegów żeby jechali swoim tempem i zaczekali w pierwszej miejscowości gdybym ich nie dogonił. Ale musieli się dziwować ludzie w mijających mnie autach gdy stałem z opuszczonymi gatkami skubiąc się po tyłku. Pewnie zupełnie nie pasowałem do ich wyobrażeń o mieszkańcach Europy. Wstyd na bok. Nie można zostawić ani jednej szpilki, bo gdy siedziałbym na jakiejś przeoczonej niechybnie musiałoby skończyć się to wizytą u lekarza. Po kilku minutach z pewną dozą nieśmiałości wciągam gacie i siadam na junaku. Nic nie boli. Udało się.
 
d11
 
Gonię peleton. Po 20 minutach doganiam. Już w komplecie zbaczamy do jakiegoś miasteczka w poszukiwaniu paliwa i wody. Na ulicach pustki. Raz na parę minut przemyka auto lub osioł. Najgorętsza część dnia. Lokalesi przeczekują ją za zamkniętymi okiennicami. Komu by się chciało ruszać w taki upał. Nawet fotek nie mamy siły robić. Na szczęście udaje się ugasić pragnienie nasze i motocykli. Jeszcze tylko wlewam za kołnierz pół flaszki wody i ruszamy. Uff, co za ulga, klima działa.
 
d11
 
Komu by się chciało jeść w taki upał. Fakt, o tej porze z apetytem słabo, ale wieczorem gdy się ochłodzi trzeba coś wrzucić na ruszt. Może spróbować czegoś na lokalną modłę? Trzeba poszukać w którymś z miasteczek. Dzień powoli ma się ku końcowi. Z mapy wynika, że wjeżdżamy właśnie do ostatniego miasta przed noclegiem. Mijamy kilka knajpek. Olek wypytuje przechodniów. Wskazują jedną z nich. Z lektury przed wyjazdem wiemy, że najbardziej popularną potrawą jest tadżin. Piecze się go w specjalnym glinianym naczyniu, o tej samej nazwie, postawionym nad rozżarzonym węglem lub drewnem. Skład to mięso, warzywa (marchewka, fasola, ziemniak, oliwki) oraz zioła. Dobra nasza, przed wejściem widać stos charakterystycznych glinianych skorup. Tu muszą dawać tadżin.

Siadamy wygodnie obserwując budzący się do życia ruch uliczny. Właśnie przechodzi gość prowadzący na sznurku dużego psa. Naraz zwierzę szarpie za smycz i dopada do kubła z wodą stojącego na chodniku. To przenośna myjnia samochodowa. Wsadza doń cały łeb, aż po uszy i w ciągu kilku sekund połowa zawartości znajduje się w jego brzuchu, a druga na chodniku. Temu to się musiało chcieć pić. Nam też się chce. Gdzie kelner? Łazi tu i tam, ale nie bardzo się spieszy.

Komu by się chciało w taki upał. W końcu jest. Ustawia na stole zastawę, wodę, oliwki, poprawia obrus. W końcu zwraca na nas uwagę. Na szczęście można się porozumieć po angielsku. Co można zjeść? Pizza, makaron, hamburgery i pieczony kurczak. A coś lokalnego? Pokazujemy na stos tadżinów. Nie, o tej porze nic z tego. Miejscowi przychodzą na posiłek po ósmej.

Dobra, zbieramy się. Znajdziemy jakiś biwaczek za miastem i wrócimy na kolację. W pobliskim sklepiku kupujemy pieczywo, wodę, jakieś słodkie bułki, po puszcze coli i ruszamy.

Malownicza droga wije się wśród wzgórz. Kilkaset metrów po lewej stronie pas drzew wskazuje, że płynie tam jakaś rzeczka lub strumyk. Odbijam w boczną gruntową dróżkę. Zjazd jest nieco stromy, koleiny i luźna nawierzchnia nie ułatwiają sprawy. Czy ciężki vulcan da radę? Krótka narada. Poczekajcie skoczę zobaczyć co i jak.

W miejscu gdzie droga dochodzi do pasa drzew jest gospodarstwo. Przed zabudowaniami stoi dumnie BMW GS 1200. Dobra nasza, tu mieszka pokrewna dusza. Z za drzew słyszę ujadanie psa. Z lekkim niepokojem idę nawiązać kontakt. Na szczęście zwierz nie biega po ziemi tylko szczerzy kły z dachu budynku. Przed domem ktoś podlewa trawnik. Zauważa mnie i szybko znika za rogiem. Po kilku minutach pojawia się w towarzystwie, jak się za chwilę okazało, właściciela gospodarstwa i BMW. Trochę na migi, trochę za pomocą kilku angielskich słów pytam o możliwość postawienia namiotów na jedną noc. Gość zachowuje olimpijski spokój, choć widać, że nie codziennie zatrzymują się tu turyści. Szerokim gestem pokazuje sad z oliwkami oraz teren nad strumykiem. Śpijcie gdzie chcecie.

