dzień 9 - Maroko na cywilizowanie

Poranek to już rutyna. Wszyscy wiedzą co trzeba robić i uwijają się jak pszczółki. Czemu przyszły mi do głowy pszczółki? Otóż w renomowanym liceum :-) w klasie mojej żoneczki przyszła kiedyś na dłuższe zastępstwo nauczycielka od polskiego. Akurat przyszło jej "przerabiać" Krasickiego, konkretnie to nie samego Ignacego, bo już nie żył, tylko jego bajkoprzypowieść "Wół minister". Jako audytorium miała bystrą młodzież, w tym niejakiego Zająca, który po latach został dużym misiem w zacnej firmie. Po zapoznaniu nieboraków z tekstem usiłowała naprowadzić ich na trop puenty Bo on był pracowity jak, jak, jak...  Jak pszczółka, Pani profesor!!! wypalił Zając. Z tego co pamiętam ta odpowiedź zupełnie nie przypadła pani "profesor" do gustu.

Śniadanko, ostatnie graty na bagażnik i prawie można jechać. Jeszcze pozostało rzucenie okiem na mapę papierową i Tom-Tomka. Tak jest najbezpieczniej, bo od razu widać czy automat zgadza się z naszą intuicją i oczekiwaniami. 

Olo przyswaja porcję kalorii na pierwszą setkę kilometrów. 

d9

Krzychowy junak gotowy do drogi. Kurczę, zapomniałem sprawdzić czy koleżka zrobił w końcu gaszenie. Od kilku dni coś mu nie działa w instalacji i gasi silnik na różne sposoby tylko nie stacyjką. Wczoraj zajeżdżając na biwak motocykl obalił mu się na jakimś wykrocie. Krzych podtrzymywał go oburącz i nie miał jak odciąć zapłonu. Ja jako się rzekło niezbyt sprawnie przebieram nogami, ale w obliczu leżącego Krzycha i ryczącego na pełnych obrotach silnika zeskoczyłem jak pszczółka, co ja z tymi pszczółkami?, i zerwałem fajkę. Dobrze byłoby mieć z tym spokój. Przypilnuję szopenfredziarza na najbliższym biwaku.

d9

Coś tam jeszcze trzeba dopakować. Z pakowaniem w naszej ekipie jest jak z Niemcami na mundialu. Po murawie biega 22 zawodników, a wygrywają Niemcy (ostatnio coś się popsuło w tej maszynie). U nas uwijamy się we trzech, a pierwszy siedzi na motocyklu Krzych.

d9

Lecimy. Do Gibraltaru mamy rzut beretem - nieco ponad 200 kilometrów. Po drodze malownicze góry. Jedzie się baaaardzo przyjemnie. Wiele zakrętów, ale zjazdy i podjazdy nie są zbyt strome jak na możliwości naszych troszkę dychawicznych rumaków.

d9

Tu już oliwki się skończyły. Za to rosną krzaki kwitnące na żółto i rozsiewające wspaniały zapach. Przypominają mi nasz żarnowiec. Może to faktycznie jest Cytisus scoparius?

d9

Luksusowo. Widok dla krótkowidzów i dalekowidzów. Ten drugi wg mnie ładniejszy, tyle że nie wszedł dobrze w kadr naszemu nadwornemu fotografowi. Swoją drogą kiedyś Krzych (nadworny fotograf) robił więcej fotek. Trzeba go w przyszłości przywołać do porządku. 

d9

W końcu dotarliśmy do cieśniny Gibraltarskiej. Do umówionego spotkania z "kurierem" wiozącym części dla Krzycha mamy jeszcze chwilę. Jedziemy popatrzyć jak na tym czubku półwyspu urządzili się Brytyjczycy. Tak żeśmy popatrywali, że dojechaliśmy prawie na sam czubek skały na który turyści docierają pieszo. Nam się przydarzyło junakami, bo kilka kolejnych posterunków się zagapiło. W końcu ktoś nas zatrzymał i w płynnej angielszczyźnie poinformował, że tu wstępu nie ma, ale z angielską flegmą i miłym uśmiechem wskazał którędy mamy znikać. 

d9

d9

Kanału La Manche, ani Angielskiego żeśmy nie przekraczali, a rejestracje brytyjskie i język angielski. Olek pojechał na małą rundkę po mieście, Krzych wpadł do sklepu, a ja sobie odpoczywam w cieniu. Potem odszukaliśmy z Krzychem knajpkę, w której umówiliśmy się z uprzejmym "kurierem". Bardzo miły człek :-) To też znak czasów. Przyjechał tu na chwilkę do roboty w banku razem z żoną, bo odbierają dziecko z rejsu. Obsługiwał nas kelner, też Polak, który woli pracować w Gibraltarze ze względu na korzystny klimat. Do tego my na wycieczce motocyklowej snujący się przez Europę ku Afryce. Jakby mi to przepowiedział ktoś w czasach kiedy ze sporą dozą nieśmiałości załatwiałem paszport i wizy nie uwierzyłbym.

d9

Po odebraniu części, połączonym z obiadkiem (dla Olka bierzemy coś na wynos), ruszamy do Algeciras gdzie chcemy złapać prom do Ceuty. Czasu nie mamy za wiele, bo przecież musimy jeszcze nie tylko przeprawić się na drugą stronę, ale ujechać kawałek i znaleźć miejsce na nocleg.

