dzień 10 - Maroko na półdziko

Dziś nietypowy poranek. Budzimy się w łóżeczkach z perspektywą śniadania podanego do stołu. Jesteśmy na wczasach?

Nie ma co leniuchować. Parafrazując powiedzenie Olka: Wstawaj Piotruś, bierz się do roboty, samo się nie zrobi. Muszę trochę podziałać przy motocyklu. Nic wielkiego, ot takie drobnostki jak zamiana kół, naciągnięcie łańcucha czy rzut oka na głowicę. Wyjeżdżając z domu oceniłem stan tylnej gumy. Bieżnik może nie rozpieszczał, ale dobre dwa milimetry miał. Teraz z tych dwóch pozostało pół. Właściwie należałoby wziąć flamaster i namalować. Drugą opcją jest zamiana przodu z tyłem. Jest jeszcze trzecia opcja - zostawić jak jest, ale to jest rozwiązanie dobre na krótką metę, tak samo jak opcja pierwsza. Niedługo ta resztka się zetrze i będzie kłopot. Na szczęście fabryka dała nam możliwość zamiany kół. Z przodu jeszcze jest uczciwe 3 mm, a jako że przód zużywa się baaaardzo wolno więc taka roszada przyniesie ratunek. Wiem, powinienem o zmianie gum pomyśleć przed wyjazdem. Kilka lat temu w Skandynawii miałem ten sam problem. Czas nauczyć się na błędzie.

W strefie serwisowej nie jestem pierwszy. Co dokładnie robił Krzych tego nie wiem. Musiał zacząć chyba przed świtem, bo już jest po serwisie. Może poprawił gaszenie?

d10


d10

Przy motocyklu pracuje też Olek. Patrzy na urwaną klamkę hamulca i widać, że nie bardzo wierzy w możliwość naprawy. Krzych asystuje z przebiegłą miną. Widać, że intensywnie szuka rozwiązania. Ja zaoferowałem klamkę od junaka. Czy to coś da? W vulcanie klamka hamulca działa na odwrotnej zasadzie niż w junaku - naciska na tłoczek pompy, a w junaku ciągnie za linkę. Wbrew pozorom w tej różnicy jest cień szansy. Zamiana punktu mocowania - oś będzie tam gdzie czepia się linkę, ucho przez które normalnie przechodzi oś będzie naciskało. To genialnie proste. Kto odkrył nowy sposób wykorzystania części junakowej? Wszyscy po trochu, ale głównym macherem jest oczywiście Olo. Jeszcze trzeba lekko podpiłować tu i tam. Dodatkowo Olek dopracowuje ogranicznik ruchu wykorzystując klucz, drut, śrubę z nakrętką i izolację.

Nie jest tak całkiem różowo, bo klamka jest znacznie krótsza niż oryginał i ustawiona pod bardziej rozwartym kątem więc w efekcie można przyłożyć mniejszą siłę. Olek ocenia, że uzyskał 60% sprawności układu. To już znacznie więcej niż nic, można powiedzieć nieskończenie więcej, ale będzie musiał bardzo uważać.
 
d10

Zadowolona mina Olka mówi sama za siebie :-)

d10

Po pracach serwisowych śniadanie. Co to dokładnie było tego nie zbadaliśmy, ale nie mieliśmy żadnych kłopotów po spożyciu. Jeszcze pakowanie, prysznic i można ruszać w kierunku Casablanki. Podróż na południe uskutecznimy wzdłuż wybrzeża. Powrót przez góry Atlas.

Dobrze się wczoraj stało, że skusiliśmy się na hotel. Przez kolejnych 30-50 kilometrów nawet za dnia trudno wypatrzyć miejsce na biwak. Nocą było to prawie niemożliwe.

