dzień 8 - Hiszpania oliwna

Rześki poranek. Główny Urząd Statystyczny w osobie Krzycha melduje, że temperatura wynosi 8 stopni. Do Gibraltaru mamy ponad osiemset kilometrów. Musimy tam być nazajutrz żeby odebrać przesyłkę z częściami i planujemy jeszcze tego samego dnia przeprawić się do Afryki. Dziś musimy pokonać znaczny fragment tego dystansu. Trzeba się uwijać. Wczoraj zarządziliśmy, że startujemy o 6:30. Godzina pobudki zależy od upodobań. Chwilę po piątej na naszym biwaczku panuje spory ruch.
 
d8
 
Z namiotu Olka dochodzą ściszone połajania: Ruszaj się Olku, samo się nie zrobi. Krzych oszczędnymi, ale pewnymi ruchami majstruje przy swoim tobołku. Ja jeszcze trochę poleguję, ale na odgłos suwaka w drzwiach Olkowego namiotu uznaję, że najwyższy czas się zwijać. Nie ma co się spieszyć. Co byśmy nie robili Krzych i tak będzie pierwszy. Jeszcze herbatka - coś długo się gotuje woda, co pewnie jest spowodowane wychłodzoną butlą z gazem, kilka kanapek, herbatniki z marmoladą i jesteśmy gotowi. Krzych już nawet siedzi na motocyklu i wywiera presję. Nie robi tego złośliwie. On po prostu tak ma. Zawsze gotowy.
 
Palimy wrotki. Jako się rzekło poranek chłodny. Liczę, że gdy słońce wdrapie się nieco szybko zrobi się ciepło, nie wciągam więc niczego pod kurtkę. Przez pierwsze pół godziny ostro zmarzłem. Po godzinie było już znośnie, a półgodziny później zaczęło nieźle przypiekać.
 
Jedziemy doliną rzeczki, która malowniczo wije się wśród wzgórz. Może trochę wody dla ochłody? I tak warto dla higieny psychicznej zrobić pauzę. Połączymy więc higienę psychiczna z fizyczną. Woda w jest czysta i zimna. O długim pluskaniu nie ma mowy, ale na chwilę można się zanurzyć. Przy okazji robimy pranie. W między czasie zagrzała się woda na herbatę. Piknik pełną gębą.
 
d8
 
Przewoźna szuszarka :-)

d8

Umawialiśmy się co prawda, że jedziemy po to żeby jechać, a nie zwiedzać, ale urokliwe miasteczka usytuowane na wzgórzach kuszą. Musimy kupić wodę więc pretekst do odwiedzenia jest. W wąskich stromych uliczkach odgłos naszych silników brzmi donośnie. Miasteczko wygląda na wymarłe. Szukamy jakiegoś sklepu. Naraz za zakrętem widzimy parę stolików ustawionych na ulicy, a przy nich kilka osób. Dalej kolejne i znowu goście. Parkujemy obok i znajdujemy wolny stolik. Coca-cola i kawa dodadzą sił.

d8

Jak już sprzeniewierzyliśmy się zasadzie "jedziemy żeby jechać" to nic się nie stanie gdy zrobimy małą rundkę po miasteczku. Dwie przecznice dalej znajdujemy rynek. Pięknie tu. Wchodzimy na chwilę do kościoła. Na zewnątrz ładny i piękny w środku. Może kiedyś będziemy też zwiedzać? Na razie zwijamy się. Motocykle zaparkowaliśmy naprzeciwko sklepu warzywnego. Kupujemy w nim wodę i lecimy dalej. 
 
d8

Na lewo i prawo jak okiem sięgnąć oliwki. Po horyzont. Żadnych płotów, murków, nic tylko przez dziesiątki kilometrów drzewko obok drzewka. Ciekawe jak właściciele poznają gdzie są granice ich własności. Jakoś to muszą robić, bo widać, że na punkcie własności mają lekkiego fioła. Każda boczna dróżka, placyk przy drodze czy skupisko kilku drzew zaopatrzone są w tabliczki informujące, że to własność prywatna. Produkcja takich tablic to chyba jeden z bardziej dochodowych biznesów.
 
Musimy zrobić zakupy. Atakujemy miasteczko Villacarillo. Jego nazwę znam z Krzychowych statystyk gdzie zapisane są między innymi wszystkie płatności kartą ze sklepów i stacji benzynowych. Miasto jak prawie wszystkie rozlokowane jest na wzgórzu. Myślę, że budowane są z ten sposób by nie zajmować miejsca do hodowli oliwek. Nie widzimy sklepów, ale natykamy się na wjazd do dwupoziomowego garażu. Spodziewam się, że powyżej mieści się sklep, do którego można też dostać się bezpośrednio z ulicy biegnącej  na wzgórzu. Przy wjeździe drogę zamyka szlaban, który otwiera się po pobraniu kwitka z automatu. Znowu zostawiamy Krzycha na straży i lecimy na zakupy.

d8

Po powrocie Krzych melduje, że jest to parking płatny. Z opłaty zwalnia kwit na zakupy powyżej 50 EUR. O tym nie wiedzieliśmy więc kwit wyrzuciliśmy, a gdybyśmy nawet go mieli to jak pokonać z jednym kwitem szlaban trzema motocyklami? Napięty jak plandeka na Żuku wracam na górę do sklepowej kasy rozpoznać lokalne zwyczaje. Miły uśmiech kasjerki i po chwili wracam do kolegów z trzema kwitami w ręku. 
  
Malownicza droga. Co chwila inny widoczek. Niezmienne jest tylko to, że jak okiem sięgnąć widać sady (gaje?) oliwne. Przejechaliśmy dwieście kilometrów i oliwki rosły cały czas. Wspinając się na wzgórza widać, że sady ciągną się po horyzont w bok od drogi. Kto to wszystko zje i zużyje w postaci oliwy?

d8
 
Zbliża się wieczór, a w temacie oliwek bez zmian. Nie ma co liczyć na biwaczek w lesie czy na innym polu. Od kilkunastu kilometrów jedziemy wzdłuż strumienia. Może na jego brzegu znajdziemy miejsce na biwak? Odbijamy w polną dróżkę i po kilkuset metrach po przejechaniu płytkiego brodu zatrzymujemy się nad czymś, co z dużą dozą fantazji można nazwać strumieniem. W płytkim zagłębieniu terenu sączy się mała strużka. My się tu nie wykąpiemy, ale rzecz wygląda inaczej z perspektywy żaby. Te sympatyczne płazy zamieszkują strumyk i umilą nam wieczór swoim rechotem.

d8

d8 

Czy to wpływ upału czy dystansu (ulecieliśmy dziś 680km) dość, że nie bardzo pamiętam co ugotowałem na obiad. Coś tam musiało być, ale co? Pozostali uczestnicy wycieczki też nie kwapili się do kontemplowania żabiego koncertu. Olek tylko rzucił na odchodne, że kiedyś czuł się tak zmęczony, że nie miał siły odpoczywać i chyba dziś było podobnie. Jeszcze tylko zagotowałem trochę wody, pomyłem menażki, umyłem zęby i chyba wsunąłem się do śpiwora. Tak musiało być, bo następnego ranka zbudziłem się wyspany we własnym legowisku.