Wyobrażałem sobie, że bilety na prom kupuje się w terminalu. Tymczasem nic z tych rzeczy. W mieście jest sporo kantorów handlujących biletami, a terminal to tylko miejsce zaokrętowania. Podejrzanie wyglądający jegomość prowadzi nas do równie podejrzanie wyglądającego kantorku, w mega podejrzanie wyglądającym otoczeniu portu. Koniec końców nikt nas tam nie zamordował, ani nadmiernie nie okradł i po półgodzinie dzierżyliśmy bilety. Prom odpływał za godzinę. Krzych tradycyjnie został na warcie, a my z Olkiem polecieliśmy na ostatnie przed opuszczeniem Europy zakupy. Wodę, chleb i coś na kolację należało mieć ze sobą. Dopłyniemy wieczorem i prawdopodobnie nie będzie czasu na sprawunki.

Trochę nam się zeszło. Już staliśmy przy kasie gdy wypatrzył nas pan, u którego kupowaliśmy bilety. Zaniepokoił się, że jeszcze tu jesteśmy zamiast ładować się na prom. Skoro on się zaniepokoił to i my dla towarzystwa też zaczęliśmy się niepokoić, a już zupełnie zaniepokojony był czekający na nas Krzych. W tej lekko nerwowej atmosferze Olkowi przydarzyło się nieszczęście. Przepychał się koło motocykla omijając panią wciskającą podróżnym gratisowe karty telefoniczne i tak nieszczęśliwie zaczepił o klamkę hamulca, że ją złamał. Później przyznał się, że rozważał odwrót, bo nie wyobrażał sobie jazdy po górach Atlas tylko z nożnym hamulcem. Nic dziwnego przy ponad 300 kg motocykla. A gdzie jeździec, a bagaż? Czymś to trzeba zatrzymywać.

d9


Uff, jeszcze raz się udało. Jesteśmy na promie. Nie wiem czy to wyraźnie widać ta tej fotografii, ale Olek miał dość niewyraźną minę. Na drugą stronę jest żabi skok. Atrakcją rejsu było mocne huśtanie. Kilkoro dzieciaków, które początkowo dokazywało wrzeszcząc nam do ucha dość szybko zostało pokonanych przez własne błędniki. Pani, która siedziała za nami miała dość niewyraźną minę (jakaś epidemia?) i ukrywała ją w papierowej torbie wydając z siebie charakterystyczne bulgoty. W telewizorach porozwieszanych u sufitu leciał na okrągło filmik o ujmowaniu przemytników przez służby celne. Słowem atmosfera dość niewyraźna.

Po godzinnym rejsie prom wypluł nas w hiszpańskim porcie Ceuta. Krótkie rozpoznanie topografii i lecimy ku granicy.

Ale tu rozgardiasz!!! Kilkanaście aut w kolejce, nic wielkiego, ale wszyscy trąbią i miny mają dość srogie. To oczywiście tylko pierwsze wrażenie, ale przyznam, że było dość silne. Dopadł nas "urzędnik państwowy". Tak nam się początkowo wydawało. Biegle władał trzema słowami powtarzając je w kółko: mister, pasaport, grinkard. Pokazywał gdzie stanąć, mister, pasaport, grinkard, gdzie jest budka, mister, pasaport, grinkard, mister, pasaport, grinkard i gdzie oddać wypełnione kwitki mister, pasaport, grinkard. Na koniec zażądał za swoje usługi zapłaty mister, pasaport, grinkard, a gdy Olek pognał go to przybiegł do mnie skarżyć się pokazując, że Krzych coś mu wrzucił w kieszeń, a tamten mister, pasaport, grinkard nie dał nic. Ja miałem 1 euro, ale ta kwota nie wzbudziła zrozumienia. Mister, pasaport, grinkard, mister, pasaport, grinkard... Na szczęście szlaban się otworzył, a może to była brama, i mogliśmy ruszyć.