Po dwóch godzinach jazdy zarządzamy przerwę na kąpiel. Atlantyk kusi. Szosa wiedzie blisko morza. Po lewej stronie co jakiś czas mijamy osiedla z domkami dla turystów, po prawej pas drzew i krzaków, a za nim plaża. O tej porze roku nie ma jeszcze turystów. Skręcam w szutrową dróżkę i po kilkuset metrach stajemy w cieniu drzew. Nie na tu żywego ducha, oprócz stadka kóz, które przez chwilę przyglądają się nam, ale po chwili tracą zainteresowanie myszkując wśród zielonych krzaków.

Szkoda, że nie mamy kilku dni w zapasie. Klawo byłoby tu chwilę poleniuchować. Po horyzont pustka nie licząc jednego pana w zielonym drelichu udającego, że zbiera jakieś śmietki. Wydaje się, że przerwaliśmy mu słodką sjestę. Postał chwilę i stwierdziwszy, że jesteśmy niegroźni znalazł zacienioną miejscówkę i zaległ.

Woda dość chłodna, ale dla nas bywalców bałtyckich plaż nie stanowi to przeszkody. Pluskamy się przez chwilę. Krzych wędruje wzdłuż plaży wpatrując się w tysiące atrakcyjnych muszelek. Po jego minie widzę, że walczy z sobą by nie napchać nimi sakw. Ostatecznie zabieramy po jednej i zbieramy się w dalszą drogę.

d10


d10

Czas na tankowanie. Zdaje się, że stacje paliwowe w Maroku nie akceptują kart. Przynajmniej my takiej nie spotkaliśmy. Za to bankomaty spotykamy w większości miejscowości. Pierwszych kilka prób wypłaty gotówki kończy się niepowodzeniem, ale za czwartym czy piątym razem znajdujemy maszynę skłonną do współpracy z moją kartą Visa. Tradycyjnie szacujemy potrzeby finansowe bazując na cenach paliwa i wypłacamy równowartość trzech tankowań całej ekipy. Tutejsza waluta to dirham marokański (~10DAM=1EUR). Paliwo kosztuje około 11 DAM/l.

Nadmorski krajobraz jest dość monotonny. Zielona równina, co jakiś czas kanał nawadniający lub sztuczny zbiornik wodny. Ruch poza miejscowościami niewielki. Każdy jeździ czym może. Sporą popularnością cieszą się trójkołowe motocykle z platformą ładunkową. Służą one zarówno do transportu osobowego jak i towarowego, przy czym ta druga opcja nie wyklucza pierwszej. Na jednym pojeździe potrafi ulokować się spora gromadka pasażerów plus paczki, beczki, gałęzie, arbuzy, koza i co tam jeszcze wymaga transportu. Chyba tutejszy kodeks drogowy wspomina coś o kaskach, bo zazwyczaj jedna, rzadziej dwie osoby, mają go na głowie lub przynajmniej wisi na lusterku. Oprócz trójkołowców pomyka sporo półciężarówek w znacznej większości firmy Mitsubishi. Do tego ciężarówki z połowy ubiegłego wieku traktowane bez szacunku należnego zabytkom i zapakowane czasami taką ilością towaru, że starczyłoby tego na dwa pełnowymiarowe tiry. Oczarowany Olek kręci się na wszystkie strony kręcąc barwny korowód pojazdów. Przygotowuje materiał do pogłębionych studiów nad udziałem transportu drogowego w marokańskiej gospodarce.