Wracam po kolegów. Krzych ma pewne obawy czy da radę przejechać. Dał. Każdy znajduje miejscówkę według własnych upodobań. Krzych gdzieś pod krzakiem, Olo pomiędzy oliwkami, a ja zaraz przy drodze. Szybko rozkładamy manele. Z namiotu korzysta tylko Olek. My z Krzychem poprzestajemy na materacach i śpiworach. Patrz Olek, po co namiot? Starczy materac. Bagaż pod głowę i spanie gotowe. Olo kiwa głową. Gdybym chciał wsadzić pod głowę bagaż to musiałbym spać na stojąco. Mnie potrzebny jest namiot na wszystkie graty.

Fakt faktem, że gratów Olek ma sporo, ale jest to przemyślany i sprawdzony w boju zestaw. Oprócz worów z ubraniami, namiotem i spaniem składane krzesło (z którego korzystam ja, bo noga jeszcze do końca się nie zgina). Krzesło zawinięte jest w kawałek karimaty. Myślałem, że to dla zabezpieczenia, ale dziś wieczorem zobaczyliśmy prawdziwe zastosowanie. Mata pełni rolę składanego brodzika. Można na niej wygodnie stanąć na bosaka. Do tego flaszka wody i polowy prysznic gotowy. Patent godny zapamiętania. Jeszcze siekierka, saperka, przenośny grill (kratka od czegoś tam plus 4 szpilki od namiotu)...

Odwiedza nas żona gospodarza zapraszając na kolację. Miłe, ale grzecznie odmawiamy. Ech, te braki językowe. Gdybyśmy choć trochę władali francuskim można byłoby spędzić ciekawy wieczór. A tak czekałoby nas krępujące milczenie. Poza tym mamy w planach wieczór w miasteczku. Po chwili zjawia się znowu i wręcza nam dwie flaszki zimnej wody. Miłe :-)

Po rozłożeniu obozu Krzych zmienia plany i postanawia spędzić wieczór na słodkim lenistwie. Coś tam sobie upitrasi samodzielnie. Zresztą komu by się chciało jeść w taki upał.
 

d11


Ruszamy. Na przedmieściach mijamy market Carrefour. Przy okazji można zrobić zakupy. Wbijamy na parking, ale odbijamy się od zamkniętych drzwi. Ki czort? Ósma i już zamknięte? Trudno. 

Ruszamy do "znajomej" knajpki. Na ulicach tłum. W knajpce wszystkie miejsca zajęte, jak i we wszystkich innych mijanych po drodze. Zastanawiało mnie nawet gdy mijaliśmy je za dnia gdzie znajdą wystarczająca ilość chętnych. Knajpka przy knajpce, przed nimi mnóstwo stolików. A teraz wszystkie zajęte. Zwolniło się miejsce. Zasiadamy - dawać tadżin. Kelner nie zmienił tempa. Rusza się jak mucha w smole. W końcu odbiera zamówienie. Przyznać trzeba, że tadżin był smaczny, choć schaboszczaka z kapustą nie przebił. Za to cola była ciepława, a pieczywo czerstwawe. Zgodnie uznaliśmy, że napiwek się nie należy.

W drodze powrotnej zauważyliśmy pod Carrefourem sporo aut. Sklep był otwarty mimo, że dochodziła północ. Ot zwyczaje.

Na ostatnim odcinku poniosła mnie fantazja. Seria szybkich (jak na moje i mojego motoru możliwości) zakrętów. Wydawało mi się, że dobrze zapamiętałem skręt w pole. Tak mi się tylko wydawało. Po ciemku wszystko wyglądało inaczej. Na dodatek nie mam licznika więc trudno było ocenić dystans. Po blisko półgodzinie uznałem, że skoro za dnia droga zajęła kwardrans to teraz grubo przefajnowałem. Trzeba wracać. Jadę już spokojniej (jeżeli chodzi o prędkość), ale jednak niespokojnie, bo ni cholery nie mogę poznać żadnego charakterystycznego punktu. Naraz ulga. Przy drodze stoi Olek i mruga awaryjnymi.

Potem okazało się, że i on miał wątpliwości. Nawet w pewnym momencie nie dojechawszy do celu zawrócił gdyż uznał, że już musiał przejechać skręt. Jednak zorientował się, zawrócił po raz drugi i znalazł skręt oraz mnie. 

Syci na duchu i ciele myjemy ząbki i wpełzamy do śpiworków.



<< dzień 10   dzień 12 >>