d9

Na mapie papierowej i ściągniętej w ostatniej chwili za europejskie stawki mapie googlowej wypatrzyłem potencjalne miejsce biwakowe i ruszyliśmy. Zaczęło się ściemniać. Pusta droga powiodła nas w góry. Wysokość zdobywaliśmy dość szybko i po chwili do zmroku astronomicznego doszedł mrok od ciemnych chmur, w które wjechaliśmy. Pojawił się też dość ostry wiatr, na tyle ostry, że bujał motocyklem od skraju pasa ruchu, do skraju. Puste pozbawione roślinności góry, mgła osadzająca się na szybie kasku. Zaczęło to wyglądać dość ponuro. Za jednym z zakrętów na drodze dostrzegłem dwa słupki, a pomiędzy nimi zębatkę zagradzającą połowę szerokości jezdni. Obok auto jakiś służb mundurowych. Samych służb nie było widać - pewnie skryły się w aucie. W ostatniej chwili ominąłem przeszkodę.

Zatrzymałem się po kilkuset metrach czekając na zachowawczo jadącego Krzycha i Olka walczącego z hamulcem. Gdy tylko podjechali ruszyłem dalej. Teraz droga opadała. Po chwili wyjechaliśmy z chmury. Wiatr też nieco ucichł. Za to zrobiło się zupełnie ciemno. Dojechaliśmy nad morze. A może to jest ocean? Na podstawie mapy wyobrażałem sobie, że na wybrzeżu czeka na nas mnóstwo atrakcyjnych miejscówek. Tymczasem przez kilkanaście kilometrów ciągnął się port, którego na mapie nie ma (przynajmniej papierowej) ogrodzony wysoką siatką zwieńczoną drutem kolczastym. Wszystko jasno oświetlone i pilnowane przez strażników stojących co 200 metrów. Po drugiej stronie drogi widoczne w świetle portowych lamp tablice "Military area". Gdy te pierwsze atrakcje się w końcu skończyły zaczęły się przechodząca z jednej w drugą miejscowości. Gdzie tu zrobić biwak? Tymczasem zrobiła się 10 w nocy. Tak przynajmniej pokazywał mój zegarek. Na drogi wyszły zakapturzone postaci w szatach długich do ziemi. Szli gdzieś pozornie bez celu. To też nie nastrajało do biwakowania przy drodze.

Naraz zobaczyłem swojski napis HOTEL. Odbiłem gwałtownie w prawo prosto w bramę, nie zwracając nawet uwagi, że mój manewr może być trudny do powtórzenia przez zaskoczonych kolegów. W recepcji dwóch typów wyglądających na terrorystów czyhających na zabłąkanych przejezdnych. Pierwszej nocy wszyscy lokalesi wydawali nam się groźni. Na szczęście ranek przedstawił ich w zupełnie innym świetle, ale to stanie się dopiero jutro. Teraz usiłują nas ograbić. 70 euro za noc. Musimy wziąć 2 pokoje po 35. Proponujemy 50 euro. Olo przekonuje, że to dobra cena. Dla nas dobra, co nie znaczy, że dla nich. Koniec końców stanęło na 60 w tym śniadanie. Pewnie udałoby się jeszcze sporo urwać, ale zmęczenie, wyobrażenie o arabskich terrorystach, harmider na granicy, czarne chmury i huraganowy wiatr pozbawiły nas ducha walki. Zresztą to tylko jeden nocleg i w sumie nie taki drogi, choć z drugiej strony nasz budżet na noclegi wynosił zero.

W bladym świetle lamp w recepcji zobaczyłem, że Krzych ma niewyraźną minę. Może to zmęczenie? Trzeba go i nas nakarmić. W pokoju jest kuchenka. Tyle, że nie działa. Ale mamy ze sobą cały sprzęt. Po chwili dwa palniki pracowały grzejąc wodę na makaron i herbatę. Krzych pomógł przy krojeniu pomidorów, które po chwili podsmażały się na patelni z oliwą, drobno posiekaną cebulą i pastą pomidorową. To w połączeniu z makaronem dało pożywną kolację. Do tego herbatka plus herbatniki z marmoladą i z głodnym mogliśmy porozmawiać.

d9

Zeszło z nas napięcie. Z Krzycha zeszło na tyle, że przyznał się dlaczego miał taką niewyraźną minę. Pamiętacie tę kolczatkę na posterunku w górach? Krzych pokonał ją na wprost. Kolce musiały być rozstawione co kilkanaście centymetrów i tyleż miały wysokości. Krzych trafił obydwoma kołami równo między nie. Czy to nie zakrawa na cud? Mówię Wam drodzy czytelnicy, że nie tylko zakrawa. TO BYŁ CUD. Dobranoc.

A skąd tytuł "Maroko na cywilizowanie". Miało byc na dziko, a wyszło jak wyszło. Jutro będzie bardziej dziko.


<< dzień 8   dzień 10 >>