Ja też bacznie obserwuję ruch koncentrując się na sile żywej. Osiołków wszelkiego autoramentu jest nie mniej niż aut. One również służą do transportu osobowego jak i towarowego. Tak jak w przypadku trójkołowców druga opcja nie wyklucza pierwszej. Może i mi uda się przygotować rozprawę na temat oślego transportu? Można wyróżnić trzy klasy, dzieląc je według kryterium wielkości. Małe osiołki o sympatycznych mordkach do złudzenia przypominające Kłapouchego z kreskówki Disneya sięgające ledwo do pasa dorosłego człowieka. Małe nie znaczy niepakowne. Dwie beczki z wodą po 50 litrów każda, poparte kierowcą nie należą do rzadkości.  Kolejna klasa to "middle donkey". Tu już zaczynają się poważniejsze tonaże. Na takiego średniaka śmiało wejdą cztery duże walizy, dwa wory, kierowca i dwóch pasażerów. I najpoważniejszy segment "heavy donkey", praktycznie bez limitu ładowności, która zależy tylko od możliwości przywiązania ładunku do grzbietu osła. Niestety nie mam aparatu fotograficznego. Odkąd Krzych podarował mi smartfona żebym nie przynosił wstydu komórką za sześć dych z marketu nie wożę aparatu i w drodze nie robię zdjęć, bo choć komórka może go zastąpić, ale wymaga zaangażowania dwóch rąk. To jeszcze jakoś dałoby się ogarnąć prowadząc motocykl, ale ekran dotykowy słabo reaguje na dotknięcia w rękawiczkach, a bez rękawic nie jeżdżę, bo Krzych zabiłby mnie na pewno. Nie zrobiłem więc dokumentacji fotograficznej do mojej pracy naukowej. Obiecywałem sobie, że na kolejnym postoju popstrykam. Na postoju było wiele absorbujących zajęć i w efekcie nie mam ani jednego osiołka na fotce, nawet takiego najmniejszego. Może coś nakręcił Olek? Zobaczymy.

Chwila przerwy na owocowy lunch. 

d10

Droga wzdłuż wybrzeża wiedzie przez wioski i miasteczka. Nie pozwala to na osiągnięcie przyzwoitej średniej prędkości, a dzień upływa nieubłaganie. Jeżeli chcemy nocować kawałek za Casablancą musimy dołożyć do pieca. Ostatnie 100 kilometrów podciągamy się autostradą. Nasz budżet uszczupli się o kilka euro na osobę, ale w Casablance będziemy przed wieczorem.

Autostrada wprowadza nas do miasta. Na szczęście google maps zna wszystkie drogi i prowadzi nas przez plątaninę ulic olbrzymiego miasta, tak na oko ze 2-3 razy większego niż Warszawa. Wieczorem cała ludność wychodzi na dwór. Przebijamy się między samochodami. Krzychowy junak zgubił wolne obroty. Krzych cały czas przegazowuje. Silnik kicha i prycha. Najwyraźniej coś się dzieje z iskrownikiem. Uff ulica przechodzi w drogę wylotową. Teraz trzeba koncentrować się na poszukiwaniu biwaku. Podobnie jak wczoraj nie jest to proste. Po obu stronach drogi ciągną się osiedla wakacyjnych domów i domków. Na chwilę odbijamy w kierunku morza. Niestety plaża oddzielona jest od drogi wysoką wydmą. Trzeba szukać dalej.

Mijamy znak informujący o campingu. Krótka narada. Postanawiamy dać się skusić. Gdzie on jest? Jest. Brama zamknięta, ale po chwili uchyla się. Jesteśmy jedynymi gośćmi. Za 15 euro cały camping jest nasz. Pod jednym prysznicem jest ciepła woda. Luksus. Wstawiamy wodę na herbatkę. Krzych i ja rozkładamy materace, a Olek namiot. Kolacja, herbatniki z tradycyjną marmoladą, a na zakończenie gorąca herbata. Miły koniec dnia. Juto opuścimy wybrzeże i polecimy w kierunku gór Atlas. Zanim to się stanie nie możemy odmówić sobie fotki pod kawiarnią w Casablance, której nazwa nawiązuje do słynnego filmu. Film nakręcony został w Stanach i kamera nie widziała nawet skrawka Casablanki, ale życie nie zna próżni i Rick's Cafe powstała żeby turyści mieli gdzie zrobić sobie fotkę. O wypiciu kawy czy zjedzeniu czegoś nie ma mowy bez wcześniejszej rezerwacji. Ale to atrakcje na jutro. Dziś wciągamy się w śpiwory. Po upalnym dniu chłodna noc sprzyja odpoczynkowi. 


d10



<< dzień 9   dzień 11 >>